- Doszłam do wniosku, że i tak nie pomoże mi to w zdobyciu pracy marzeń. Musiałam jakoś zarabiać – Westchnęłam. – A nikt nie kwapi się, by zatrudniać żółtodziobów.

     Zaraz po wypowiedzeniu tego zdania, złapałam się za usta, ale było już za późno. Banda bezmyślnych słów już przez nie wyleciała i zasiadła na jego idealnie wyrzeźbionych uszach, które wszystko pochłonęły, mózg przetworzył, a oczy rzuciły mi pełne niedowierzania spojrzenie.

     - To znaczy... Nie miałam na myśli...

     - Dziękuję pani – Zerwał się na równe nogi i obszedł biurko. – Odezwiemy się.

     Podał mi rękę, a ja nadal siedziałam z tyłkiem przyklejonym do siedziska i tylko się w nią wpatrywałam. Wszystkie moje marzenia padły martwe na ten szary dywan, zastrzelone moją własną głupotą.

     W końcu wstałam, podałam mu dłoń. Mocny i szybki uścisk.

     - Do widzenia – powiedział, kulturalnie mnie wypychając za drzwi.

    - Ale – starałam się walczyć. – Nie spytał mnie pan, dlaczego chcę pracować w waszej firmie, ani jakie są moje mocne strony! Ani co bym wzięła ze sobą na bezludną wyspę!

     Uśmiechnął się z zakłopotaniem.

     - To nie będzie konieczne. Do widzenia.

     Nim się obejrzałam, stałam już na zewnątrz pomieszczenia i wpatrywałam się tępo w drzwi, które już zamknęły się za kolejnym kandydatem na moje wymarzone stanowisko. Przełknęłam łzy i włócząc za sobą nogami wyszłam z budynku. Na zewnątrz odwróciłam się i jeszcze raz rzuciłam na niego okiem. Cały oszklony, niemal sięgający nieba. Piętnaście pięter. I tam, wśród tych okien, mógł być mój gabinet. Mogłam być asystentką dyrektora generalnego. Idealnie obroniłam obydwie prace dyplomowe, harowałam latami... i po co? Po co uczyłam się po nocach, omijałam wszystkie imprezy, straciłam przyjaciół? Po to, żeby powiedzieć na rozmowie kwalifikacyjnej, że nie powinni mnie zatrudniać? Powinnam iść na przeszczep mózgu.

     W ślimaczym tempie zmierzałam w stronę przystanku autobusowego (z którego zapewne nie musiałabym już korzystać po tym, jak dostałabym tę pracę, bo stać by mnie w końcu było na kupno samochodu) kiedy ktoś zahaczył mnie ramieniem i prawie powalił tym na ziemię. W akcie próby ratowania swojego życia odruchowo wyciągnęłam ręce w stronę jakiegokolwiek ratunku, a ratunek i jednocześnie winowajca chwycił mnie za nie i przytrzymał. Serce waliło mi tak mocno, że mogłam je usłyszeć.

     - Nic się pani nie stało?

     Wyrwałam się z uścisku nieznajomego i potrząsnęłam głową.

     - Na pewno?

    Po co drążyć temat? Powiedziałam, że wszystko w porządku, nie wywróciłam się, mógłby dać już spokój, zamiast wlepiać we mnie te niebieskie ślepia.

     - Nic nie jest w porządku – powiedziałam, grobowym tonem. – Właśnie zawaliłam największą szansę swojego życia.

     - Nieudana randka?

     Spojrzałam na niego jak na szaleńca.

     - Randka? – powtórzyłam z niedowierzaniem. – Randki to sprawa podrzędna. Miłość to sprawa podrzędna! Są na świecie rzeczy o stokroć ważniejsze!

     Widocznie zaangażował się w moje życie, bo patrzył na mnie z wyczekiwaniem.

     - Rozmowa kwalifikacyjna – wyrzuciłam to z siebie. – Widzi pan tamten budynek? Piętnaście pięter, wszystkie oszklone. I tam, o tam – Machałam palcem. – Tam miało być moje biuro. Piękne biuro z oknem. Ale co zrobiłam?

     Zadałam mu pytanie retoryczne, na które oczywiście nie znał odpowiedzi.

     - Wszystko spieprzyłam! – wykrzyczałam, a jakaś para staruszków odwróciła się w moją stronę przerażona. – Prawie ich poprosiłam, by mnie nie zatrudniali. Równie dobrze mogłam tam tylko wejść, powiedzieć, że to nie ma sensu i wyjść. Oszczędziłabym sobie wstydu.

     Popatrzył jeszcze raz w stronę budynku, a potem znów na mnie.

     - A co tam dają za posady?

     Westchnęłam z bólem.

     - Miałam być asystentką dyrektora generalnego. Nie wiem po co kończyłam te studia, jeśli nie po to.

     - A co to za radocha być czyimś asystentem?

     Przyjrzałam mu się. Był młody, przystojny, miał regularne rysy twarzy. Na wysportowanym ciele wyprasowane jasne spodnie i błękitną koszulkę, lekko opinającą na barkach. Strój mógł świadczyć o tym, że szedł do pracy, zaś beztroska i czas poświęcony nieznajomej raczej na to nie wskazywały. - Co za radocha? A myśli pan, że od razu zostaje się dyrektorem albo prezesem? Tak dobrze to ma tylko ten na górze.

     Spojrzał w niebo.

     - Że... bóg?

     Uderzyłam otwartą dłonią w czoło.

     - O Kubiaka mi chodziło! Ojciec wygrzał synowi posadkę, a ten jest już ustawiony na całe życie. Może na takiego nie wyglądał, ale na pewno jest rozpuszczony jak dziadowski bicz. Chłopiec, który wszystko dostaje na zawołanie. Latałabym jak idiotka za jego zachciankami, ale to nic. Bo miałabym tę pracę! A jak bym już zdobyła doświadczenie, zostawiłabym tego potwora w cholerę i znalazła coś o niebo lepszego!

     Ja dyszałam. Naprawdę dyszałam. Jednak emocje powoli już opadały. Rozmowa z nieznajomym i wyrzucenie z siebie tego wszystkiego pomogło. Całe szczęście, że się napatoczył, bo na rozmowę z przyjaciółmi raczej nie miałam co liczyć.

     - Jeszcze nie zaczęłaś tej pracy, a już myślisz o rzucaniu jej.

     Rzuciłam mu mordercze spojrzenie.

     - I tak jej nie dostanę, to co to za różnica?

     Zarzucił na plecy marynarkę, którą trzymał w dłoni.

     - Nie ta, to inna. Nie ma co płakać nad rozlanym prosecco.

     Mądrala. Zrobił krok w tył. Potem następny. Wycofywał się.

     - Będzie dobrze – Uniósł dłoń, jakby chciał mi pomachać. – Powodzenia.

     I już go nie było. Chciałam mu wytłumaczyć, że to był złoty strzał, a ja sama za dużo już ułożyłam scenariuszy w głowie o tym, jak cudownie by mi się tam pracowało, by po prostu teraz o tym zapomnieć, ale to nie miało sensu. Odwróciłam się na pięcie i poszłam w swoją stronę, nie odwracając się za nim. Mam dwadzieścia sześć lat, jestem świeżo po skończeniu studiów, nie mam pracy, a już na pewno czasu na romanse. Teraz jest czas na rozwój zawodowy. Na pięcie się ku górze po mojej drabinie. Dlatego nie odwróciłam się za nim, choć całą drogę zastanawiałam się, czy on odwrócił się za mną. 

Łączy nas nienawiśćOpowieści tętniące życiem. Odkryj je teraz