16. W co się bawić?

32 2 0
                                        

Po otrząśnięciu się z szoku spowodowanego porannym spotkaniem z Mattim i Verenimiją, Hannu zaczął powoli dochodzić do wniosku, że sprawy zaczęły przybierać całkiem korzystny obrót. Najważniejsze było to, że Matti wrócił — jak wszystko wskazywało, cały i zdrowy. A zatem tajemniczy głos ze snów musiał się na całe szczęście mylić, mówiąc o tym, że on nie żył. Hannu przyglądał się starszemu bratu bardzo uważnie, wiedział przecież, że nawet umarli mogli sobie spokojnie chodzić po ziemi, czając się na ludzi, aby wyssać z nich krew. Ale… wydawało się, że z Mattim wszystko jednak było w porządku. Oczywiście, poza faktem, że on zachowywał się jak ostatni cham i kretyn, ślepo zakochany w tej swojej nieumarłej blond potworze — ale to nie było, niestety, niczym specjalnie nowym. Od czasu Zakopanego nie zmienił się ani trochę, chodził wciąż nieogolony… wydawało się, że wszystko było zupełnie po staremu.

Te spostrzeżenia uspokoiły Hannu na tyle, że uznał obecną sytuację za zupełnie dobrą. Najbardziej cieszyło go, poza faktem, że Matti się odnalazł — i że już chyba nie zamierzał znowu znikać tak prędko — to przede wszystkim możliwość powrotu do swojej własnej tożsamości. Z wielką ulgą oddał starszemu bratu jego dokumenty, klucze oraz resztę należących do niego rzeczy, przede wszystkim strojów i sprzętów sportowych. A kiedy Matti oraz reszta fińskich skoczków pożegnała się z nim i wyruszyła na pierwszy trening na mamuciej skoczni, Hannu z niekłamanym zadowoleniem przebrał się w te nieliczne ciuchy, do których był tak przywiązany, że zawsze pakował je gdzieś tam, na samo dno torby podróżnej, chociaż nic nie wskazywało na to, żeby miał szansę jeszcze kiedykolwiek je założyć: wyciągnięty, obecnie za duży na niego T-shirt z Lordem Vaderem, kraciastą, flanelową koszulę do narzucenia na wierzch i stare, dobre, sprane jeansy. Takiego stroju, całkowicie niesportowego, Matti nigdy w życiu by nie założył. I może właśnie dzięki temu Hannu po raz pierwszy od dawna poczuł się chociaż trochę naprawdę sobą, a nie tylko podróbką swojego sławnego brata. Dla dopełnienia tego powrotu do własnego wizerunku Hannu zrobił też coś, co przez ostatnie pół roku było mu surowo zakazane — ogolił się nadzwyczaj starannie. Musiał cichcem pożyczyć do tego maszynkę Arttu, bo sam dysponował jedynie narzędziem, które służyło mu bardziej do charakteryzacji: częściowo stępioną, wbrew swojej nazwie używaną już od ponad miesiąca jednorazówką.

Wysoce usatysfakcjonowany tą błyskawiczną przemianą, z pozostawioną wolną ręką i perspektywą robienia wszystkiego, na co tylko miał ochotę, Hannu rzucił się na swoje łóżko, po czym zaraz sięgnął po laptopa.

Całe szczęście, że był to hotel o wysokim standardzie, z darmowym wi-fi, co jeszcze nie zdarzało się aż tak często. Zarówno przed-, jak i popołudnie, Hannu spędził w swój absolutnie ulubiony sposób, praktycznie nie odrywając oczu od ekranu przenośnego komputera. I nie nudził się przy tym ani trochę: sporo czasu zajęło mu przejrzenie wszystkich większych serwisów z wiadomościami, a potem nadrobienie kolosalnych zaległości na wielu forach internetowych, gdzie niegdyś tak aktywnie się udzielał. Ledwo zdążył przeczytać połowę nowych wątków, zamieścić na części z nich swoje posty, odpowiedzieć na parę prywatnych wiadomości i pograć w jakąś grę online, kiedy, ku jego sporemu zaskoczeniu, drzwi do pokoju otworzyły się, a do środka wszedł Arttu, który najwyraźniej powrócił już ze skoczni.

— To treningi i kwalifikacje już się skończyły? — zapytał ze zdziwieniem Hannu.

— Kwalifikacje odwołali — odpowiedział Arttu. — Albo raczej przełożyli na jutro rano.

— Znowu wieje czy jak?

Arttu pokręcił głową.

— Nie, pogoda jest idealna — oznajmił. — Ale po prostu Rosjanie w drodze do Planicy gdzieś zgubili sprzęt i jury dało im trochę czasu, żeby go odnaleźć. Wiesz, to tak, jak wtedy dla nas przełożono kwalifikacje w Zakopanem, bo nie mogliśmy na nie dotrzeć na czas.

Fin-Fiction 6Where stories live. Discover now