Rozdział siedemnasty

2.2K 179 21
                                                  


Jason POV:

Cios Koslova nie robi na mnie większego wrażenia. To niemal jak muśnięcie skrzydełek motyla. Dorastając na podwórku, wśród chłopaków chętnych do bitki, nauczyłem się posługiwać pięściami w wieku jedenastu lat, spuszczając łomot o wiele silniejszym ode mnie. Ten mięczak bije gorzej niż baba!

- Nie oddam ci mojej żony. Nadia nie zasłużyła na to, żebyś kładł na niej swoje łapska!

- Wciąż jestem blisko niej, spędzamy ze sobą sporo czasu i to się nie zmieni. Nadia mi się podoba, kręci mnie, podnieca. Chętnie położę na niej dłonie.

- Nie masz do tego prawa, Jason! Powiedziała, że mnie nie zdradza, rozumiesz?! Ma tak pozostać.

- Naiwniak z ciebie! To kwestia czasu, a Nadia rzuci cię w cholerę. Nie mam zamiaru tyle czekać, więc oświadczam ci, że twoja żona zacznie cię zdradzać i to całkiem niedługo.

- Po pierwsze i najważniejsze, Nadia nigdy by mi tego nie zrobiła, nie zdradziłaby mnie z tobą.

- Jesteś tego pewny? - patrzę na niego z pewnością siebie, a jego mina bawi mnie niczym dobra komedia - Dlaczego myślisz, że nigdy nie mogłaby tego zrobić? Bo jest wierna, ślepa i stłamszona? Bo można ją okłamywać, robić w chuja, a ona potulnie schyli głowę i nie odezwie się słowem? Okłamujesz ją, Victor!

- Myślisz, że nie wiem? Mam świadomość od samego początku, ale obaj wiemy, że tak musiało być!

- Zaplątałeś się, chłopie. Tylko dzięki Bowenowi wypłynąłeś, to jego zasługa! Gdyby nie moja pożyczka i twoja dobra gadka, do tej pory gniłbyś w Kanadzie! - podnoszę głos, ledwo panując nad nerwami. Nie pozwolę się sprowokować, choć marzę o tym, żeby skopać mu dupę! - Zrozumiałbym chęć władzy, wbicia się na szczyt, ale tak omamiłeś tego biednego człowieka, że oddał ci własną córkę! Mogłeś odpuścić, to chore, co zrobiłeś.

- Odpuścić współpracę z kimś takim, jak Joseph Bowen? Zwariowałeś?! Marzyłem, żeby z nim pracować! Nie mogłem go kurwa rozczarować. Bałem się, że jeśli jej nie wezmę, uzna to za brak szacunku.

- Chryste, Koslov, ależ ty jesteś popierdolony! Ona cię znienawidzi, a ja tę nienawiść będę podsycał.

- Nigdy nie wybaczę sobie, że zdecydowałem się robić z tobą interesy. Jaka szkoda, że to właśnie od ciebie pożyczyłem te jebane pieniądze i od tamtej pory mam cię na karku! Dzień po dniu pieprzysz mi życie!

- Nie, ty sam je sobie spieprzyłeś. Wpakowałeś się w gówno, a ta biedna dziewczyna za to zapłaci. Masz tydzień, żeby powiedzieć jej, że to definitywny koniec i się wyspowiadać - kończę swój monolog, odwracam się i wychodzę, nie oglądając się za siebie. Mam dość tego sukinsyna.


U Nadii jestem w południe. Walę do drzwi, opieram dłoń o ścianę i czekam. Czekam, czekam, czekam, a im więcej czasu mija, tym bardziej zaczynam się wkurzać. Moja cierpliwość wisi na włosku, a nie chcę wyżyć się na niej.

- Nadia, otwieraj! - wydzieram się, ponownie uderzając w drzwi. Nie wiem, co sprawia, że je otwiera. Może strach? - Co to za zabawa? - burczę pod nosem, wchodzę do środka i trzaskam drzwiami. Patrzy na mnie przestraszona, ale i odrobinę smutna. Nie nałożyła makijażu, przez co wygląda jeszcze młodziej, a jej siniaki pod oczami przybrały każdy możliwy odcień - Przepraszam - przytulam ją do siebie, wsuwam palce we włosy i całuję czubek głowy. Ona w tym wszystkim jest najmniej winna - Wybacz moje zachowanie, ktoś wyprowadził mnie z równowagi.

- Znając życie to pewnie Victor, mam rację? - unosi głowę i obdarza mnie uroczym uśmiechem.

- A jakżeby inaczej - biorę ją na ręce i zanoszę do sypialni. Muszę przyznać, że wolałbym ją mieć we własnym łóżku - Dlaczego wczoraj uciekłaś przede mną z kawiarni? Zrobiłem coś nie tak?

Dirty Secrets - Part IWhere stories live. Discover now