Nie czułem własnych palców. Wpatrywałem się w dłoń, w której spoczywał telefon komórkowy i miałem wrażenie, że wcale go tam nie ma. Po prostu nic nie czułem. A jednak mój oddech był spokojny. Jak gdyby nigdy nic wpatrywałem się w czarny przedmiot, mając wrażenie, że sekunda trwa wieczność. Czas zapomniał o mnie na chwilę, odcinając mnie od rzeczywistości i sprawiając, że czułem się jak zamknięty w szklanej kuli bez powietrza w środku najbardziej ruchliwej ulicy wielkiego miasta. Ja jedyny stałem. Ja jedyny nie mogłem zaczerpnąć powietrza. 

Na ekranie, który co chwilę dotykałem palcem, by się nie zablokował, widniał napis Franky, który od kilkunastu minut był jedynym obiektem mojego zainteresowania. Nie wiedziałem, czemu nie potrafiłem po prostu przyłożyć tego cholernego telefonu do ucha i powiedzieć "słuchaj, to nie tak, że mnie uraziłaś, ja cholernie chcę się dowiedzeć co się stało, ale się boję", ale... tak, powód był ten sam. Bałem się. Sam nie wiedziałem już czego, zagubiłem się w labiryncie tego strachu i nie potrafiłem rozpoznać już żadnej uliczki. Dążyłem na ślepo przed siebie, tak po prostu, nie widząc nawet sensu w tym, by iść dalej. A jednak sens był. Inaczej poddałbym się, prawda? 

Więc dlaczego szedłem? Może przyzwyczaiłem się już do sposobu, w jaki żyję? W końcu minęło siedem miesięcy. Już siedem miesięcy borykam się z samotnością i samym sobą, może po prostu przywykłem do tego i oswoiłem się ze swoimi wadami? A jeśli tak, dlaczego wciąż były tak odczuwalne i przede wszystkim dokuczliwe? 

Wiedziałem, że jest we mnie jakaś poważna dysfunkcja. Cholera, myślałem o niej każdego dnia. Myślałem, jak bardzo jej nienawidzę, jak bardzo chciałbym się jej pozbyć, jednak nie potrafię tego zrobić. Kiedy próbuję, przypominam sobie wszystko, co mnie w życiu zabolało. Od nowa. I wracam na początek, tak samo samotny, przygaszony i smutny. 

Zgiąłem delikatnie palce, jakby sprawdzając, czy w ogóle potrafię to zrobić. Te w efekcie zacisnęły się na telefonie, a ja wziąłem głęboki wdech, budząc się jakby z transu. Zamrugałem szybko, marszcząc brwi. Spojrzałem na zegarek. Dwunasta w południe. Przeniosłem wzrok na drzwi. Czysto. Serce biło mi jak szalone, a wszystko przyspieszyło. I wtedy to zrobiłem. Jakiś impuls kazał mi wcisnąć zieloną słuchawkę. Oczywiście, mogłem zakończyc rozmowę, ale postawiłem się przed faktem dokonanym. Wmówiłem sobie, że skoro już dzwonię, nie ma odwrotu. Musiałem bardzo tego chcieć. KAżdy jeden sygnał sprawiał, że głośniej przełykałem ślinę i mocniej zaciskałem palce na telefonie. 

"Ashton" głos Franky był lekko zdziwiony, jednak powiedziała to tak, jakby myślała, "wiedziałam, że zadzwonisz".

"Przepraszam, Franky" westchnąłem, wypuszczając z płuc trzymane tam powietrze. Wpatrywałem się w ścianę i czułem jakiś rodzaj smutku wynikający z sytuacji, jakby moment, który właśnie przeżywam sam w sobie był po prostu żałośnie smutny. 

"Wiem..." westchnęła. "Nie szkodzi. Nie powinnam była... rozumiesz. Tak prosto z mostu." słyszałem, że była na ulicy, gdyż właśnie ktoś zatrąbił, a ona zaklęła pod nosem. Przygryzłem wargę. 

"Moglibyśmy się spotkać? Ogadać... to?" zapytałem niepewnie, cichym głosem. Boże, nigdy w życiu nie byłem tak przytłoczony. Sam nie wiedziałem czym. Po prostu jakiś ciężar spadł na moje barki, z czegoś zdałem sobie sprawę, albo nawet nie ja, a moja podświadomość. Czułem to. 

"Pewnie. Tylko słuchaj, teraz nie mogę... może jutro? Piętnasta?" wiedziałem, że się spieszy. Poczułem jakieś rozczarowanie. Odsunąłem jednak to uczucie na bok, przez chwilę machając bezmyślnie głową na tak, dopiero po chwili zdając sobie sprawę, że dziewczyna nie może mnie zobaczyć. Odchrząknąłem. 

"Tak, okej. Przyjdź do kawiarni na rogu szkoły" powiedziałem, po czym szybko rozłączyłem się, rzucając telefon na pościel. Przez chwilę patrzyłem na niego, oddychając głęboko, po czym zamknąłem na chwilę oczy, by pozbyć się zbierających się pod powiekami łez. 

Wstałem. Powoli podszedłem do biurka. Moja ręka powędrowała do szuflady, jednak zatrzymała się w pół gestu. Chwilę patrzyłem w to miejsce, zastanawiając się co powinienem zrobić. W końcu bezsilnie opadłem na krzesło obok, chowając twarz w dłoniach. 

I wtedy wiedziałem. Zdałem sobię sprawę, czego się bałem. Bałem się bycia bezbronnym. Tak cholernie bałem się, że nikt nie zdoła przeprowadzić mnie przez moment, kiedy będę zupełnie obnażony psychicznie. Chciałem wyzbyć się moich problemów, chciałem komuś powiedzieć. Ale wtedy zostałbym bez tarczy. Wolałem złamaną tarczę niż zupełny jej brak. 

Szybkim ruchem wyjąłem zeszyt z szuflady, owierajac go chaotycznie na pierwszej pustej kartce. Nie wiedziałem nawet, co chcę zapisać. Po prostu czułem, że muszę to zrobić. 

Więc zrobiłem. Spojrzałem na sekundę na poprzednie, zapisane w całości strony, po czym wzrok przeniosłem na pustą część zeszytu. Przyłożyłem tam długopis, naciskając lekko. 

Wygram z tym, obiecuję. Kocham Cię. 

Ashton 

- - - - - 

jest i zmiana w naszym ashtonku,taka powazniejsza.ktos zauwazyl?jeszcze 6 rozdzialow

alone // a.irwinRead this story for FREE!