Trójka mężczyzn prowadziła niskiego, zakutego w kajdany blondyna, w kierunku kopalni. Podziurawiony worek, który dla chłopca był odzieniem, powiewał lekko na wietrze. Po bokach drogi do tunelu podobnie ubrani mężczyźni wolno machali pochodniami, wydając z siebie niepokojące dźwięki, które oni sami nazywali Podziemnym Śpiewem.
– Co ze strażnikami? Dlaczego nie interweniują? – zapytał Etsivan, szukając wzrokiem kogoś uzbrojonego.
– Część nie widzi w tym problemu. Raz na miesiąc parobka w kopalni zamknąć to nie problem, ciągle dochodzą nowi – powiedział więzień, skubiąc źdźbło trawy – część sama przekonała się do tego bożka.
– Aha. I kiedy to się zaczęło?
– Kilka Księżyców temu. Może pół roku.
– Jak ten bożek się tu dostał?
– Nie wiem.
Etsivan wstał.
– Miałeś mnie uwolnić – rzekł z wyrzutem.
– Wendetnik przyjeżdża, w ten sam dzień więzień ucieka, jak by to wyglądało? Musisz poczekać kilka dni.
Więzień westchnął.
Mężczyzna zszedł z góry obserwacyjnej i stanął przed bramą obozu pracy. Procent ginących w niewyjaśnionych okolicznościach górników osiągnął niepokojąco wysoki poziom. Na tyle wysoki, że król kazał wysłać wendetnika.
Obóz był niewielki, wyglądał jak mała osada wybudowana wokół kopalni. Wieża strażnicza, przypominająca duży domek na drzewie, znajdowała się na samym środku. Wśród krzaków stały niewielkie, drewniane chaty, przeznaczone dla dobrze sprawujących się i posłusznych osadzonych. Reszta spędzała noce w lochach.
– Stać! Kto idzie?
– Wendetnik.
– A po kiego nam tu wendetnik? Tu demonów nie ma.
– Z rozkazu króla. Wpuść mnie.
Dębowa brama otworzyła się, skrzypiąc okropnie. Stróż bramy wyszedł Etsivanowi na powitanie.
– Nie kręć się tutaj, to obóz pracy, a nie plac zabaw.
– Mam królewskie pozwolenie na rozmawianie z kim chcę, wchodzenie gdzie chcę, przetrzepywanie waszych szuflad, a nawet przesłuchiwanie strażników, jeśli będzie taka potrzeba. Zejdź mi z drogi.
Niełatwo było dostać się na szczyt domku na drzewie. Więźniowie uciekali przed nim w popłochu zupełnie tak, jakby był strażnikiem, a ci drudzy skutecznie utrudniali dostanie się do wieży. Jeden wziął go za skazańca, drugi kazał od razu zawrócić, trzeci zaprosił na wspólne modły, kilku weszło z nim w opryskliwą dyskusję. Etsivan miał nadzieję, że chociaż kapitan straży zachowa resztki kultury.
– Czego?
– Wendetnik.
– No to pytam. Czego? – Etsivan przewrócił oczami.
– Chcę zobaczyć raporty z ostatnich dziewięciu Księżyców. Dokładne, z wyszczególnionymi dniami. Do tego wszystkie zamówienia, skargi, zażalenia, odwiedziny, wytyczne i asortyment. Ponadto zastrzegam sobie prawo do przeszukania garnizonu.
– Jasne! Co jeszcze podać? Bieliznę jaśnie nam panującego? – burknął kapitan.
– Masz czas do północy.
Kierując się do małej chatki, która została mu wyznaczona, poczuł ciężką blachę zderzającą się z jego bokiem. Gdyby nie lata treningu teoretycznego i kilkanaście Księżyców na szlaku pewnie spektakularnie by upadł, jednak zataczając dwa koła udało mu się ustać na nogach. Odwrócił się zamaszyście.
YOU ARE READING
Wendetnik, Księga Nieczysta
FantasyEtsivan zarabia na chleb igrając z plugawymi siłami. Zakompleksiony wojownik w wyniku niefortunnych zdarzeń otrzymuje moc, a pycha z nią związana o mało nie doprowadza do jego śmierci. Jednak nie ma czasu na cieszenie się z ucieczki kostusze. Rzędy...
