Nie bijcie mojego taty

2 0 0
                                                  

Niósł ciężki pakunek na plecach, a lewą ręką ściskał dłoń chłopaka. Wyglądali jak syjamscy ojciec i syn. Zatrzymali się na przystanku autobusowym, tuż przy słupie z żółto-pordzewiałą tabliczką. Wpatrywał się w nią jak wtedy, gdy zna się wyrok. Czekali na deszczu. Milczeli bezradnie. Byli już daleko na południu. Wiatr przypominał sztorm, a on myśliwego, który wlecze do domu upragnioną zdobycz. Gdy po kwadransie nadjechał autobus, mężczyzna puścił chłopaka pierwszego do środka, a sam obejrzał się w tył drogi. Pożegnał dworzec kolejowy i przejechane tego dnia kilometry. Splunął. 
Silnik zagrzechotał. Czerwone światła rozpłynęły się jak krople na szybie.
Siedzieli na przodzie. Święty Krzysztof spoglądał znad lusterka na pasażerów. Ludzie uśpieni jazdą cierpliwie oczekiwali na szczęśliwe zakończenie podróży. Chłopiec naśladował kierowcę. Zmieniał biegi machając ręką w powietrzu. Bucząc po cichu udawał dźwięk silnika. Spoglądał co chwilę na śpiącego ojca. Jego zmęczona głowa drgała na szybie niczym mechaniczne krosno, poruszając ciemnozieloną zasłonkę.
Obudził ich kierowca. Dojechali na miejsce późnym wieczorem. Mężczyzna zapytał jeszcze jak dojść do zachodniej części miasteczka. I znów zanurzyli się w zimnym deszczu.

Dopiero gdy obudzili się w wilgotnym pokoju, ujrzeli przez szarą firankę wysoką wieżę. Tuż obok hotelu robotniczego działała kopalnia. Koło na wieży szybu obracało się leniwie. Mężczyzna kazał dziecku umyć się szybko i zajął się przygotowaniem śniadania. Z rozwiniętych paczuszek wyciągnął ostatnie trzy kanapki i rozłożył je na stole pokrytym ceratą. Pokroił dużego pomidora na ćwiartki. Wyciągnął sól 
z papierowego rożka i rozsypał ją stukając palcem jakby odmierzał lekarstwo. Nalał do plastikowego kubka zimną herbatę z termosu, a sobie resztkę do metalowej pokrywki.

- Na! - podał kubek dzieciakowi, który ucieszył się na widok jedzenia.
Po śniadaniu wyszli na zewnątrz. Przed hotelem stało kilku mężczyzn. Zamiast kilofów trzymali w rekach butelki z winem. Patrzyli wrogo na przybyszów. Niewysoki ojciec przytulił syna. Poszli w stronę centrum. Zatrzymali się przy słupie ogłoszeniowym. Mężczyzna patrzył na ręcznie zrobiony plakat. Czerwony mazak rozmyty przez deszcz spływał z papieru jak strużka krwi. W sklepie przy rynku kupili bochenek chleba i duży kawałek kiełbasy. Ekspedientka zawinęła zakupy w gazetę. Usiedli na ławce. Rozpakował zawiniątko. Wyciągnął nóż ze spodni. Odkroił po kawałku i dał chłopakowi na spróbowanie. Otarł ostrze o nogawkę i nim schował nóż do skórzanej pochwy powiedział z powagą:

- Ani waż mi się go dotykać.

Z wielkiego pakunku wyciągnął worek. Odłączył żyrandol i w jego miejsce zawiesił na haku wielką skórzaną gruszkę. Usiadł na łóżku. Rozebrał się do pasa. Chłopak obserwował w ciszy kolejne kroki. Mężczyzna starannie bandażował najpierw lewą, 
a potem prawą dłoń tak, jakby opatrywał rany. Kiedy z wielkim trudem nałożył rękawice, poprosił syna, aby pomógł mu je zawiązać, sam wcześniej używając do tego zębów. Wykonane z grubej bydlęcej skóry, wypełnione końskim włosiem - opasały wielkie pięści mężczyzny niczym protezy ortopedyczne.

- Będziesz się bił?

- Nie twoja sprawa

- Będzie cię bolało?
Nic nie powiedział. Położył ciężką rękę na głowie chłopca, próbując go pogłaskać. Mały wystraszył się jeszcze bardziej i odsunął pod ścianę. Patrzył uważnie na ciosy ojca mrużąc oczy po każdym mocnym uderzeniu. Gruszka dyndała bezwładnie jak martwe, bezbronne zwierzę. W pokoju zrobiło się parno od potu. Po godzinie mężczyzna poprosił, aby chłopak przyniósł zmoczony ręcznik i obmył mu ciało. 
Gdy mały poszedł korytarzem w stronę łazienek, natknął się na palącą papierosa półnagą kobietę. Opierała się o odrapaną ścianę.

- Ej, mały, gdzie zgubiłeś rodziców?

- Nie twoja sprawa.

