ROZDZIAŁ ZAWIERA WĄTEK +18

- Zamknij się, idioto, ona jest moją prywatną nauczycielką – Gabriel roześmiał się, zagrzebując ręce w kieszeniach. 
Wzięłam głęboki wdech. Nigdy w życiu mi tak nie ulżyło.

- Co za wstyd – westchnął tamten chłopak. – Serio, marzy mi się teraz porządny lodzik. 
Otworzyłam szeroko oczy, ze wszystkich sił starając się, aby usta nie podzieliły ich losu. Kto sprawił, że był tak pewny siebie? Ale Gabriel mnie uspokoił. 
- Zignoruj go, nie wie co więcej może powiedzieć na widok ładnej dziewczyny – uśmiechnął się do mnie. 
- Ona wie, że ja żartuję! – chłopak zaśmiał się, wyrzucając ręce w powietrze. Po przyjacielsku uściskał Gabriela, nim wszedł do pomieszczenia, które według mnie było salonem. Sięgałam po kurtkę, ale Gabriel mnie zatrzymał. 
- Już idziesz? – zapytał, unosząc brwi. 
- Hm, tak? – odpowiedziałam, nie za bardzo znając powód, dla którego miałabym zostać. 
- Nie nie, jest piątek. Nie mogę odesłać cię do domu tak wcześnie! – nalegał Gabriel, odstawiając moją torbę na podłogę. Złapał mnie za nadgarstek i pociągnął delikatnie do pokoju, do którego przed chwilą wszedł tamten chłopak. Taaa, pokój dzienny. Rozejrzałam się; były tu dwa olbrzymie okna, pozwalające światłu gwiazd rozjaśnić pomieszczenia. Naprzeciw okien stały trzy czteroosobowe kanapy, a na ścianie wisiał wielki telewizor plazmowy. Na drugim końcu pokoju stał owalny stolik pokerowy i pięć krzeseł. W jednym z rogów pokoju znajdował się stół do piłkarzyków. Na sofie siedziało trzech gości; jednym z nich był koleś z przedpokoju, drugim był Dakota, a trzeciego nigdy wcześniej nie widziałam. Wyglądał na trochę starszego od reszty. Wszyscy spojrzeli na mnie i na Gabriela, gdy weszliśmy. Dziwnie
Na szczęście chwilę później dało się słyszeć inny głos.
- Czy ktoś chce, żebym złoił mu dupsko w pokera? – zachichotał Geronimo, tasując karty w dłoniach. Wszyscy wstali z kanap, kierując się w stronę stolika do pokera. Poszłam za Gabrielem, a on usiadł. Zaskoczył mnie, sadzając mnie sobie na kolanach. 
- Jest napalonym idiotą, nie musisz z nim siedzieć – Geronimo uśmiechnął się do mnie, kiwając głową na Gabriela. Ten zaśmiał się, oplatając mnie ramionami. 
- Ona się stąd nie rusza, jest moim amuletem szczęścia – oburzył się Gabriel, odnosząc się do sposobu, w jaki wygrał wcześniejszy wyścig z Dakotą. 
- Panienki, jeśli nie macie nic przeciwko, to może jednak zaczniemy grę. Geronimo? – powiedział ten najstarszy, patrząc na nas. 
Geronimo pokiwał głową, rozdając karty. Każdy z nich wziął parę żetonów, układając je obok siebie. Spoglądałam na każdego siedzącego przy stole; na drugim końcu siedział Geronimo. Obok Gabriela i mnie siedział Dakota. A naprzeciw siedział chłopak z przedpokoju i ten najstarszy. No dobra, nie był aż tak stary. Był starszy, w porównaniu do chłopaków wokół niego. Gdybym miała strzelać, myślę, że miał około 27 lat. 
- Ohhh, czuję zwycięstwo, suki – Dakota radośnie zachichotał, spoglądając w swoje karty. 
- Ej, poczekaj chwilę – burknął chłopak z przedpokoju, wstając z krzesła. Zniknął z pokoju, ale wrócił chwilę później z piwem w dłoni. 
Kiedy usiadł, gra się zaczęła. 
