Prolog

11 2 0
                                        

Murmańsk – obrzeża miasta


Średniego wzrostu, drobna kobieta po trzydziestce, o krótkich brązowych włosach, ubrana w czarny strój taktyczny nie posiadający żadnych rozpoznawczych emblematów, obserwowała przez niewielką lornetkę baraki i budynki dawnej rosyjskiej bazy wojskowej. Miejsce przestało pełnić swoją funkcję już dekadę temu, dlatego zdjęcia satelitarne, jakie otrzymało jej szefostwo, z ewidentnym ruchem samochodów i osób na terenie zamkniętej bazy, zaalarmowało agentów federalnych. Po dokładniejszym sprawdzeniu informacji okazało się, iż trwają tam jakieś nielegalne eksperymenty terrorystów, którzy byli poszukiwani przez prawie wszystkie znane agencje. Była zaskoczona, iż wybrali ten przestarzały relikt minionej epoki. Z danych technicznych budynku wynikało, że nie spełniał on żadnych norm. Nie była tu mowa o amerykańskich czy europejskich, a rosyjskich normach, które były nieco odmienne od większości świata – jak praktycznie wszystko w Rosji. Elektryka, komputery, mechanika, wentylacja, a nawet jakość murów były wątpliwego stanu. Ale najwyraźniej terrorystom to nie przeszkadzało. Wiedziała, że nie był to odłam ISIS i nie był to Hamas. Lecz równie groźni ludzie z 

doktorem Frankenstein – całkiem subtelna nazwa dla sadystycznego skurwiela – na czele. Skurwiela, który pastwił się nad ludźmi dla samej przyjemności torturowania i który uwielbiał na nich eksperymentować. Tyle o nim wiedzieli. I że był poszukiwany na całym świecie. Gdzie by się nie pojawił, trup ścielił się gęsto. A teraz ponoć współpracował z lokalnym gangiem. Od swoich
informatorów – których oczywiście niedawno odnaleźli w stanie wskazującym na bliskie spotkanie z tym świrem, a zatem po prostu martwych – wiedzieli, że pracowali nad jakimś rodzajem bomby i szykowali się do ataku. Nie znali jednak celu. 

Kobieta oderwała wzrok od obiektu i spojrzała na ludzi przebywających wraz z nią w czarnym vanie. Pierwszy raz oficjalnie współpracowała z agentami CIA. Owszem, sama była agentką tej organizacji, ale Sektor Ósmy był brzydszą siostrą Kopciuszka. Nikt ich nie lubił, bo wykonywali najbrudniejszą robotę i zazwyczaj działali sami. I nikt nie chciał im wchodzić w drogę. Ale nie tym razem. Sprawę pogorszył fakt, iż na teren bazy jakimś pieprzonym sposobem dostało się dwóch agentów łącznikowych NCIS. Dostali zatem dodatkowe zadanie – wyciągnąć ich stamtąd żywych. Oczywiście Doktora Samo Zło też. A w jakim stanie to już zupełnie inna bajka. Miał odpowiedzieć za swoje zbrodnie, a jakby im się udało wyciągnąć z niego jakieś informacje, to plus dla nich. Natomiast pozostali, no cóż, przecież będą stawiać opór. 

Szybko przeleciała wzrokiem po twarzach swoich towarzyszy. Tylko z jednym, Diego Luisem, już wcześniej pracowała. Znała jego meksykański, pikantny temperament i wiedziała, czego może się po nim spodziewać. Obawiała się reszty. Praca z nieznanymi ludźmi, których sposobu zachowania i działania nie znała, była ryzykowna w jej zawodzie. Nie lubiła tego, ale nie miała wyjścia. 

Zawsze pracowała sama, czasami tylko z małą pomocą innych tajnych agentów lub informatorów. Albo kogoś, kto miał u niej dług. Ale nie tym razem. Tym razem ktoś wyżej zadecydował o sposobie wykonania tego zadania. Ona była tylko marnym pionkiem w brudnej grze. Poza tym, zadanie jak zadanie. Kochała ryzyko i idącą za tym adrenalinę, od której była uzależniona, jak wszyscy agenci terenowi. Jej szef obiecał jej dodatkowo bonus – dostęp do akt, które ją interesowały. Taki barter. Ona się postara, on da jej premię. Miała zatem nadzieję, że wszystko przebiegnie gładko i bez problemów, chociaż od rana nie potrafiła wyzbyć się dziwnego przeczucia i tego – znanego jej już dobrze – uczucia w żołądku. To jej intuicja podpowiadała jej, że coś się wydarzy i to coś złego. W przeciągu prawie dziesięciu lat pracy dla Firmy nauczyła się nie lekceważyć swojego przeczucia, które jak na razie, tylko raz ją zawiodło. Ale to przez osobę, o której nie chciała w tej chwili myśleć. Wolała skupić się na zadaniu, które nieco jej śmierdziało. Nie podobało jej się, że współpracuje bezpośrednio z CIA. Niby byli z jednej organizacji, ale... Tamci byli zupełnie inni niż ona. Nie miała też pełnego obrazu całej misji, a tego nie lubiła. Nie znać do końca swojego przeciwnika. Nie mieli jego zdjęcia, a co za tym idzie, ktokolwiek w środku mógł być tym popaprańcem zwanym Frankenstein. Nie były znane
jego prawdziwe dane personalne. Rzuciła ponownie przelotne spojrzenie zespołowi, z którym była. Ciążyło na niej jeszcze jedno zadanie, które dał jej potajemnie Sekretarz Stanu. Sprawa Frankensteina ciągnęła się od lat i zaczęła śmierdzieć. Była drzazgą w oku Dyrekcji. Wszystkie służby europejskie i amerykańskie prześcigały się w tym, kto pierwszy rozpracuje terrorystę i jego ludzi. Ale jak dotąd, bez powodzenia. Zarówno Interpol, Europol, jak i wojskowe
jednostki utykały w martwym punkcie, bo co chwilę znikał im z radarów. I to dawało do myślenia. Nawet bardzo. 

You've reached the end of published parts.

⏰ Last updated: Jan 11, 2021 ⏰

Add this story to your Library to get notified about new parts!

IcarusWhere stories live. Discover now