goodbye forever,alone.ostatnia kropka.wyszlo jak chcialam.

Piszczało mi w uszach od ciszy, która zapanowała tak nagle, że miałem wrażenie, jakby ktoś mnie ogłuszył. Zamazany obraz powoli zaczął się wyostrzać, a wszystkie bodźce świata zewnętrznego dotarły do mnie z siłą huraganu. Zamrugałem szybko. Powoli, przeciągając sekundę w ich miliardy, wyciągnąłem przed siebie dłoń. Trzęsła się, nie mogłem nad tym zapanować. Jeszcze zaciśnięta w pięść, cała ubrudzona była od krwi. Moja własna mieszała się z tą, która…

Zaraz.

Spojrzałem w dół. Nie wiem dlaczego, ale w tym momencie czułem się, jakbym pisał przedostatnie zdanie w książce, która zatytułowana jest moim imieniem. Przełknąłem ślinę, bezmyślnie przyglądając się twarzy, którą ledwo potrafiłem rozpoznać. Zalana krwią, zmasakrowana, obrzydliwa… odwróciłem głowę.

Nie wiem, czy nie było to błędem. Przerażone oczy Courtney to pierwsze z czym się zetknąłem i przysięgam, że widok sprzed sekundy był niczym w porównaniu z bólem i niedowierzaniem, które wbiły się w moje ciało niczym tysiące sztyletów. Powoli wszystko zaczynało do mnie docierać.

Boże, co ja zrobiłem…

„Courtney, ja-„ zacząłem, energicznym ruchem podnosząc się z bezwładnego ciała Roberta, by w niewiadomym celu ruszyć w stronę dziewczyny. Kolejny błąd. Z przerażeniem cofnęła się, nie będąc w stanie wydusić z siebie nawet słowa. Cisza przytłaczała mnie, jakby w magiczny sposób zagęściła powietrze.

Wszystko wewnątrz mnie drżało. Na trzęsących się nogach kucnąłem, przykładając palec do szyi Roberta niczym głupiec. Serce biło mi tak szybko, że było aktualnie jedynym dźwiękiem, jaki rejestrowały moje uszy.

Nie było pulsu. Nie czułem pieprzonego pulsu. Coś ścisnęło się w moim gardle, jakby ktoś zawiązał na nim słup. Wziąłem głęboki wdech.

„Cz-czy on…” usłyszałem cichy szept, po czym dotarło do mnie wszystko, tym razem w całości, tak, jak było.

Zabiłem go?

Podniosłem się z pozycji, którą aktualnie zajmowałem. Czując się jakby ogłuszony, ominąłem szlochającą dziewczynę, która nie interesowała się już mną, a swoim bratem, który leżał we krwi na podłodze. Otworzyłem drzwi i wyszedłem. Stawiałem długie kroki w stronę swojego domu, po drodze spoglądając na swoją białą koszulkę. Były na niej małe, czerwone plamki. Oddychałem wolno i ciężko, czując, jak obie moje dłonie pulsują od wcześniejszych uderzeń. Nagła fala świadomości, która wcześniej mnie zalała, zmyła wszystko, co było wewnątrz mnie. Nie czułem się już jak człowiek. Nie byłem człowiekiem.

Po wejściu do domu, skierowałem się od razu do swojego pokoju, mając ogromne szczęście, że po drodze nie spotkałem nikogo ze swojej rodziny. Wszedłem do pokoju, rozglądając się wokół. Pustka wewnątrz mojej klatki piersiowej była ogromna i powiększała się z każdą sekundą. Jakby ktoś wypełniał ją Nicością w czystej postaci, jak balon.

Wziąłem do ręki telefon i wykręciłem numer, nawet o tym nie myśląc. Po kilku sygnałach, słuchawka została podniesiona.

„Ash?” wesoły głos mojej siostry rozbrzmiał w głośniku urządzenia, a ja dopiero wtedy poczułem, że moja klatka piersiowa unosi się zbyt szybko, a policzki są zbyt mokre. Szloch nie dawał mi wypowiedzieć nawet słowa. Dusiłem się.

„Z-zrobiłem coś strasznego, ja nie wiem, nie wiem co się stało, posłuchaj mnie, musimy się pożegnać, musisz coś zrobić, ja już nie mogę, ja nie wiem…” nie wiedziałem, co mówię. Jakbym nagle zapomniał każdego słowa, którego nauczyłem się, odkąd byłem dzieckiem. Nie umiałem ułożyć zdania, zebrać myśli. Bolało.

„Ashton? Uspokój się, Ashton!” krzyknęła dziewczynka, zapewne zaczynając płakać z niemocy i przerażenia. Zdając sobie sprawę, że nie powinienem był do niej dzwonić, rzuciłem słuchawkę na łóżko, nie trudząc się nawet, by zakończyć połączenie. Jej stłumiony głos wciąż brzmiał gdzieś w tle, ale tylko przez kilka sekund.

W pośpiechu otworzyłem szafę, z najwyższej półki sięgając średniej wielkości karton. Wycierając łzy, otworzyłem go, gładząc palcami fakturę listów, zdjęć i starej koszulki Nadine, które tam chowałem. Było tam wszystko. Każda cześć mojej miłości do niej, jak mi się wydawało, wszystkiego pozytywnego, co dałem z siebie światu.

Wyszedłem na taras, trzymając w ręce pudełko. Zostawiłem go tam i wróciłem po kosz na śmieci, z którego całą zawartość wysypałem na dywan. Zaczynało się ściemniać, gwiazdy pokazywały się na szarym niebie, a chłodne, orzeźwiające powietrze rozwiewało moje włosy. Łzy na moich policzkach stały się jeszcze zimniejsze.

Usiadłem po turecku, pomiędzy koszem a wszystkimi pamiątkami, które miałem po Nads. Każdą z osobna oglądałem, po czym wrzucałem do kosza. Nie myślałem, nie czułem, po prostu wykonywałem automatyczne czynności, jakby to było to, co musiałem zrobić od dawna. Moja podświadomość decydowała za mnie.

Kiedy nie było już niczego, co mógłbym wrzucić do kosza, odkręciłem małą buteleczkę wody perfumowanej i polałem wszystkie rzeczy, następnie rzucając na nie zapałkę. Płomień zrodził się, z każdą sekundą rosnąc, otaczając mnie nieprzyjemnym, zbyt natarczywym ciepłem. Wpatrywałem się w niego chwilę, po czym wstałem i oparłem się o barierkę, obserwując, jak dym znika na tle błękitno-szarego nieba, jak stapia się z nim, staje się częścią świata.

Zapaliłem. Jednego papierosa za drugim, aż moje płuca zaczęły boleć, a płomień, który niszczył cząstkę mnie i cząstkę niej, zgasł.

Nie wiem, ile czasu minęło, kiedy drzwi mojego pokoju zostały wywarzone, a dwóch policjantów weszło i pewnym krokiem skuło mnie, ignorując rozpaczliwe nawoływania mojej matki. Obserwowałem swoje buty, idąc za nimi ze stoickim spokojem, niczym szaleniec, pogodzony ze swoim losem.

Była to prawda. Stałem się szaleńcem i to jedyne, co po mnie zostało. Wszystko dobre, co kiedyś było w moim ciele, krążyło teraz w atmosferze, było dymem, który zrodził się z płomieni i w końcu poczułem spokój. Błogi spokój, jakbym znów był sobą, jakbym znów… był z nią.

alone // a.irwinRead this story for FREE!