1

24 4 3
                                        

          Gdyby trzy miesiące temu ktoś powiedział mi, że we wrześniu wybuchnie wojna – zaśmiałbym się mu w twarz, a następnie poszedł grać z Jackiem w klasy, ciesząc się, że żyję w powojennej Polsce. Teraz zaś, siedząc za murem, gdy rewolucja szaleje wokół mnie, serce jakby mi zamiera; strach bierze górę, boję się zrobić choćby ruch. Dzieciaki w moim wieku biegają między murami, przekazując innym pocztę. Słyszę kobiety krzyczące o pomoc, dziatki wydające swoje ostatnie tchnienie, a także strzały. Dużo strzałów.

          Pewnie dotarli do kościoła — myślę sobie, zaciskając chude palce na karabinie. Gdybym nie był tak naiwny, jak Jacek, pewnie siedziałbym teraz w domu, modląc się o ustanie wojny. Zamiast tego, sfałszowaliśmy dokumenty i zaciągnęliśmy się do żandarmerii. W domu pewno i tak nikt nie zauważył, że zniknęliśmy – w końcu kto przejmowałby się sierotami? Mimo to, po stokroć wolałbym siedzieć nad półpełną miską zupy, niźli trzymać w ręce broń.

Boję się.

          A mimo to uchylam głowę zza ceglanej ściany. Patrzę się z lekkim przerażeniem przed siebie, lustrując wszystko wokół. Krew, ciała, broń. Te trzy rzeczy są wszędzie; rynek pełen jest niewinnych ofiar, ale i żandarmów obu armii. Ciemnoczerwona krew miesza się z resztkami tynków z innych ceglanych ścian – miał tu stać piękny dom, tak nowoczesny i tak elegancki, zupełnie różniący się od domów z okolicy. Ktoś biegnie. Kroki nie ustają, a wręcz z każdą sekundą się przybliżają. Już dawno zdążyłem schować się za ścianą. Biorę głębokie wdechy, próbując przeładować karabin.

Boję się.

          Nim jednak ta osoba do mnie dobiega, pada trupem tuż obok moich stóp. Krew sączy się z pleców mężczyzny. Strzał był celny, nie zatamuję tego. Zamiast tego, sięgam do listu, który leży obok jego głowy.

          Taki rosły mężczyzna dołączył do Zawiszaków? — zdziwiłem się w myślach, po czym otworzyłem kopertę.

Warszawa 29-04730

          Nic z tego nie pojmuję, jednak widząc nazwę stolicy, łzy same cisną mi się do oczu. Biorę głęboki wdech. Przeładowuję karabin pewniej, niż z początku próbowałem.

          Walczę za Ojczyznę — powtarzam w myślach, wychodząc zza ceglanej ściany. Jestem gotowy na śmierć; zginę bohatersko, broniąc Polski. Cóż z tego, iż jestem wielkim tchórzem – adrenalina dodaje mi sił, by próbować.

          Zrobiłem to — powtarzam sobie, patrząc po dłuższej chwili na ciało mężczyzny w radzieckim hełmie. Zaciskam lekko pięści, a powolny chłód oplata mnie wokół. Wszystkie moje myśli skierowane są teraz ku Maryi, prosząc ją o dar przebaczenia. Czuję się źle. Zamordowałem człowieka.

          A teraz to ktoś zamordował mnie — pomyślałem, czując, jak powieki stają się cięższe, ból rośnie, a ja mam ochotę znów wrócić do sierocińca. Karą tam był ból fizyczny. Tutaj, karą za kłamstwo zostało moje życie.

          Przynajmniej śmierć miałem godną — myślę, czując na policzkach łzy. Już po krótkiej chwili Bóg zabiera mnie do siebie.

KARABIN.Wo Geschichten leben. Entdecke jetzt