Rozdział dwunasty

2.2K 167 25
                                                  

Zapada grobowa cisza i pewne byłabym w stanie usłyszeć latającą muchę, gdyby przypadkiem zawitała w te rejony. Jason Daniels ubrany cały na czarno stoi przede mną, mrocznym spojrzeniem wiercąc we mnie dziurę. Mam ogromną ochotę zatrzasnąć mu drzwi przed nosem i uciec, czego nie robię, aby nie napytać sobie biedy. Nie mam pojęcia, jak on to robi, czy ma jakąś dziwną moc paraliżowania mnie za każdym razem, ale nie jestem w stanie się ruszyć. Potrafi zmienić nastrój w sekundę, ze słodkiego faceta przemienić się w płonącego gniewem demona. To niepojęte, że jednocześnie jest tak przystojny i tak niebezpieczny.

- Victor - to jedno, krótkie słowo wypływa z jego ust niczym splunięcie. Mam pewność, że mój mąż ponownie zrobił coś, czego nie powinien. Chyba powinnam już do tego przywyknąć - Gdzie, jest, Victor? - zaciska szczękę, zwija dłonie w pięści, a żyły na jego szyi pulsują, jakby miały zaraz przebić się przez skórę - Odpowiesz, do kurwy nędzy?!

- Nie krzycz na mnie w moim własnym domu, dupku! - wybucham, nim mam szansę zastanowić się nad tym, co wypływa z moich ust. Zaskoczony Jason unosi brew, a kącik jego ust drga ku górze - Zachowuj się, jasne? Wejdź, zaraz zawołam męża - burczę pod nosem, przepuszczam go w drzwiach i prowadzę do salonu, czując na sobie jego przenikliwe spojrzenie - Życzysz sobie czegoś do picia? Kawa, sok, woda?

- Kawa, czarna, bez cukru - wypala na jednym wydechu, nawet przez chwilę nie spuszczając mnie z oka.

- Oczywiście - przewracam oczami, zaglądam do kuchni i przekazuję instrukcje Maddie, po czym biegnę na górę i pukam do gabinetu Victora. To dziwne, że nie usłyszał wrzasku Jasona - Skarbie? - wciskam głowę do środka, Victor zsuwa z głowy słuchawki i wszystko staje się jasne - Daniels do ciebie. Czeka w salonie - zrywa się na równe nogi, aż obrotowe krzesło uderza w ścianę - Hej, co się st...

- Wpuściłaś go do naszego domu? - syczy przez zęby, mija mnie i zbiega na dół. Robię to samo, a kiedy docieram do salonu, Maddie właśnie wręcza naszemu gościowi kawę - Jakim prawem tutaj przyszedłeś?

- Uspokój się, furiacie - Jason znudzony kręci głową, siada wygodnie na ogromnym narożniku i zakłada nogę na nogę - Jesteśmy wspólnikami, czyż nie? Ty również wiele razy gościłeś w moim domu. Nie pieklij się.

- Nadia, zostaw nas samych - obdarza mnie przelotnym spojrzeniem, po czym siada naprzeciwko Jasona.

- Nie, niech zostanie. Może twoja żona przemówi ci do rozumu i sprowadzi na ziemię? Najwyższa pora.

- Mówiłem ci tysiąc razy, żebyś przestał wciągnąć ją w nasze interesy. Nie ma z tym nic wspólnego.

- Mam inne zdanie na ten temat. Dziwię się, że tak uważasz, Koslov. Sam podpisałeś umowę, sam zgodziłeś się na moje zabezpieczanie, więc przestań pieprzyć. Wiesz, że stąpasz po cienkim lodzie, kolego.

- Robię to, co do mnie należy, czyli dbam o budynek należący wyłącznie do mnie.

- I tu popełniasz ogromny błąd. Może i jesteś wykonawcą, całe zasługi pójdą na ciebie, ale nie zapominaj, że mamy własną umowę. Wyłożyłem na budynek część pieniędzy, więc dlaczego wciąż powtarzasz, że jest tylko twój?

- Bo jest mój. Jakby nie patrzeć, nie widniejesz na żadnej oficjalnej umowie, jako mój wspólnik. Mam rację?

- Masz - uśmiecha się szeroko, odstawia filiżankę na stolik i spogląda na mnie - Usiądź, gołąbku - klepie miejsce obok siebie, ale nie ruszam się z miejsca. Stoję na środku jak sierota, nie wiedząc, co ze sobą począć - No dalej, przecież nic ci nie zrobię. Wiesz, że możesz mi zaufać. Udowodniłem to - to prawda. Miał wiele okazji, aby mnie skrzywdzić.

- Ani mi się waż, Nadia. Chodź tutaj - Victor wyciąga dłoń, podchodzę bliżej, ale w ostatniej chwili Jason pociąga mnie za ramię, sadzając obok siebie. Victor niczym pantera zrywa się z miejsca, próbując mnie wyrwać - Raz na zawsze odpierdol się od mojej żony, Daniels. Należy tylko i wyłącznie do mnie.

- Wracaj na swoje miejsce, Nadia zostanie obok mnie - rozkazuje takim tonem, aż ciarki przebiegają mi po plecach. Co dziwne, mój mąż niczym potulny baranek siada naprzeciwko, opierając łokcie o kolana, a jego wzrok świdruje naszego gościa. Od kiedy tylko Jason pojawił się w naszym życiu, stał się innym człowiekiem. To oczywiste, że Jason coś na niego ma, inaczej Victor nie byłby taki posłuszny - Skoro wreszcie się uspokoiłeś, pozwól, że powiem ci jaki jest cel mojej wizyty. Mianowicie! - klaszcze w dłonie, aż podskakuję. Opiera plecy o oparcie narożnika, a dłoń układa na moim kręgosłupie. Siedzę wyprostowana jak struna, próbując zachować spokój - Dzisiaj dowiedziałem się, iż zwolniłeś Christophera. Jak wiemy, Christopher był moim pracownikiem, zajmującym się moim piętrem. Pytanie brzmi; czy tobie przypadkiem sufit na łeb nie spadł, Koslov?

- Absolutnie! Zwolniłem go, bo się opierdalał i nic nie robił. Kogoś takiego nie potrzebuję.

- Nie pracował dla ciebie, tylko dla mnie. To nie ty miałeś prawo go zwolnić, lecz ja. Oczywiście Christopher już wrócił na swoje stanowisko i pilnuje, żebyś ponownie nie odpierdolił jakiegoś numeru! Weź się w garść, ile ty masz lat? - złości się, zwijając dłoń w pięść. Po cichu odmawiam zdrowaśki, aby ponownie nie skoczyli sobie do gardeł.

Dirty Secrets - Part IWhere stories live. Discover now