beach

2 0 0
                                                  

Przeszłam przez wejście, a z góry spłynął na mnie chłodny powiew wiatru z klimatyzacji. Rozwiał lekko moją sukienkę i włosy, które rozpuściłam z kitki. Przymknęłam oczy i rozkoszowałam się przyjemnym zapachem lekkiego alkoholu. Rozejrzałam się dookoła i spostrzegłam trzy grupki ludzi siedzących przy stolikach. Zauważyłam moją przyjaciółkę, a ona mnie. Pomachałam do niej i ruszyłam trochę chwiejnym krokiem w jej stronę. W szpilkach chodzę odświętnie, ponieważ szczerze mówiąc, bardziej wolę trampki, adidasy i balerinki.

Tak bardzo cieszyłam się, że ludzi przychodzą tłumami do klubów w piątkowe i sobotnie noce, a w niedziele odsypiają i leczą kaca. Nie musiałam obijać się o nieznajomych, co było z jednej strony plusem, a z drugiej minusem. Im więcej ludzi tym mam pewność, że ktoś może mnie złapać, kiedy będę się przewracać, a tak, z dwoma osobami na krzyż na parkiecie, jak mam sobie poradzić, i co najważniejsze — nie zabić się.

Przez pierwsze trzy metry radziłam sobie całkiem dobrze, ale kiedy poczułam, że się przewracam, wymachiwałam bezradnie rękoma, aż w końcu złapałam czyjąś koszulkę. Pociągnąłem tę osobę za sobą w dół. Wylądowałam na czymś — można powiedzieć — miękkim, cały czas mając zaciśnięte powieki. Przejechałam dłonią po tym, na czym siedziałam. Czułam coś delikatne, a zarazem twarde, coś, co się napina i rozluźnia. Usłyszałam przy uchu cichy, słodki chichot. Natychmiast otworzyłam oczy i spojrzałam za siebie. Dwa centymetry dzieliły mój nos od nosa chłopaka. Wybałuszyłam oczy i rozdziawiłam buzie. Zorientowałam się, że cały czas trzymałam rękę na jego torsie. Chciałam jak najszybciej zejść z kolan tego chłopaka.

Zaczęłam się wiercić, a po chwili spadłam tyłkiem na zimną podłogę. Gwałtownie podniosłam się, aż zakręciło mi się w głowie.

— Hej, hej, w porządku? - spytał, wstając.

— Ymmm, tak, tak — zbyłam go.

Nieznajomy gdzieś zniknął, ale jakoś nie za bardzo mnie to obchodziło. Może nie aż „nie za bardzo", bo jednak w jakiś sposób o tym myślałam, ale mniejsza o to. Siedziałam przy stoliku ze znajomymi, popijając mojito. Miałam nadzieję, na to, że pójdziemy na miasto, dokładnie w stronę wschodniego parku, podejdziemy do mnie do domu, ubiorę trampki i wtedy będziemy chodzić po mieście. Moja nadzieja zawsze była zgubna i mógł to powiedzieć każdy, kto mnie znał. Niestety, smutne, ale prawdziwe.

— Chodźmy na plażę! — Mari wykrzyknęła z wielkim entuzjazmem, którego mi brakowało.

Nie za bardzo lubiłam chodzenie na plażę, ten piasek wleci wszędzie, nawet jak nie usiądziesz na ziemi, to masz go w gaciach. Taka jest smutna prawda. Dlatego też pooglądać morze chodzę bardzo rzadko, a jeśli już to bardzo krótko stoję na plaży.

— Musimy? — wymamrotałam, ale wszyscy mnie zignorowali.

Przyjaciółka złapała mnie za rękę i pociągnęła w stronę wyjścia, a ja tak bardzo się opierałam.

Mimo piasku, który znajdował się wszędzie pod moimi ubraniami, to było bardzo przyjemnie. Wiał letni wiaterek, a słońce powoli zachodziło. Czułam się wolna, przez krótki okres czasu, ale jednak. Przymknęłam oczy na kilka sekund, po to, by z powrotem je otworzyć i zobaczyć przed sobą jakiegoś nieznajomego. Nieznajomego, na którego spadłam w klubie.

— Jak ci na imię?

— Ariel — zbyłam go i podniosłam głowę do góry, by oglądać gwiazdy.

— Pozwól, że kupię ci drinka i porozmawiamy — zwróciłam na niego swój wzrok, a potem przeniosłam go na bar, na który chłopak wskazywał palcem.

Zastanowiłam się przez sekundę, a następnie odpowiedziałam:

— Z wielką chęcią — uśmiechnęłam się, a chłopak odwzajemnił gest.

yellow hearts | scrapsWhere stories live. Discover now