Rozdział drugi

2K 139 13
                                              

Jason POV:

W drodze do domu w samochodzie panuje przeraźliwa cisza. Nie słychać nic, oprócz szumiącego silnika i pracujących na najwyższych obrotach trybików w głowie Nadii. Mam wrażenie, że aż skwierczy od napięcia i czekam, aż wybuchnie.
Tak się jednak nie dzieje. Nie mówi nic nawet wtedy, kiedy parkuję w garażu, opuszczamy samochód i wchodzimy do naszego domu. Po prostu idzie na górę, rozbiera się i znika pod prysznicem, a ja stoję w progu i gapię się na nią.

Jestem wściekły, iż Victor ponownie wkracza do naszego życia.
Jestem wściekły, ponieważ wiem, że Nadia się boi.
Jestem wściekły, bo zburzył to, co budowaliśmy przez pieprzone dziewięć miesięcy.
Jestem wściekły również na rodziców Nadii, bo przekroczyli granicę, stawiając jej żądania.

Sporo tego, dlatego potrzebuję spuścić ciśnienie. Zrzucam z siebie eleganckie ciuchy, wkładam krótkie spodenki i schodzę do piwnicy, do siłowni. Zakładam rękawice i zaczynam walić w Bogu ducha winny worek, by nieco wyluzować. Nie będzie to łatwe, skoro w mojej głowie klatka po klatce przewija się rozmowa z państwem Bowen. Ich warunek odnośnie spadku, który jak powiedziała Nadia, miała kompletnie w dupie. Nie rozumiałem, po co ponownie pchają ją przed ołtarz, wiedząc, jak bardzo przeżyła sytuację z Koslovem. Powinni dać jej spokój i przede wszystkim pozwolić decydować samej. Już dość namieszali w jej życiu, przyszedł czas, aby ona sama decydowała o tym, czego chce, a czego nie. Rozumiałem jej gniew i nie zamierzałem stawać po stronie jej rodziców. Dopiero rozmowa na osobności z Josephem nieco rozjaśniła mój umysł. Może miał rację? Nadia mnie kochała, ja kochałem ją, choć jak na razie te słowa nie przeszły przez moje usta, ale czułem tę miłość każdego dnia. Być może potrzebowała zapewnienia, iż będę przy niej na dobre i na złe, bez względu na pieprzonego Koslova.

Jospeh wyjaśnił mi swój punkt widzenia. Dla niego Nadia wciąż była małą dziewczynką i martwił się o nią, a po tym liście w szczególności. Przeczuwał, iż Victor uderzy prosto w niego i Margaret, tym samym Nadia zostałaby całkiem sama. Dlatego poprosił mnie, żebym się z nią ożenił, o ile kochałem ją i miałem wobec niej poważne plany. Moje plany były kurewsko poważne, choć niezbyt się z nimi afiszowałem. Przecież pewnego dnia Nadia powiedziała mi o swoich uczuciach otwarcie, zaskakując mnie. Minęło dziewięć miesięcy, oddzieliła grubą kreską przeszłość i swoje fiksacyjne małżeństwo, otwierając serce dla mnie. Nie zareagowałem dobrze na jej wyznanie. Miałem koszmarny dzień, wszystko szło nie tak, a ona wypaliła z grubej rury. Przywołała bolesne wspomnienia mojej zmarłej osiem lat temu żony. Była jedyną kobietą, którą kiedykolwiek kochałem. Nigdy nie pogodziłem się z jej śmiercią, ze świadomością, że jej nie ochroniłem, że tego dnia pozwoliłem jej pojechać na pieprzone zakupy samej. Nie miała szans, kiedy jej samochód został ostrzelany. Wpakowali w karoserię dwadzieścia jeden kul, odbierając mi sens życia.


Taka właśnie była moja praca - niebezpieczna i ryzykowna. Zadawałem się z różnymi ludźmi, z różnych kręgów. Nie rozmawialiśmy przy herbacie, nie chwaliliśmy się bzykniętymi panienkami. Prowadziliśmy twarde interesy na śmierć i życie. Życie, które znaczyło tyle, ile paczka fajek. Nikt nie litował się nad wrogiem, a tym bardziej nad jego rodziną. Jeśli zadarło się z typkiem nie spod nieodpowiedniego adresu, było pozamiatane. Ja zadarłem, a moja żona za to zapłaciła.

Czasami nienawidziłem swojej pracy, jednak tkwiłem w tym po same uszy i nie tak łatwo odejść z interesu, kiedy w branży znał mnie dosłownie każdy. Krążyłem między jedną fuchą a drugą. Pierwszą z nich był handel bronią, drugim - praca w grupie o nazwie "Sin", czyli nic innego, jak... szmuglowanie diamentów. Prosto z Indii. Cacuszka! Każda dostawa wiązała się z ryzykiem, ale bez ryzyka nie ma zabawy. Trzepaliśmy taką forsę, aż nie wiadomo było, gdzie ją trzymać.

Dirty Revenge - Part IIWhere stories live. Discover now