Prolog

31 0 0
                                        

Żyliśmy spokojnie, ale to już przeszłość. Wiedliśmy sielskie życie i przed niczym nie musieliśmy uciekać, ale to też jest przeszłością. Nikt nie spodziewał się, że kolejne dni przyniosą serię dramatycznych zdarzeń, które nie pozwolą nam żyć pełnią życia, a jedynie jego marną namiastką, usłaną w ból, cierpienie i strach, strach przed kolejnym oddechem, kolejnym dniem. Nazywa się Naomi Maxwell, a to moja historia, historia dziewczyny w rękach potwora i tyrana.


TERAŹNIEJSZOŚĆ

Budzi mnie huk i wrzask za oknem. Jeszcze nieprzytomna przecieram twarz wierzchnią częścią dłoni i wstaję ociężale z piekielnie niewygodnego łóżka. Podchodzę do okna, spoglądam niepostrzeżenie zza brudnej firanki i dostrzegam grupę młodych, rosłych mężczyzn. To znowu oni! Przyszli by siać śmierć. Wyrywam się pędem z miejsca, przy okazji chwytając czarny plecak z fotela. Przedmiot jest wypchany najpotrzebniejszymi rzeczami, które spakowałam jakiś miesiąc temu po pierwszym ataku wcielających się w wilki. Zbiegam nerwowo po schodach, omal nie zabijając się po drodze i wbiegam do sypialni rodziców.

- Mamo, tato! Przyszli!- krzyczę, a rodzice w mgnieniu oka wstają z łóżka i zaczynają nerwowo szukać czegoś po szafkach. Chwilę patrzę na ich nieskoordynowane ruchy i ruszam w głąb domu. Pędem przemierzam wąski korytarz starej chaty i wchodzę z rozmachem do dziecięcego pokoju. Pod oknem stoi maleńkich rozmiarów łóżeczko, a na jego środku spoczywa mała dziewczynka. Rude loczki okalają jej pulchną twarz, gdy ta spogląda w moją stronę z wymalowanym grymasem. Anaise przeciera swoje zielone oczka i chwyta pluszowego króliczka.

- Czy to znowu ci źli panowie?- pyta płaczliwym głosem i tuli do swojej piersi pluszaka. Wzdycham na jej niewinny gest i podchodzę bliżej łóżeczka. Klękam przed nią i chwytam jej drobną rączkę.

- Niestety słoneczko, ale już niedlugo to wszystko się skończy.- mówię pokrzepiająco, chociaż wiem że taki scenariusz nigdy nie będzie miał miejsca. Cała ta mrożąca krew w żyłach akcja, trwa już ponad od dwóch lat i najwyraźniej nie zamierza się skończyć. Chwytam maleńki plecaczek z wyszywaną myszką miki i zakładam na plecy siostry. Ta tylko siedzi i czeka na dalsze polecenia. W oczekiwaniu na rodziców zakładam Anaise również maleńkie buty. Krzyki na zewnątrz są coraz głośniejsze, a towarzyszy im niekiedy dźwięk naciskanego spustu pistoletu i głuchy huk. Rudowłosa zasłania usilnie uszy, próbując wyciszyć cały harmider naokoło niej. Nie mija parę minut, a do pokoju wbiegają zdyszani rodzice. Ojciec trzyma w prawej dłoni srebrny sztylet, czyli jedyne narzędzie, które jest w stanie zostawić trwałe, głębokie szramy na zmiennych. Nie czekają na naszą odpowiedź, matka chwyta Anaise i podąża za ojcem w głąb domu. Idę tuż za nimi, trzymając w ręku pistolet.

- Trzymajcie się razem, a w razie czego nie zdradzajcie pozycji innych. Te bestie zabiją wszystko co się rusza, a nie chcemy więcej ofiar niż jest to konieczne.- instruuje rodziciel, a my posłusznie kierujemy się za nim. Wręcz bezszelestnie opuszczamy starą chatę, a już na poziomie werandy słychać okropne krzyki ludzi, którzy błagają o litość. Natomiast wszyscy wiemy, że prosić wcielających się w wilki to jak rzucać słowa na wiatr. Nigdy nikt nie posłucha i nie daruje życia. Cicho jak myszy w polu zmierzamy ku lasu, jest to nasza jedyna droga ucieczki, która brzmi jak jakiś żart, ale tak jest. Las to jedyne miejsce w którym na chwilę obecną będziemy bezpieczni. Mężczyźni wchodzą do każdego budynku po kolei. Słychać okropne wrzaski kobiet i przeraźliwy płacz niemowląt, którym towarzyszą kolejne strzały z broni palnej. Schronienie jest na wyciągnięcie ręki, gdy zauważamy młodego mężczyznę podążającego w kierunku werandy, z której parę chwil temu wyszliśmy. Ojciec nakazuje wszystkim kucnąć, co bez chwili namysłu robimy. Wpatrujemy sie w młodego mężczyznę, śledząc bacznie jego najmniejszy ruch. Chłopak na oko ma z ponad dwadzieścia lat, jest dosyć dobrze zbudowany jak na swój wiek. Nie zrozumcie mnie tu źle wszyscy zmienni są dobrze zbudowani, ale on jak na swój młody wygląd jest aż za nad to. Białowłosy przystaje na werandzie, a z tylnej kieszeni spodni wyciąga paczkę fajek. Intensywnie wpatruje się w jego poczynania, gdy wkłada do ust papierosa i podpala go błyszcząca, metalową zapalniczką. Zaciąga się parę razy, patrząc w naszym kierunku. Całe szczęście, że osłaniają nas bujne krzewy przez, które jesteśmy niewidoczni. Młody mężczyzna odwraca się w kierunku budynku, opierając swoje wyrzeźbione plecy o drewnianą poręcz. Ojciec nakazuje iść dalej, więc zaprzestaję intensywnego przygladania się, prawdopodobnie niedoszłemu oprawcy i ruszma za rodziną. Jednak jak to bywa w tak napiętych momentach matka z Anaise na rękach następuje na suchą gałąź, która z głośnym trzaskiem łamie się na pół. Blada jak trup matka spogląda w stronę mojej kryjówki, błagalnie patrząc w moje oczy. W mgnieniu oka u jej boku znajduję się młody zabójca, który trzyma ją za gardło, wbijając swoje długie pazury w jej krtań. Ciepła krew spływa po jej szyi, a dziecko w jej objęciach zaczyna się szamotać. Zasłaniam usta dłonią, by nie wydać z siebie przerażonego okrzyku.

BIAŁE ZŁOStories to obsess over. Discover now