Epilog

2.4K 228 78
                                                  


Siedem miesięcy później


Nino

Po telefonie od teścia urywam się z firmy, wsiadam do samochodu i pędzę, aby zdążyć na czas. Gdyby nie ważne spotkanie, którego nie mogłem przełożyć, czuwałbym przy niej i nie odstępował na krok. To ona przegoniła mnie i obiecała, że da znać, kiedy nadejdzie ten moment. No i nadszedł, a ja wręcz dygotałem w środku.

Minęło siedem, długich miesięcy od chwili, która odmieniła moje życie i złamała mnie na pół. Czułem, że tracę kontrolę nad swoim życiem, na nic nie mam wpływu i staję się ciężarem. Zawsze radziłem sobie sam, byłem aktywny, wciąż w ruchu, a wiadomość, że nagle zostałem przykuty do wózka, była jak cios prosto w serce. Byłem załamany, zszokowany i chciałem zniknąć. Na krótką chwilę odsunąłem od siebie bliskich, Gemmę i próbowałem poradzić sobie z tym w pojedynkę. Nie było łatwo, oj nie. Przez siedem miesięcy ciężko pracowałem, dając sobie wycisk. Nauka chodzenia od nowa to ciężki kawałek chleba, a każde niepowodzenie dobijało, ciągnęło w dół. Robiłem wszystko, czego oczekiwał ode mnie lekarz, wypruwałem sobie żyły, wylewałem siódme poty i nic... po prostu, wielkie, nic. Rehabilitacja nie dawała rezultatów, nadal byłem słaby, mój kręgosłup niewyobrażalnie bolał, a ja modliłem się o śmierć. Boże, nic nie bolało mnie tak, jak plecy. Cierpiałem, łykałem przepisane na receptę proszki przeciwbólowe i kiedy ponownie brałem się w garść, wracałem do ćwiczeń. To był dla mnie niesamowicie ciężki czas, wiele wylanych łez, chwil załamania, jak i braku sił. Bywały momenty, w których leżałem jak kłoda, gapiłem się w sufit i nic więcej się nie liczyło. Potrzebowałem wyłączenia, by móc w samotności się nad sobą użalać i psioczyć na cały świat. Wtedy do akcji wkraczała Gemma. Pastwiła się nade mną okrutnie, krzycząc i cedząc przez zęby ostre słowa. Miała rację, doskonale o tym wiedziałem, jednak tak ciężko było zwlec się z łóżka i znowu spotkać z porażką. Ileż można walczyć, do cholery?! Każdy upływający miesiąc nie przynosił żadnej poprawy, moje nogi były bezużyteczne i miały w dupie moje wysiłki. Nienawidziłem ich. Potrafiłem obijać je pięściami, jakby to miało sprawić, że nagle wszystko się odmieni i zaczną działać na nowo. Oczywiście nic takiego się nie stało i nadal popadałem w dół.

Kiedy ja się nad sobą użalałem, moje nogi jednak się naprawiały, chociaż wtedy o tym nie wiedziałem. Myślałem, że moje ćwiczenia są bezużyteczne, a jednak po trzech miesiącach zacząłem coś czuć, odzyskiwać siłę, jak i wiarę. Stawiałem pewne kroki, mocno trzymając poręcze i płakałem jak dziecko. Nie wstydziłem się łez przy Gemmie i moim rehabilitancie, który swoją drogą miał ze mną przejebane. Ryczałem ze szczęścia, bo tak niesamowicie było ponownie stanąć na nogach. Mimo tego, iż moje siły nie wróciły do końca, od tego dnia robiłem ogromne postępy. Dzień po dniu, miesiąc po miesiącu. Nie odpuszczałem, nie zwalniałem, dawałem z siebie wszystko. Warto było, chociażby dla uśmiechu mojej narzeczonej, która nie opuściła mnie nawet na chwilę. Czuwała, gotowa pomóc i dać wsparcie, które wiele razy odrzucałem w złości, rozgoryczeniu, bólu. Trwała przy mnie i płakała razem ze mną, tuląc mnie do siebie. Nawet na chwilę nie zwątpiła w to, że uda mi się ponownie odzyskać władzę w nogach. Wierzyła we mnie, mobilizowała i wciąż powtarzała, jak ważny jest czas. Z natury byłem niecierpliwym człowiekiem, pewnie dlatego oczekiwałem rezultatów po kilku dniach. Niestety w pewnych sytuacjach trzeba poczekać, uzbroić się w cierpliwość i pozwolić ciału regenerować się we własnym tempie. Potrzebowałem sześciu miesięcy, aby dojść do pełnej sprawności. Lekarze mówili, że to i tak niesamowity czas i z tego powinienem się cieszyć. Cieszyłem się, choć każdego dnia przerażała mnie wizja jeżdżenia na wózku do końca życia, a taka opcja była możliwa. Moja ciężka praca jednak się opłaciła, ale nie dałbym rady bez Gemmy, moich przyjaciół, jak i brata i matki. Z ojcem miałem minimalny kontakt. Nie tylko ja go nie szukałem, on również. Mimo tego, iż przeprosił mnie jeszcze w szpitalu, nie wierzyłem, że naprawdę było mu przykro. Postawił mnie w fatalnej sytuacji, w której wszystko, co tylko mogło, poszło nie tak i przez co mogłem stracić życie. Jaka szkoda, że własny ojciec nie poczuwał się do winy, nawet nie odwiedzał mnie po wyjściu ze szpitala. Trudno. Żyłem dalej i walczyłem o swoją przyszłość.

ALL I WANTWhere stories live. Discover now