We will fight to shine together, bright forever
Mogłoby się wydawać, że po wszystkim dni były przeznaczone tylko do tego, by przybrać formę jednolitych, czarno-białych plam, które z każdą upływającą sekundą rozlewałyby się bardziej i bardziej, zakrywając wszystko, co piękne i wartościowe.
Sekundy. Minuty. Dni. Miesiące. Lata.
Przepełnione tępym smutkiem, ociekające wilgotną pustką i rozrywającą serce rozpaczą.
Ból, brak sensu i pustka.
Niemożliwe do okiełznania. Trudne do pokonania. Niekończące się łańcuchy cierpienia owinięte wokół już i tak zaciśniętego gardła.
Jednak... Nie do końca tak było.
Pomimo już dawno utraconych części własnej duszy, Julie Molina brnęła w przyszłość z jeszcze większą siłą, większą determinacją i fascynacją tym, co przyniesie każdy kolejny dzień.
Kiedy ulewa zmywała z jej twarzy ostatki szczęścia, gdy burza próbowała zniszczyć pieczołowicie układane domki z kart, a silne wiatry nie pozwalały iść ani kroku w przód... Właśnie wtedy dorosła już kobieta otwierała swoją dużą i podniszczoną skrzynkę, w której trzymała SPEŁNIONE już marzenia. Jednym z wielu było coś, czego nigdy nie pragnęła, a jednak to dostała.
To trójka dziecinnych i momentami irytujących chłopaków, którzy zawsze zostawiali garaż w istnym chaosie - jak po przejściu kilku skrzeczących tornad.
A jednak – okazali się być jej własnym, ukochanym i ulubionym marzeniem.
Marzeniem, które wzleciało swobodnie w powietrze niczym majestatyczny ptak, a jego pióra mieniły się w słońcu najdelikatniejszymi barwami, na jakie nawet największemu poecie zabrakłoby patetycznych epitetów.
Julie Molina odgarnęła delikatnie brązowe kosmyki ze zmęczonej twarzy i wskoczyła zgrabnie na swoje jednoosobowe łóżko, owijając się swobodnie kołdrą. Za oknem było już naprawdę ciemno i zimno, za to w jej pokoju paliła się jedynie jedna, maleńka lampka, stwarzająca przytulną atmosferę, którą tak bardzo sobie ceniła.
Przekręciła z chrzęstem srebrny kluczyk i uniosła pokrywę ogromnej skrzynki w kolorze mahoniowym. Jej boki były nieco zdarte, ale krył się w tym jakiś tajemniczy urok.
Zawartość wysypała się gwałtownie na fioletową pościel.
Szkice. Kasety. Liściki, nawet te potajemne, miłosne. Albo o tym, że jeden z nich pożyczył sobie jej kanapkę. Piosenki. Bilety na koncert. Zaproszenia. Listy od fanów. Prezenty. Głupie żarty od całej trójki.
I zdjęcia.
Dziesiątki fotografii.
W końcu byli tak upragnienie widoczni, tak realni. Nie potrafili i nie chcieli przestać robić sobie zdjęć, które potem ze śmiechem przeglądali.
Choć na chwilę stali się tacy jak ten przeklęty, obrzydliwy Caleb Covington — praktycznie ludzcy, tylko i aż po to, by odnaleźć swoją niedokończoną sprawę.
Julie Molina tak naprawdę nie potrzebowała logiki. Nie rozmyślała nad tym, dlaczego mogła dotknąć ręki Alexa, która kiedyś tylko przenikała swobodnie przez jej własną, tworząc dziwną mgiełkę. Ignorowała fakt, że Reggie wyjadał jej notorycznie zapasy z lodówki i zostawiał tłuste ślady rąk na lustrze. Nie rozkładała na czynniki pierwsze tego, że Luke bez wahania klęknął przed nią z ogromną, czerwoną różą, by zaprosić na szkolny bal, choć nawet nie był jej uczniem. I że widziała to cała, calutka szkoła, włącznie z Nickiem i Flynn.
Cała ich relacja nie była logiczna. Nie była z tego świata. Była magiczna. Dlatego jej to nie obchodziło. Nie pytała o sens.
Akceptowała z wdzięcznością to, że dostali drugą szansę. I że i ona ją dostała.
YOU ARE READING
SOME SPARKS LAST FOREVER - JATP ONESHOT
Fanfiction- Oneshot z serialu Julie and the Phantoms - Bohaterowie: Julie, Luke, Reggie, Alex. "- Wciąż słyszę w nocy twój głos, wiesz, Patterson? - wyszeptała miękko, przymykając oczy. - Ten cichy szept, głośny śmiech i sposób, w jaki wymawiałeś moje imię, p...