- Ty smarkaczu! - próbowała się na niego zamachnąć, ale była tak pijana, że przewróciła się na podłogę. Kiedy wracał z mokrym ręcznikiem wyciągnął do niej rękę. Próbował pomóc jej się podnieść. Odepchnęła go, mamrocząc coś w nieznanej gwarze. Leżący obok niej papieros jeszcze się tlił. 
Mężczyzna odpoczywał na łóżku i czekał na chłopaka. Wyglądał jak chory w gorączce, gdy ten starannie wycierał każdy centymetr jego parującego ciała.

Było już ciemno, gdy ubrał się i włożył buty. Znów chłopiec pomógł mu zawiązać rękawice. Dociskał sznurówki z całych sił. Siedzieli chwilę w skupieniu. Mężczyzna wyglądał jakby się modlił. Mały podszedł do okna skąd oprócz szybu było widać duży zniszczony budynek. W stronę wejścia schodziło się coraz więcej ludzi. Krajobraz nagle się ożywił. Chłopiec zaczął na głos liczyć przybyszów: „dziesięć, dwanaście, osiemnaście, dwadzieścia, sto, sto pięćdziesiąt, dwieście...".

- Tam pójdziemy? - wskazał palcem budynek za oknem.

- Ja pójdę, ty zostaniesz.

Dzieciak posmutniał.

- Nie chcę tu zostać.

- Musisz.

- Chcę iść z tobą.

- Pójdziesz, ale spać.

- Proszę!

- Mam do załatwienia bardzo ważną sprawę.

- Nie chcę żebyś się bił. Będzie cię bolało.

- Nie będzie. 

- Mnie by bolało.

- Kiedy to robię nie czuję bólu w taki sposób, jak inni ludzie.

- Przyrzeknij! - z trudem podniósł jego prawą rękę, jak w geście zwycięstwa.
- Przyrzekam ci, że nie będę się oszczędzał - pierwszy raz się uśmiechnął.
Kiedy mężczyzna wychodził z pokoju, chłopiec uczepił się jego nogi i nie chciał go puścić.

- Zabraniam ci tam iść!
Mały skinął głową na znak, że zrozumiał. Zacisnął piąstki i uniósł je na wysokość oczu na pożegnanie albo na znak, że będzie trzymał kciuki. A potem usiadł na parapecie i obserwował jak ojciec idzie w stronę hali i znika w tłumie nieznajomych. Zasnął płacząc.

Usłyszał dobiegający zza okien ryk widowni. Było całkowicie ciemno. Wyszedł z pokoju boso i udał się prosto do wielkich drzwi prowadzących do środka hali. 
Na szerokiej arenie biegały zdyszane woły. Zbliżył się do bandy i nagle dojrzał przy niej matkę oraz trójkę rodzeństwa. Przyglądali się jak potężne zwierzęta ryją ziemię. Byli smutni. Szczególnie matka. Spojrzała na niego jak na obce dziecko i odwróciła głowę.

- Mamo!
Cisza.

- Gdzie tata?
Nie usłyszał odpowiedzi, bo znów widownia zaryczała tak głośno, że się obudził. 
Leżał sam w łóżku. Wstał szybko i zaczął szukać ojca w hotelu. Korytarz był pusty. Nie było go w łazience. Ani na dole przy recepcji. Przed budynkiem stali ci sami mężczyźni co wczoraj, tylko już nie zwrócili na niego uwagi. Pobiegł prosto do hali. 
W jej wnętrzu nie zastał nikogo prócz starego sprzątacza, który zamiatał podłogę. 

- Wynocha stąd! Ale już! - starzec przegonił go miotłą. 

Przestraszony chłopak wybiegł na ulicę i poszedł znaną mu drogą w stronę centrum. 

Za rogiem zaczepiła go nieznajoma.

- A dokąd to wybiera się ten bajtel?

Wyrwał się kobiecie i pobiegł przestraszony środkiem ulicy.

- Coś ty taki chyży? - usłyszał jeszcze jej głos w przelocie.

Po chwili zaczepiali go już wszyscy przechodnie. Zatrzymywali się, wskazywali go palcem i śmiali się się na widok chłopaka w pidżamie.
Zajrzał do sklepu.

- Nie widziała pani mojego taty?

- Zgubiłeś ojca, ale numer... - sprzedawczyni zaśmiała się złośliwie. - Lepiej się ubierz, bo złapiesz jakie choróbsko.

Na tyłach sklepu zaczepiło go dwóch nastolatków. Ten, który palił papierosa, spojrzał groźnie i oznajmił, że zaraz zgaszą mu go na twarzy. Chłopak pobiegł w dół ulicy, a tamci ruszyli za nim jak dwa psy. Krzyczeli głośno, że spuszczą mu manto. Biegł ile sił. Wpadł prosto na milicjanta stojącego na skraju obskurnego parku. W szarym mundurze, z rozstawionymi ramionami, wyglądał niczym wielki gołąb. 

Chłopiec wyszeptał tylko:

- Nie bijcie mojego taty.

Nie bijcie mojego tatyPrzystań dla opowiadań. Odkryj teraz