Czy oni serio mogliby być niebezpiecznym gangiem? Abstachując od pistoletu, którym Geronimo wymachiwał wcześniej, wyglądali na całkiem normalnych. Grając w pokera, śmiejąc się, rozmawiając i pijąc. Wydawali się być nieszkodliwi. Coraline nigdy mi nie uwierzy, pomyślałam sobie. Nie mogłam się doczekać, żeby powiedzieć jej, że chłopcy byli, cóż, chłopcami
I kiedy tak siedzieli i żartowali na temat tyłeczka, który widzieli wcześniej, dwóch z nich nagle zamilkło – ci, którzy siedzieli naprzeciw. Zagapiłam się na nich. 
- Dostarcz to na czas, ale zachowaj ostatnią sztukę – mamrotał ten najstarszy do tego z korytarza. Nagle urwał, odwracając się w moją stronę. Szybko odwróciłam wzrok. Zachowuj się naturalnie, zachowuj się naturalnie, zachowuj się naturalnie… O co, do cholery, chodziło? 
Gabriel z pewnością miał dobre karty, bo stosik żetonów w jego części stołu stale rósł. 
- Pasuję – westchnął najstarszy, rzucając karty na stół. 
- Boisz się Edwardsa? – chłopak z przedpokoju zerknął na Gabriela, rzucając żetonami. Dakota spoglądał to na chłopaka, to na Gabriela, i znów.
- Nienawidzę was, kutasy – warknął, również rzucając karty na stół. 
- Więc zostałeś tylko ty, ja i McCann – powiedział Gabriel, rzucając swój ostatni żeton na rosnący stosik. McCann? Gdzie słyszałam to nazwisko? 
- Edwards, myślałem, że wiesz, że nikt nie pokona mistrza – McCann zaśmiał się, ironicznie rzucając dolara na stosik. 
- Nie możesz tego zrobić, głupi oszuście! – Gabriel zaśmiał się razem z innymi. 
- Nie masz dolara na mnie – wymamrotał Gabriel, udając złego. 
- Więc myślę, że przegrałeś, Edwards – McCann uśmiechnął się pod nosem, unosząc brew. O Boże, co za podniecenie, Christine!
- Nie, mam zamiar skopać ci tyłek tymi kartami – odparł spokojnie Gabriel. - Ryzykuję nią – zaśmiał się, sadzając mnie na stole. 
- Hej! – zaprotestowałam, marszcząc gniewnie brwi, nim wybuchnęłam śmiechem razem z resztą chłopaków. To było jednocześnie dziwne i zabawne. 
- Nie wstawię się za tobą już więcej, Gabriel – powiedziałam, udając złość. Chopcy śmiali się, wciąż na mnie patrząc. 
- Okej, okej – odchrząknął Geronimo. – Pokaż karty. 
- Pobij to! – Gabriel uśmiechnął się chytrze, kładąc je na stole. 
- Ooo, strit* – w głosach chłopaków dało się słyszeć podziw. 
McCann spojrzał na karty szeroko otwartymi oczami, ale zmieszanie na jego twarzy szybko ustąpiło dumie.
- Przykro mi, Edwards – zaśmiał się, również kładąc karty na stole.
- Kurwa mać, ma kolor*! McCann wygrywa! – Geronimo wybuchnął śmiechem.
- A teraz chodźcie do tatusia – McCann przygryzł wargę, zbierając ze stołu żetony. 
Spojrzałam w dół na moje palce. Powinnam tu siedzieć, czy wrócić do Gabriela? Moje przemyślenia przerwał głos McCanna. 
- A moje trofeum? – spojrzał na mnie wyczekująco, otwierając ramiona. 
Zastanawiałam się ledwo sekundę, nie wiedząc czy w ogóle chciałam z nim siedzieć. Ale nie wyglądało na to, bym w ogóle miała jakiś wybór, bo on już wstał i podnosił mnie ze stołu. 
Gabriel siedział i uderzał czołem o blat stołu. 
- No weeeeź, będą jeszcze kolejne gry, Edwards – Dakota zachichotał, poklepując Gabriela po plecach. 
- Jestem pokonany… I straciłem mój amulet na rzecz tego gościa – Gabriel załkał dramatycznie, udając, że jest zły na McCanna. 
- Taaa, masz rację, przykro mi, że ją straciłeś… Ale trzymaj, wiszę ci 10 dolców – Dakota zaśmiał się histerycznie, wręczając Gabrielowi pieniądze.
- No nie, ależ z ciebie gentleman – mruknął Gabriel, i, nie mogąc się powstrzymać, uśmiechnął pod nosem.
