— He, he, nie żebym chwalił noc przed wschodem słońca, ale dziś w końcu w Planicy było fajnie, co nie, młody?
Lars szedł przez miasto krokiem może jeszcze nie chwiejnym, ale też już nie w stu procentach pewnym. Wyglądał zupełnie trzeźwo w porównaniu do Harriego, który bez jego pomocy nie utrzymałby się na własnych nogach ani przez pięć sekund, a teraz wymamrotał coś kompletnie niezrozumiałego, co najpewniej miało brzmieć jak przyznanie mu racji.
Po części wyjaśnieniem zaistniałej sytuacji był fakt, że Harri miał zdecydowanie słabszą głowę, ale poza tym Lars w sumie wypił mniej. Kiedy zorientował się, do jakiego stanu doprowadziło Harriego spożycie może połowy flaszki, odnalazł w sobie coś, co okazało się silniejsze od alkoholowej pokusy: poczucie obowiązku. W końcu w obecnej chwili kto miał za zadanie zająć się Harrim, jeśli właśnie nie on? A w takim stanie młodemu należał się przede wszystkim bezpieczny transport do hotelu.
Niezbyt przytomny Harri wykazywał oczywiście śladowe ilości chęci do współpracy. Na ostatnie kilkaset metrów przed hotelem nogi już zupełnie odmówiły mu posłuszeństwa, więc Lars musiał przerzucić go sobie przez ramię, aby iść dalej.
Po dotarciu pod właściwe drzwi pokoju, którego numer udało mu się wyłowić z bezładnej paplaniny Harriego, Lars zrzucił go z pleców i oparł o ścianę, przytrzymując go za ramiona.
— Młody, masz klucz do swojego pokoju? — zapytał.
Harri popatrzył tylko na niego kompletnie zamroczonym spojrzeniem spod półprzymkniętych powiek, przekrzywiając głowę na bok i uśmiechając się głupawo.
— Nnniewww… — zaczął, ale w końcu tylko do tej jednej niezbyt zrozumiałej sylaby się ograniczył.
Wobec takiego postawienia sprawy, Lars nie miał innego wyboru jak przysunąć się bliżej, żeby dać radę jedną tylko ręką utrzymać Harriego w pionie, a drugą sięgnąć do kieszeni jego kurtki. Na niemal zupełnie nieprzytomnej twarzy Harriego pojawił się jeszcze szerszy uśmiech.
— A Ville… mówwwiłżżże…
— A ja mówiłem, żebyś się kretynem nie przejmował — przerwał mu Lars, z niejaką ulgą wyciągając poszukiwane przez niego klucze.
O ile Harri był dla niego powodem wewnętrznych dylematów, kiedy obydwaj byli trzeźwi, o tyle sytuacja, kiedy Lars był wstawiony, a Harri zalany w trupa, to był już niemal dramat. Bystøl sam nie wiedział, skąd brał tak potężną siłę woli, żeby stanąć na wysokości zadania. Jedną ręką chwycił Harriego wpół, a drugą przez dłuższą chwilę męczył się, żeby wycelować kluczem w zamek. W końcu udało mu się otworzyć drzwi i wejść do środka, wlokąc za sobą Harriego. Z dość dużą ulgą odnotował fakt, że pokój był pusty. Współlokator młodego, kimkolwiek by nie był, musiał nie wrócić jeszcze z całonocnej imprezy.
Jeden rzut oka wystarczył, żeby stwierdzić, które z dwóch łóżek w pokoju mógł zajmować człowiek, a które wampir. Na tym drugim, gdzie pościel wciąż była idealnie złożona i nie miała ani jednego śladu użytkowania, usadził półprzytomnego Harriego, po czym odsunął się o krok.
— Witamy w izbie wytrzeźwień — odezwał się. — Pozbierasz się teraz jakoś sam, czy nie masz takiego zamiaru?
Harri kolejny raz wymamrotał coś niezrozumiałego, kiwając spuszczona głową na boki. Tym razem najwidoczniej jego odpowiedź brzmiała „nie“.
Bystøl z rezygnacją pokręcił głową, wzdychając ciężko. Chociaż tłukły mu się w głowie pełne niepokoju myśli, że to był ten moment, kiedy powinien już się ulotnić, to jednak nie mógł zostawić Harriego w takim stanie, kiedy ten zachowywał się zupełnie jak małe dziecko. Trzeba mu było pomóc z rozwiązaniem i ściągnięciem butów, zdjęciem kurtki i szalika, oczywiście to Lars musiał pójść je odwiesić, bo Harri nie miał najmniejszego zamiaru ruszyć się z miejsca.
YOU ARE READING
Fin-Fiction 6
Fanfiction| Europa, marzec 2007 | Końcówka Pucharu Świata to czas ostatecznej rozgrywki. Większość kart została wyłożona na stół, nieliczni chowają jeszcze asy w rękawie. Dla fińskich skoczków jest to czas bardzo trudnych wyborów. Po czyjej stronie się opowi...
