6. Candy

180 15 40
                                    

Minęły dwa deszczowe dni. Padało niemal bez przerwy, a krople jesiennego deszczu bębniły o dach, okna i kamienne mury Akademii Saint Gallen. Niebo spowite było gęstą warstwą chmur, skutecznie oddzielając nas od utęsknionego błękitu, a mi osobiście brakowało już widoku słońca, rozpromieniającego świat i wnoszącego do ponurej rzeczywistości trochę pozytywnego blasku. Moje dni biegły wolno, wypełnione były nauką, śmiechem Nikolay'a, oswajaniem się ze szkołą i nowymi znajomymi. I choć na pozór wszystko wydawało się płynąć normalnie, wręcz swobodnie, pewne myśli nie dawały mi spokoju. Były ze mną od tego wtorkowego popołudnia, kiedy wyszłam z gabinetu Charlotte i doświadczyłam jednego z największych zaskoczeń w całym moim życiu. Myśli, kłębiące się w mojej głowie, goniły się nawzajem, a każda z nich potrafiła wywołać falę następnych i następnych, niczym krople deszczu, które sunęły po szkle i dzieliły się na coraz mniejsze i mniejsze.

Zaczął się piątek, który przyniósł nam kolejne fale ulew. Mimo to, uczniowie byli dziś w dużo lepszym nastroju. Wielkimi krokami zbliżał się przecież weekend. Dwa dni odpoczynku przed kolejną serią nieprzespanych nocy i ogromną stertą pracy domowej. W poprzedniej szkole zdarzało mi się zarywać nocki dla nauki jedynie przed wystawianiem ocen semestralnych i ważnymi egzaminami. W Saint Gallen było jednak inaczej. Już od pierwszego tygodnia szkoły zaczynała się tu pogoń za najlepszymi ocenami i walka o jak najwyższą średnią. I nawet najwięksi ignoranci dołączali do tego wyścigu, a wszystko przez presję wywieraną przez szkolne społeczeństwo.

Zostały mi dwie ostatnie lekcje przed rozpoczęciem weekendu. Byłam tak wyczerpana, że zmierzałam przespać chociaż połowę wolnego, a drugą poświęcić oczywiście na naukę. Może w międzyczasie znajdzie się choć odrobina czasu, na spędzenie go ze znajomymi, którzy byli równie zmęczeni co ja. Tymczasem tkwiłam na lekcji historii i zamiast skupić się na temacie opowiadanym przez miłego staruszka, Malcolma Wattsa, po raz kolejny odpłynęłam do krainy własnych myśli i marzeń. Wpatrzona byłam w krajobraz za oknem, gdzie deszcz uderzał w taflę jeziora, tworząc na nim małe i duże okręgi.

Xavier Cavadini.

To on zaprzątał moje myśli. Nie mogłam odmówić mu tego, iż był przystojny, ale to nie o to w tych moich fantazjach chodziło. Było w nim coś, co przyciągało. Działało jak magnez. Wytwarzał wokół siebie niesamowitą aurę tajemniczości, której nie mogłam w żaden sposób ogarnąć swoimi myślami, choć nieustannie od dwóch dni próbowałam. Może to dziwne, ale coś urzekającego było w tym posępnym chłopaku, który sprawiał wrażenie totalnie zbuntowanego i zamkniętego. Był niczym chodząca zagadka, która pochłonęła mnie do tego stopnia, że wyglądałam go na korytarzu, lecz jakimś cudem umykał mi gdzieś, od naszego ostatniego spotkania. Spotkania, które, gdy wracam do niego pamięcią, do dziś wywołuje u mnie dreszcze, biegnące wzdłuż kręgosłupa. Przeanalizowałam już chyba każdy, najmniejszy strzępek naszej rozmowy, rozkładając go na czynniki pierwsze, ale kiedy pan Watts zaczął zanudzać nas kolejną ilością nieznaczących detali dotyczących jakiejś bitwy, po raz kolejny odpłynęłam pamięcią do spotkania, które miało miejsce we wtorkowy wieczór.

- Wchodź – Xavier skinął głową na metalowe drzwi, przepuszczając mnie w nich pierwszą. Na początku spojrzałam na niego dość niepewnie, w końcu nie miałam pojęcia dokąd idziemy, a chłopak nie był zbyt rozmowny. Postanowiłam jednak odpuścić wywiadów oraz przeszpiegów i zrobiłam to, co podpowiadała mi moja intuicja, która w momentach takich jak ten, zazwyczaj namawiała mnie do złego. Pchnęłam ciężkie drzwi, a już po chwili poczułam na twarzy powiew chłodnego wiatru.

W powietrzu można było już wyczuć zbliżającą się jesień. Lato odchodziło w zapomnienie. Rześki, wieczorny wiatr rozdmuchał moje miodowe włosy we wszystkie możliwe strony. Zrezygnowałam jednak z próby ogarnięcia kosmyków, ponieważ po chwili znów tańczyły na wietrze, plącząc się niemiłosiernie. Niebo spowite były ciężkimi chmurami, które musiały napłynąć tu niedawno. Przecież jeszcze godzinę wcześniej, podziwiałam przepiękny, różowo-złoty zachód i nie zanosiło się na pogorszenie pogody. Zbierało się na deszcz, jednak my skryci byliśmy pod spadzistym dachem małej wieżyczki, która górowała nad budynkiem, niczym wieża obronna. Grube mury biegnące dookoła stanowiły barierki, jednak były na tyle szerokie, że spokojnie można było na nich usiąść. Widziałam stąd całą okolicę. Jezioro, długi podjazd otoczony wierzbową aleją, a przy lepszej przejrzystości powietrza, byłam niemal pewna, że można było dostrzec stamtąd szczyty Alp.

Fallen Into RuinOpowieści tętniące życiem. Odkryj je teraz