Prolog

687 29 7
                                        

Poprawiony

- Skarbie! - Biegłam za niesforną dwulatką, która uciekała przez mieszkanie w samym pampersie. Nie chciała dać mi się ubrać, a mnie to już na prawdę zaczynało wkurzać. Złapałam dziewczynkę dopiero w kuchni. Śmiech rozniósł się po małym mieszkanku. Również się zaśmiałam, bo była to muzyka dla moich uszu. Usiadłam na starym i obskurnym fotelu. W końcu ubrałam córkę i posadziłam w jej kojcu, włączając bajkę w małym telewizorze. Sama poszłam ubrać się w najelegantsze ciuchy jakie miałam. Założyłam rajstopy, ołówkową spódnicę i białą koszulę. Włosy uczesałam i związałam w warkocza. Na nogi wdziałam czarne i jedyne szpilki jakie miałam. Pukanie do drzwi przywołało mnie do salonu. Otworzyłam drzwi. W progu stała uśmiechnięta sąsiadka, która zostawała z moją dziewczynką już nie raz. Czułam, że mogę jej zaufać.

- O hej Cami. W górnej szafce masz syrop jakby gorączkowała. Tak to wiesz gdzie co jest.

- Oczywiście, może pani iść do pracy. - Kiwnęłam głową i wyszłam biorąc jeszcze skromną torebkę. Była mała, ale większa nie była mi potrzebna. Ważne, że miałam gdzie schować telefon i portfel. Byłam cała zdenerwowana. Właśnie dziś miałam poznać szefa. Mimo, że pracuję w tej firmie już miesiąc to, nie widziałam go ani razu. Z opowieści moich współpracowników, to gbur i dupek, ale za to seksowny i przystojny. Tego nie wiem, nie miałam nawet czasu by sprawdzać czy to prawda.

Na autobus zdążyłam w ostatniej chwili, za nim mi odjechał. Znalazłam sobie miejsce, obok jakiegoś mężczyzny może trochę starszego ode mnie. Był przystojny, kruczoczarne włosy, wysoki, dobrze zbudowany z lekko zarośniętą brodą. Był zapatrzony w telefon, nawet nie spojrzał kto usiadł obok. Założyłam słuchawki na uszy, chcąc wyłączyć się chodź w połowie z rzeczywistości. Raz wyłączyłam się całkowicie, to przegapiłam przystanek. Tym razem nie mogłam spóźnić się do pracy. Wzięłam torebkę i gdy pojazd się zatrzymał wysiadłam. Ruszyłam do biurowca, który od miesiąca zapewniał mi utrzymanie. Weszłam do przytulnego holu, niczym w hotelu, przywitałam się z przyjaciółką, która pracuje tu na recepcji i wsiadłam do windy. Wiele zawdzięczam Angeli. To ona załatwiła mi tu pracę i to tak wysoko. Sama mogła ubiegać się o tą posadę, bo bardziej płatna, ale zrobiła to chyba dla mojej córeczki. Winda zajechała na trzecie piętro, gdzie wysiadłam z innym pracownikami, bo musiałam odebrać od księgowego listę wypłat. Każdy dział, każde piętro ma coś takiego. Księgowy oblicza a ja robię przelewy. Firma zaufała mi w sprawie finansów, więc staram się to robić na czas. Czasami potrzeba całego dnia, na to by zrobić wszystkie przelewy. Dlatego czeka mnie praca również w domu. Nie mogę robić przelewów, do póki nie będę mieć wszystkich list, gdyż mogło gdzieś coś się podziać. Albo jedni dostali by za dużo albo za mało. Poprzednia asystentka przez to została zwolniona, a to było nowe zarządzenie szefa.

- Ja po listę wypłat. - Stanęłam przy ladzie, za którą stał Daniel.

- Już. - Szuka czegoś na półce za swoim krzesłem. - O tu jest. - Podaje mi kartkę, jednak wciąż się na nią patrzy. - Wszystko się zgadza. - Uśmiecha się i wraca do swoich zajęć. Chowam kartkę, do teczki, którą trzymałam w dłoniach.

- Dzięki. - Wróciłam do windy, jadąc już na ostatnie piętro. Przyjrzałam się w lusterku windy. Poprawiłam włosy, za ucho schowałam niesforne pasma. Metalowe pomieszczenie otworzyło się i mogłam wysiąść. Od razu udałam się, do swojego biura. Na krześle, powiesiłam torebkę wyciągając telefon na biurko. Otworzyłam teczkę z księgowościami i zabrałam się do pracy.

