1

109 0 0
                                                  

Dzwoneczek

Coś nadchodzi. Coś przerażającego.

Zofia bardziej czuła to niż wiedziała. Rozejrzała się po gęstym lesie, ale w mroku nie potrafiła wychwycić nic, co by się odróżniało od karłowatych krzaków i strzelistych szczytów drzew. A przecież równie dobrze każda z tych kosmatych form mogła być Tym czymś. Jej serce tłukło jak młot pneumatyczny. Czuła suchość w gardle.

Spostrzegła, że przez ciemność nie przedzierały się żadne dźwięki. I chyba to było najbardziej przerażające. Nie to, że snuła się po mrocznym lesie, pełnym wysokich drzew sięgających swoimi suchymi pazurami czarnego nieba. Nie to, że każdy kształt mógł być ścigającą ją bestią, ale to że otaczała ją ta lodowata cisza. I była pewna, że gdyby wydała z siebie jakiś dźwięk, ta cisza pękłaby niczym tafla lodu na jeziorze, a ją zalałaby ciemność tak mroźna, tak przerażająca, że nie byłaby w stanie nawet złapać oddechu.

Nagle z wnętrza jej gardła wydarł się dźwięk podobny do skrzeku wrony!

-Raaargh!

Jakiś spazm bólu ścisnął ją za kręgosłup i złamał w pół jak zapałkę. Ugięła się, a potem padła na kolana, zanurzając w czarnej, błotnistej mazi z liści i mroku. Fetor wdarł się w nozdrza i zaczął rozrywać płuca.

Mój Boże. Zdała sobie sprawę, że to coś, czego się tak obawiała, wcale nie musiało zaatakować jej z zewnątrz. Nie musiało wyłonić się spośród pokracznych krzaków, by warcząc niczym wściekły pies, rzucić się i rozedrzeć jej gardło. Ono mogło zaatakować ją od środka! Z wnętrza, rozdzierając powoli jej flaki jak dziecko rozdziera nieudany rysunek.

Dziecko!

Zofia opuściła wzrok i spostrzegła, że pod skórą jej nabrzmiałego brzucha porusza się jakiś kształt. Malutka rączka uderza od środka, błagając o wyjście. Błagając o oddech.

-Eryk! Nie! – Szybko opuściła bluzkę ukrywając krągłość przed otaczającym ją mrokiem. Rozejrzała się nerwowo i wtedy usłyszała jak spróchniałe sęki zaczęły mruczeć swoim złowieszczym jękiem.

Zofia podniosła się. Nagie stopy tonęły w błocie. Gałęzie wyciągały w jej kierunku swoje patykowate paluchy. Serce zabiło jeszcze mocniej, a przełyk zatkał się niczym zapchane szambo.

Sęki zatrzeszczały ponownie. Zofia zerwała się do pędu. Przedzierała się przez chaszcze raniąc dłonie, twarz i nogi. Stanęła na coś ostrego i poczuła jak to coś, być może patyk, wbiło się w jej stopę. Nie przestawała jednak biec. Czuła, że mrok się zbliża. Że pragnie wyrwać z jej łona malutkie, nienarodzone dzieciątko, by pożerać je po kawałeczku, uprzednio rozczłonkowując na malutkie kęski.

PogwarWhere stories live. Discover now