myśl o tym chodzi za mną przez cały dzień. myślę o uczuciu, które towarzyszy nacinaniu skóry. o tym, jak przyjemnie piecze świeża rana. moment, w którym rozcięcie wypełnia się krwią jest tak cholernie satysfakcjonujący, a skapujące na łazienkowe kafelki nasycone czerwienią krwinki maja taki piękny kolor, że najchętniej patrzyłabym na niego cały czas. nie chcę płakać, nie mam na to już siły. jestem tylko szarą postacią pozbawioną uczuć. nie stać mnie na radość, złość, smutek. czy to źle? prawdopodobnie tak, lecz nie potrafię tego zmienić.
każdy dzień to rutyna – budzę się, zakrywam cienie pod oczami toną korektora, idę do szkoły. spędzam tam osiem godzin, po czym wracam do domu i nad książkami przelatują mi kolejne godziny. nauka, nauka, i jeszcze raz nauka. nie mam żadnych zajęć dodatkowych, ale i tak zamiast zacząć wcześniej, siadam do podręczników dopiero pod koniec dnia, kiedy prędzej zasnę, jak zapamiętam najważniejsze informacje. cały czas powtarzam sobie, że inni mają gorzej, ale nie wiem, czy wyolbrzymiam, czy nie. cały dzień nie mam na nic siły, i widzę, jak nuży to już moich znajomych. czuję, jak znudzeni już są moim wiecznym brakiem energii i motywacji. wieczne narzekanie stało się rutyną, na którą odpowiedzią zawsze jest „to się rusz?", albo jej kompletny brak. mam ochotę nie pisać do nikogo, o tym jak się czuję, jednak zamykając się w sobie jeszcze bardziej, wiem, że mogę ponieść tego konsekwencje w przyszłości. jednak co mam do stracenia, kiedy ani ja, ani nikt inny nie może mi pomóc?
self harm free since: november 21st, 2021 (about 6pm)