- Casandra Oldman proszę przyjść. - Usłyszałam w mikrofonie głos. Wszystko byłoby dobrze, ale ten mikrofon połączony był z gabinetem szefa. Wstałam poprawiając ołówkową spódnicę i wyszłam, zamykając drzwi na klucz. Zapukałam do drzwi obok.

- Proszę. - Barczysty głos wstrząsnął mną. Moje ciało przeszedł dreszcz. Na giętkich nogach weszłam do środka.

- Chciał mnie pan widzieć.

- Tak, zamknij drzwi i usiądź. - Wykonałam to co powiedział mężczyzna. Usiadłam na krześle, przed jego biurkiem. Dopiero wtedy mogłam spostrzec, że to mężczyzna z autobusu. Dziwne ma taką firmę i jeździ transportem ulicznym.

- Nic nie zrobiłam, jeśli tak to to na prawię. Proszę niech tylko pan mnie nie zwalnia, ja mam malutkie dziecko. Błagam. - Zaczęłam szybko mówić. Mało co się nie zapowietrzyłam.

- Spokojnie, nie chcę cię zwolnić. - Mówi od razu, co mnie uspokaja. Zamknęłam oczy, wypuszczając powietrze.

- A co się stało? - Zapytałam już uspokojona. Jeszcze ani razu nie wzywał mnie do siebie.

- Za dwa dni jedziemy do Porto Rico. W sprawie nowego kontraktu. Chciałem byś zarezerwowała dla nas bilety.

- Chwila, chwila, chwila... My?

- Tak, ty jedziesz ze mną. Przecież musisz mi pomóc.

- Ale ja mam małe dziecko. Nie mogę zostawić jej tak samej, na parę dni.

- To nie problem. Sam zadbam o opłacenie opiekunki. To tylko trzy dni. - Chwilę myślałam.

- Dobrze zarezerwuje dwa bilety i hotel. - Kiwnął głową.

- Pamiętaj, że w pierwszej klasie. - Po wróceniu do siebie, zabrałam się za rezerwację biletów. Jeden w pierwszej klasie a drugi w ekonomicznej. To samo z hotelem, jeden apartament a drugi pokój jednoosobowy mały. Kiedy to zrobiłam, zabrałam się za wypłaty.

Skończyłam o dziwo szybciej, zaraz szykowałam się na zebranie, które jest raz w miesiącu. To będzie moje pierwsze, gdzie oficjalnie zostanę powitana, w pracy. Wylogowałam się z maila i biorąc telefon ruszyłam do sali konferencyjnej, po drugiej stronie windy. Otworzyła się winda, z jednej i drugiej strony, przeszłam przez sam środek, gdzie było prawie całe piętro. Sami najważniejsi w tym miejscu, same szychy a w tym ja. Podeszłam do stolika, nalewając sobie soku i upiłam łyk.

- Dzień dobry. Jestem Aleksander Collins, jak wiecie jestem właścicielem firmy. Osobiście i oficjalnie chciałbym powitać moją nową asystentkę. Casandra Oldman. Teraz chcę zacząć omawiać szczegółowe sprawy odnośnie nowego kontraktu w Porto Rico. To dla nas nowy początek. Jadę tam z moją asystentką i kierownik działu zajmie miejsce dyrektora, czyli moje. Zajmie się drobnymi sprawami. Na ten moment już skończę, to czego nie powiem wam dziś, z powodu zapomnienia to każdy dostanie maila. Dziękuję, za uwagę i na dziś koniec. - Wszyscy się rozeszli. Było przed szesnastą, również ja poszłam zakończyć i rozliczyć się u kierownika z dnia pracy. Osiem godzin, dosyć szybko zleciało. W domu, po drobnych zakupach byłam po siedemnastej.

- Camila, już jestem. - Uśmiecham się do nastolatki.

- To dobrze, ja już będę szła.

- Dobrze, ale mam jeszcze prośbę. Za dwa dni jadę w delegację trzy dniową. Mogłabyś w tym czasie zająć się Emily?

- Oczywiście, akurat w szkole trwa remont i mam wolne. A kiedy pani wyjeżdża?

- Za dwa dni, ale jeszcze dam ci znać, jakby coś się zmieniło. - Zostałam sama z moją córeczką. Wyciągnęłam z torebki słodycz i pokazałam córce. Ta zadowolona zaczęła skakać, po całym pomieszczeniu. Zaśmiałam się z jej reakcji. Czekolada z malinami to jej ulubiona, a ona widząc ją dostaje bzika.

Mój Zły MiliarderHistorias para obsesionarse. Descúbrelo ahora