4. Here We Go Again

118 24 44


Timi

Kolejna jedynka. Kolejne zawiedzione spojrzenie. Kolejna pustka w gardle, kiedy próbowałem się tłumaczyć, ale nie miałem czasu. Uciekałem gdzieś do wewnętrznego świata, który stanowił moje jedyne schronienie. Nie umiałem dosłownie zniknąć. Moje usta były spierzchnięte, a oddech zastygł w momencie, w którym zamknąłem drzwi do domu. Wróciłem zbyt wcześnie, a on o tym wiedział. Nie potrafiłem poruszać się bezszelestnie, choć próbowałem. Byłem sparaliżowany strachem.

– Znowu kurwa łazisz, gdzie chcesz i nic nie robisz – syknął zbliżający się głos. – Myślisz, że to jest jakaś pierdolona jadłodajnia?! Myślisz, że możesz sobie tu przyłazić, kiedy tylko masz ochotę?!

Za każdym razem słowa były podobne. Za każdym razem uczyłem się, jak uniknąć guli w gardle i przejść, z jak najmniejszymi poranieniami. Wydawało mi się, że było coraz lepiej. Szkoda, że tylko wydawało, a mój oddech znów przyspieszył.

– Myślisz, że cokolwiek znaczysz? – zaśmiał się żałośnie, zataczając się. – Nie. To nieprawda. Jesteś pierdolonym zerem.

Oddech próbował się wyrównać, a mimo to mijałem się z celem. Bezcelowo wpatrywałem się w niego, wiedząc, że tylko pogarszam swoją pozycję. Z drugiej strony odejście wydawało się jeszcze gorsze. Nie wiedziałem co właściwie zrobić – możliwie przestać oddychać.

Kiedy się zbliżał, czułem, że maleję. Byłem przy nim nic niewartym ziarenkiem piasku w ogromnym, chaotycznym oceanie. Popychał mną, szarpał aż w końcu rzucił na dno. A ja nie miałem absolutnie żadnej siły, żeby się ruszyć. Opadłem, próbując zatkać dłonią usta i stłumić syk bólu, a przy tym łzawienie. Nienawidził mnie. Tak było od zawsze.

***

Branie walizek wymiaru połowy lodówki, okazało się błędem. Nie tyle głupim, co po prostu beznadziejną próbą pokazania, że jestem sobie w stanie poradzić z ogromnym bagażem wypełnionym czymś, czego nawet nie potrzebowałam – choćby żelazka. To Svenja panikowała, że na pewno się przyda, mimo że jechałyśmy na około niecałe cztery dni. W niedzielę w nocy zamierzałyśmy wrócić do Ljubna, wypić około cztery kawy i pójść na zajęcia. To dopiero nazywało się poświęceniem. A teraz...? Cóż, przemierzałyśmy niekończące się korytarze, mijając tabuny ludzi, którzy zachowywali się podobnie, jak na wielkich wyprzedażach. Lub to ja nie potrafiłam chodzić i wszyscy na mnie wpadali. Ktoś mógłby pomyśleć, że największe kolejki ustawią się właśnie w stronę tych cholernie drogich, malowniczych wysp pokroju Bali, Majorki czy Bóg wie czego. Tymczasem najciężej było się wepchnąć do tej zarezerwowanej na lot do Frankfurtu. W zasadzie, nic dziwnego – kto nie chciałby zdjęcia z tym sławnym rodzeństwem wyjątkowych dzieciaków Prevców? O ile Peter, jak zwykle okazywał się oazą spokoju, o tyle Domen w dalszym ciągu utrzymywał swoją irytację i zdegustowanie na pierwszym miejscu.

– A ich poznajesz? – zapytałam Svenję, która prawie mnie wyśmiała, wobec tego pytania.

– Ich nie da się nie znać. – Wywróciła oczami. – Są wszędzie. Na każdym pieprzonym kanale telewizyjnym i w połowie reklam.

– Ciężkie życie tych sław – zaczęłam ironicznym tonem, na co nagle mnie zgromiła.

Odczytanie z niej emocji było równoznaczne z jednym wyjściowym zachowaniem. Timi Zajc przeciskał się pomiędzy setką ludzi, trzymając w ręku bilety, jak gdyby te stanowiły jedyne wybawienie. Możliwe, że właśnie tak to działało. Dopiero po chwili Słoweniec obejrzał się za Svenją, którą przynajmniej dało się zobaczyć i rzucił jakieś szybkie przywitanie. Uciekł do swojej drużyny, która chyba zamierzała się mu kłaniać na kolanach za to zbawienie. Najwyraźniej znów się spóźnili na samolot. I jakby tego było mało, z Frankfurtu, Hahn, czekało nas do pokonania sto siedemdziesiąt siedem kilometrów. Może gdyby moja zakochana koleżanka ładnie porozmawiała ze swoim amantem wtedy zabraliby nas ze sobą. Siedziałybyśmy w bagażniku czy jakimś innym schowku, ciesząc się, że przynajmniej załatwiłyśmy transport. Musiałyśmy poszukać jakiegoś innego dojazdu i...

She Got Me | Timi ZajcWhere stories live. Discover now