:)

673 86 167
                                        

W jego oczach widział zachód słońca, tysiące świetlików i miliony iskier strzelających z ogniska. Płomienie zaś mają to do siebie, że hipnotyzują, przyciągają, oferując chwilowe ciepło, gdy zaś się od nich odwróci, czuje się chłód rozległy jak sama Arktyka. Dlatego nikt nie chce zostawiać swojego słońca, gdy już je znajdzie, a Langa nie należał do ludzi, którzy odpuszczają, kiedy czegoś chcą, chociaż może nie było tego widać.

Gdyby tylko wiedział, jak na powrót nieodwracalnie się zatraci, nawet tego nie zauważając, nigdy by się nie zgadzał. Niestety przyszłość jest okrutna właśnie dlatego, że nie można jej przewidzieć.

***

Wszystko zaczęło się równe dwa miesiące po przeprowadzce.

Kawa była zimna i prawie bez smaku. Wsypał do niej dwie saszetki cukru, ale to nie pomogło, bo wciąż smakowała głównie wodą, ponadto zdążyła jeszcze bardziej wystygnąć, kiedy niósł ją od automatu do ławki przy lodowisku. Następnym razem musi pamiętać, żeby wziąć termos, jeśli nie chce odmrozić sobie dupy albo nosa. Albo, co gorsza, jednego i drugiego.

Dawno nie był na lodowisku. Prawie zapomniał, jaki zapach unosi się nad lodem, albo jedynie wmawiał sobie, że tak było. W końcu pewne rzeczy zostają z nami do końca życia, przyczepiają się jak irytujący rzep i nie chcą puścić. Zdarza się, że jedynym sposobem na pozbycie się ich jest wzięcie nożyczek.

Wyjął łyżwy ze starej sportowej torby przetartej w paru miejscach. Wyprał ją w domh, ale i tak gdzieś się już pobrudziła. Z wprawą zdjął z płóz miękkie śpioszki, żeby przejechać palcem po metalu. Przyłożył paznokieć do ostrza i szybkim ruchem przejechał w dół. Tak jak myślał, starł nieco płytki paznokcia. Czyli płozy były wystarczająco ostre.

Poprosił mamę, żeby pojechała oddać je do ostrzenia, później ich już nie sprawdzał. Miał cichą nadzieję, że okażą się zepsute i będzie mógł uciec do bezpiecznego domu. Jednak one jak na złość były perfekcyjne. Niedbale rzucił śpioszki z powrotem do torby, o bałagan będzie się martwił później.

Założył na łyżwy ochraniacze. Może i liczył na zepsute płozy, ale nadal coś nie pozwalało mu niszczyć ich osobiście. Przejechał palcem po przetarciu na boku pięty prawego buta. Pamiętał, jak powstało, pod palcami czuł wgłębienie w czarnej skórze. Wracały do niego wspomnienia, więc zaczął szybko zakładać łyżwy, żeby je odgonić. Buty sznurował już mechanicznie - luźniej przy palcach, mocno w kostce i znowu luźno na samej górze. Na końcu jeszcze przypiął telefon do specjalnego paska, wziął słuchawki i włożył rękawiczki. Przez te parę minut skupił się na tych prostych czynnościach tak bardzo, że nie zauważył, kiedy przybyło ludzi dookoła niego. Miał nadzieję na mniejsze tłumy, bo sam nie wiedział, ile pamiętał po pięciu miesiącach przerwy, wolał się wygłupić przed mniejszą publicznością.

Gdyby to od niego zależało, zostałby w domu już na zawsze, ale mama wręcz wepchnęła go do autobusu, wręczając mu zapakowaną torbę. Więc nie miał za bardzo wyjścia, musiał iść pojeździć. Nie ćwiczył długo, toteż jego oczekiwania były bardzo, ale to bardzo niskie. Prawdę mówiąc, miał nadzieję jedynie na to, że nie wywróci się komuś pod nogami, co byłoby tragedią i potwornym upokorzeniem.

Postawił stopę na lodzie, co już było pierwszym błędem, bo nie zdjął ochraniaczy. Miał szczęście, że zorientował się, zanim wszedł całkiem, bo wtedy nieuchronnie by upadł w spektakularny sposób.

Może jeśli porządnie obije sobie dupę, a siniaki na kolanach będzie liczył na palcach obu rąk, mama pozwoli mu dalej siedzieć w domu, uznając to za mniejsze zło. Miał nadzieję.

— Błagam, niech przynajmniej ludzie dadzą mi spokój — modlił się cicho do tego boga, który akurat słuchał. Nie interesowało go, który to, byle jakiś był i go wysłuchał.

Miliony iskier || Renga one-shot ||Mga kuwentong kahuhumalingan mo. Tumuklas ngayon