Rozdział 1.

302 7 4
                                                  

     A zatem to jest to słynne uczucie, które towarzyszy ci, gdy jesteś o krok od spełnionego marzenia. Jestem tu. Teraz, o godzinie dziewiątej piętnaście i właśnie wywołano moje nazwisko. Weszłam więc do najcudowniejszego pod słońcem gabinetu. Nie rozdawali tam, co prawda, darmowych słodyczy, generalnie żadnych darmowych rzeczy. Nie było szafek ze złota, jednorożców, przemiłych ludzi, ale za biurkiem siedział osobnik, który miał być moim dżinem, dobrą wróżką, zbawieniem.

     Jak zauroczona podałam mu wszystkie dokumenty, które ze sobą przytargałam i usiadłam w fotelu, który niemalże wbił mnie w ziemię. Obserwowałam go z tej ogromnej odległości i doszłam do wniosku, że stąd wydaje się być jeszcze bardziej władczy.

     Mimo niedogodnych warunków siedziałam prosto, jakbym dziś rano zjadła kij od szczotki na śniadanie. Mężczyzna w ciszy czytał wszystko, co mu wręczyłam, czasem sprawdzał coś w komputerze. Klimatyzacja przyjemnie chłodziła, a mimo to czułam, że pot spływa po wszystkich częściach mojego ciała. Starałam się to ignorować, ale właśnie wtedy poczułam przeszywający ból w kręgosłupie. Na nic zajęcia jogi i pilates. Pragnąc dyskretnie zmienić pozycję, ruszyłam się, ale nie przewidziałam tego, że nogi przykleją mi się do skórzanego obicia. Przekręciłam się i ku mojemu przerażeniu w końcu odlepiłam od fotela, wydając przy tym dwuznaczny odgłos. Zamarłam w bezruchu z szeroko otwartymi oczyma.

     - Potrzebuje pani wyjść? – spytał z jedną brwią uniesioną do góry.

     Zaczęłam histerycznie kręcić głową.

     - Nie. To nie ja, to fotel. Cała się spociłam, a to skóra, chyba zresztą naturalna, i strasznie zabolał mnie kręgosłup i wtedy... Swoją drogą to nie tak, że mam chory kręgosłup. Mogę godzinami siedzieć przy biurku, jestem zdrowa jak koń! Tylko po prostu to ta skóra. To fotel, nie ja.

     Skończyłam swój wywód, lekko dysząc, on w odpowiedzi jedynie pokiwał głową, ale ten niesmak w jego oczach zapamiętam do końca życia. On wrócił do czytania, a ja mogłam zatopić się w myślach i przeanalizować co się właśnie stało i co powiedziałam. Przypomniałam sobie też o dwudziestu pozostałych kandydatach, siedzących za drzwiami. Dokładnie tymi, noszącymi okulary, ciężkie teczki i garnitury, wyglądających na ekstremalnie zaradnych, którzy nigdy nie puszczają bąków w gabinecie przyszłego szefa.

     - Zna pani trzy języki oprócz ojczystego?

     - Tak, zgadza się.

     Nawet tym razem na mnie nie spojrzał. Modliłam się w duchu, by spytał o coś jeszcze. Byłam w stanie mu zaimponować, miałam czym. Przećwiczyłam w domu wszystkie możliwe pytania, które mogą pojawić się na rozmowie kwalifikacyjnej. Wiem już nawet, co zabrałabym na bezludną wyspę. Mam plan na całe życie.

     Niepotrzebnie się denerwuję. Z pewnością wszystko skończy się dobrze, a za jakiś czas wszyscy zapomnimy o incydencie z fałszywym bąkiem i będziemy się razem śmiać z mało zabawnych żartów szefa przy lampce szampana w jakiejś drogiej restauracji.

     - Nie ma pani żadnego doświadczenia.

     Jednak jakaś część mnie liczyła na to, że nie zauważy.

     - Tyle co z praktyk... - powiedziałam, zagryzając wargę i spinając się coraz bardziej.

     - Nie pracowała pani nigdy?

     Dupek. Myśli, że wszyscy mają zawód syn.

    - Pracowałam – odparłam niechętnie. – Jako kelnerka.

     Zmarszczył brwi.

     - Nie zamieściła pani tego w CV.

     Wzruszyłam ramionami.

Łączy nas nienawiśćPrzystań dla opowiadań. Odkryj teraz