Rozdział 2.

263 30 44
                                    


     Mama zaatakowała mnie już w progu. Cała rozpromieniona wpadła do przedpokoju i lustrowała mnie od góry do dołu, starając się coś wyczytać z mojej aury. Miałyśmy taki układ, że w takich chwilach nic jej nie mówiłam, dopóki sama nie spróbowała zgadnąć. Wierzyła w siłę mowy ciała i energii, a ona (podobno) była mistrzynią w dostrzeganiu jej. Raz na pięć rzeczywiście jej się udawało, ale to chyba niewiele nawet na kogoś, kto zgaduje bez dostrzegania aury. To mało nawet jak na kogoś, kto zgaduje z zamkniętymi oczyma. Mimo to żadna z nas się tym nie przejmowała, a w niej było ostatnio jeszcze więcej zapału, bo zakochała się i zachowywała jak nastolatka. Mam tutaj na myśli nadmierne chichotanie, wieczne wiszenie na telefonie i dziwne zdrobnienia. Poznała swoją nową miłość na portalu randkowym i ta miłość ma na imię Joanna lub jak ktoś woli to Joneczka, Asieniuńka, Kocurek lub Joasieńka. I gdy o tym mówię, zastanawiam się, dlaczego nikt nie wlepia za takie rzeczy mandatów.

     Mnie to jednak nie dziwi. Od małego byłam wychowywana na obywatela świata z otwartym umysłem. Mama rozmawiała ze mną o wszystkim, opowiadała o roli natury w życiu człowieka, kazała chodzić boso po trawie (co lubię do dziś) i zabraniała kupować czegokolwiek z napisem MADE IN CHINA, bo sądziła, że takie rzeczy są produkowane przez chińskie dzieci, które za wykonaną pracę dostają łyżeczkę ryżu. Dzisiaj, po obejrzeniu wielu filmów dokumentalnych i przeczytaniu kilku artykułów wiem, że z tą łyżeczką nieco ją poniosło, ale tak czy siak jest to temat ważny. Jednakże jako siedmiolatka, która miała na koncie zero obejrzanych dokumentów i przeczytanych artykułów, byłam bardzo sprawą przejęta, bo sama jadłam więcej niż jedną łyżeczkę ryżu dziennie.

     Pewnego dnia mama posadziła mnie na trawie w parku i spytała:

     - Wiesz co to miłość, skarbie?

     Pokiwałam głową i natychmiast odpowiedziałam:

     - Miłość jest wtedy, jak jest pan i pani, i oni się kochają, i mają dzieci.

     Mama uśmiechnęła się, słysząc tę odpowiedź i pogłaskała mnie po głowie.

     - Częściowo masz rację, ale musisz wiedzieć, że można mieć dzieci, nawet jak się nie kocha.

     Wybałuszyłam oczy, bo do tej pory głęboko wierzyłam, że naprawdę wystarczy bardzo się kochać i mocno tego dziecka chcieć, by w końcu zaczęło rosnąć w brzuchu. To był moment, w którym mama wytłumaczyła mi, że istnieją różne rodzaje miłości. Nie tylko kobiety do mężczyzny, ale też kobiety do kobiety, matki do córki, córki do kucyka i mężczyzny do mężczyzny.

     To było dawno temu. Teraz stałam w progu wściekła na życie i patrzyłam na nią z goryczą w oczach. Po drodze zdjęłam żakiet, który cały przepociłam, targając sobie przy tym fryzurę, ale będąc jednocześnie zbyt wściekłą, by ją poprawić. Ze złością wrzuciłam żakiet do szafy i ściągnęłam skórzane szpilki, które obtarły mi piętę.

     Mama klasnęła w dłonie.

     - Udało się! – wyśpiewała.

     Spojrzałam na nią z niedowierzaniem.

     - To wyczytałaś z mojej energii?

     Zawahała się.

     - To mówi twoja aura – mówiła, podążając za mną do mojego pokoju, gdzie zdjęłam czarną obcisłą spódnicę i wciągnęłam na siebie dresowe spodenki.

     - Nie, mamo. Moja aura gada głupoty – wycedziłam, przekładając przez głowę przepoconą biała bluzkę i zaraz założyłam stary rozciągnięty top.

Łączy nas nienawiśćOpowieści tętniące życiem. Odkryj je teraz