13. Dwie wiadomości, dobra i zła

43 2 0
                                        

W końcu nadszedł ten dzień, przez wielu w ogóle niezauważony. Wyróżniał się on w kalendarzu, ale nie na tyle, żeby wzbudzać u większości ludzi jakiekolwiek większe emocje: znaczenie miał tylko i wyłącznie czysto symboliczne, jego nadejście nie skutkowało żadnym gwałtownym, natychmiast zauważalnym procesem. To była jedynie teoretyczna formalność, wyznaczona kiedyś przez astronomów. Dwudziesty pierwszy marca, wbrew nazwie, jaką go określano, wcale z dnia na dzień wiosny nie czynił.

Byli jednak i tacy, bardzo nieliczni, którzy owego dnia wyczekiwali — czasem z radością, że po owej symbolicznej dacie na całe pół roku dnie staną się dłuższe od nocy, a prędzej czy później temperatura na dworze osiągnie przyjemnie wysoką wartość. Zdarzały się jednak i takie osoby, które na samą myśl o tym dniu przepełniał lęk i poczucie beznadziei. Jedną z nich był zaś Hannu.

Najmłodszy z braci Hautamäki sam nie wiedział, jakim cudem udało mu się przeżyć te dwa dni po powrocie do domu z Turnieju Nordyckiego. Pogrążył się w niemal całkowitej apatii, a te czterdzieści osiem godzin jakoś tak samo upłynęło. Nie stało się w ich trakcie nic, absolutnie nic, co mogłoby zanegować albo przynajmniej odwrócić jego uwagę od palącego problemu z Mattim. Te wszystkie dziwne wydarzenia w Oslo, a w szczególności ten ni to koszmar, ni to złowieszcza wizja, w której usłyszał, że jego zaginiony brat nie żyje, zdawała się być jak szczególnie niebezpieczny wirus komputerowy: wypełniła mu do szczętu procesy myślowe, czyniąc z nich totalny chaos, a wszelkie sprawy codzienne i inne niezbędne do życia kwestie spychała na absolutny margines.

Tym sposobem, po powrocie do mieszkania swojego zaginionego brata, przez całe dwa dni Hannu w ogóle się z niego nie ruszył, a nawet podnosił się z kanapy jedynie w przypadkach skrajnie tego wymagających. Przez większość czasu patrzył się tępo w sufit, zasnąć ani nie mógł, ani nie chciał. W ogóle nie było mu w głowie podjęcie jakiegokolwiek działania, nie miał najmniejszego zamiaru dopuścić do siebie myśl o tym, że być może musiał się zaraz szykować na kolejne zawody z cyklu Pucharu Świata. Nie zaczął szykować sobie świeżych rzeczy, właściwie nawet nie rozpakował starych, torbę z wyjazdu do Norwegii rzucił po prostu w korytarzu i tam już pozostała.

Tak było przynajmniej do dwudziestego marca, godziny jedenastej wieczorem, minut pięćdziesiąt dziewięć. Wówczas Hannu, tknięty jakimś wyższym przeczuciem, zwlókł się z kanapy na podłogę, postawił przed sobą laptopa i zaczął zerkać nerwowo to na wyświetlający się na ekranie zegar, to na kanapę. Przecież, jak rozumował, z chwilą wybicia północy coś musiało się wydarzyć. Cokolwiek. Albo zaprzeczenie, albo też ostateczne potwierdzenie jego obaw. Z narastającym lękiem Hannu obserwował, jak wskazówka sekundowa na monitorze zbliżała się nieubłaganie do pozycji pionowej…

Ale gdy już ją osiągnęła, nie stało się nic.

Jeszcze przez dobre pół minuty Hannu wpatrywał się w kanapę tak intensywnie, jakby spodziewał się, że dzięki jego sile woli w końcu zmaterializuje się na niej Matti. Jednak tak samo, jak nieubłaganie nastał pierwszy dzień wiosny, wśród jego myśli zwyciężyła ta najczarniejsza: najgorsze już miało miejsce. Nie wiadomo gdzie, nie wiadomo kiedy, nie sposób było temu nijak zaradzić.

Wszystko przepadło. Mattiego nie było już wśród żywych.

Hannu smętnie spuścił głowę. Czuł, że w środku chciało mu się krzyczeć, płakać, wysadzić w powietrze całą okolicę w akcie bezsilnej złości, ale równocześnie jakaś dziwna siła paraliżowała go, powstrzymując od uzewnętrznienia jakichkolwiek emocji.

W końcu uznał jednak, że to przekraczało wszelkie jego granice wytrzymałości. Chociaż z całych sił tłumił w sobie wszystko, czuł, że zaraz z tym zwariuje. Musiał, po prostu musiał komuś o tym powiedzieć, bo gdyby pozostał dłużej sam na sam z tą świadomością, to mogłoby się to skończyć tak, że z trzech braci Hautamäki ostałby się tylko jeden.

Fin-Fiction 6Where stories live. Discover now