- W sumie, to ona już nie jest twoim amuletem, Gabe – McCann wyszczerzył zęby w uśmiechu, biorąc łyk piwa. 
- Taaa! Nie powinieneś był ryzykować utratą mnie. Teraz jestem McCanna – zażartowałam, drocząc się z Gabrielem. 
Geronimo znów zaczął rozdawać karty, a ja usłyszałam szept wprost do mojego ucha.
- Możesz nazywać mnie Jason, jeśli chcesz.
Dreszcze przeszły wzdłuż całego kręgosłupa. Jego głos był taki delikatny i… onieśmielający.
- Christine Dion – niepewnie uśmiechnęłam się, spuszczając wzrok na podłogę. 
Zaczęli nową grę, i musiałam przyznać – byłam pod wrażeniem, jak bardzo Jason był dobry. 
- Co myślisz – szepnął niespodziewanie – powinniśmy położyć tę, czy tę kartę? 
Spojrzałam na nie, nie wiedząc w sumie co odpowiedzieć. 
- Tę – odszepnęłam, wskazując na czwórkę trefl.
- Dlaczego nie tę? – zapytał Jason, pokazując dwójkę kier. 
- Myślałam, że zagramy czterolistną koniczyną, bo symbolizuje szczęście, no wiesz. A powinniśmy zatrzymać serce, bo… nie wiem sama. Tak czuję – odwróciłam głowę w jego stronę, ale on już na mnie patrzył.
- Jesteś czarująca – szepnął, uśmiechając się słodko. Zarumieniłam się, odwracając wzrok. Myśli, że jestem słodka… Kiedy znów nadeszła jego kolej, Jason zmarszczył brwi. 
- Hm, nie uda nam się tego wygrać – wymamrotał, spoglądając na karty. 
- Spróbujmy, nie mamy niczego do stracenia – uśmiechnęłam się zachęcająco. Nie chciałam, żeby się już poddał!
- Mógłbym stracić mój amulet – jęknął, nie odrywając wzroku od kart. Moje serce biło jak szalone. Teraz już znałam znaczenie posiadania motylków w brzuchu. Kontroluj się, Christine. Wzięłam głęboki wdech. 
- Jasna cholera – Jason przerwał mój wewnętrzny monolog. 
- Co? – zapytałam nieobecna, odwracając się w jego stronę. 
- Wygraliśmy! Wygraliśmy z tymi gównanymi kartami! – krzyknął, rzucając karty na stół. 
- Yaaaaaaaaaaay! – zaczęłam klaskać i cieszyć się jak małe dziecko. 
I wtedy zobaczyłam jego uśmiech. Drugi raz w ciągu tego dnia, totalnie się rozpłynęłam. Patrzył na mnie, ale ja nie odwróciłam wzroku. Spoglądaliśmy sobie w oczy i miałam wrażenie, że trwa to całą wieczność, kiedy niespodziewanie jakaś ręka dotknęła mojego ramienia, budząc mnie z odrętwienia. 
- Przepraszam, że wam przeszkadzam, ale Christine musi już iść – zachichotał Gabriel. Miał przy tym tak zabawny wyraz twarzy, że i mnie udzieliła się jego radość. 
- No zamknij się – mruknął Jason, kiedy wstałam z jego kolan. 
Poszłam za Gabrielem do przedpokoju, gdzie ubrałam kurtkę i wzięłam torbę. 
- Cześć, miło było was poznać – uśmiechnęłam się do chłopaków, wsadzając głowę do dużego pokoju. 
- Do zobaczenia, Christine – powiedzieli równo, odpowiadając uśmiechem.Jasona nie było z nimi
Kiedy wyszliśmy na zewnątrz, Gabriel usiadł na swoim Ducati, czekając na mnie. 
Usiadłam za nim, oplatając go ramionami. Spojrzałam do tyłu na dom, kiedy ruszyliśmy żwirową ścieżką. Coraline nigdy mi nie uwierzy, zaśmiałam się w duchu. 
- Hej, Christine? – głos Gabriela niespodziewanie przerwał moje rozmyślania.
- Mmm? – mruknęłam w odpowiedzi. 
- Teraz, kiedy mam cię odwieźć do domu… - zaczął, odchrząkując. – Tak się zastanawiałem… Gdzie ty do cholery mieszkasz?! 

PRECIOUS // JUSTIN BIEBER tłumaczeniePrzeczytaj tę opowieść za DARMO!