🌙💎 Rozdział 22 🌙💎

22 2 0

*Arian*

- Kenal łap ją! - Rozkazałem widząc jak dziewczyna upada na ziemię. Trochę się spóźniliśmy. W międzyczasie odwróciłam uwagę wroga dzięki czemu mini plan przeszedł bez problemów. Rzuciłem bombę dymną i pobiegliśmy do Nevry.

- Co z nią? - Zapytał przestraszony.

- Straciła około 2 litry krwi...

- Przecież już dawno by nie żyła! - Do rozmowy wtrąciła się jedna z nauczycielek. Jak mniemam jest ona od biologi. Czytałem kiedyś w książce, że ludzie uczą się w takich miejscach jak to. Jednym z przedmiotów jest właśnie wspomniana biologia.

- Zależy, o jakiej rasie mówimy. Ludzie na pewno by nie przeżyli. Tylko ogry, krasnoludy, wilkołaki oraz nasza rasa ma jakieś szanse na przeżycie - Odpowiedziałem.

- Jak to możliwe? - Zapytała. Wzruszyłem ramionami.

- Nie wiadomo. Nikt się nie interesował tym i nie badano tego - Udało mi się dostrzec biegnącego Ezarela i Ewelein - Zostawiam ją w waszych rękach.

Dym zdążył już opaść. Stanąłem obok mojego brata, który wyciągał miecz. Przed nami unosił się Leiftan z wyrazem twarzy pozbawionym jakichkolwiek uczuć. Zaatakował nas swoją mocą. Uniknęliśmy ataku. Kenal rzucił się na niego z mieczem. Kiedy deamon rzucił nim o ziemię wtedy miałem czas, aby wystrzelić w niego promień słońca. Podziałało i dzięki temu Leiftan upadł na ziemię mdlejąc. Jeszcze tylko dwóch...

*Ana*

Ciemno, zimno i mrocznie. Słoneczna i pogodna droga, którą szłam na początku już dawno została zastąpiona przez ciernisty las. Widok mi doskonale znajomy. Byłam tu raz. Kilka lat temu. Granica między życiem a śmiercią. Obiecałam sobie, że moja noga nigdy już tu nie stanie. Znowu złamałam swoją obietnicę. Poczułam ciepłą ciecz na moim przedramieniu. To krew spływająca z ramion wywołała to uczucie. Przypomniało mi się o walce. Mimo że jest tu spokój i cisza to chcę wrócić.

- Budzi się! - Powiedziała elfka. Gdy tylko otworzyłam jaskrawe światło mnie oślepiło. Zamrugałam kilka razy oczami i mogłam dostrzec twarze wszystkich tutaj. Podniosłam się do siadu - Uważaj! Twoje rany są jeszcze świeże.

- Jak się czujesz? - Zapytał Ezarel.

- Może być. Gdzie Arian i Kenal?

- Walczą - Wskazał na dwie postacie zawzięcie walczące z wrogiem - Wypij to - Wiedziałam, że mi to pomoże więc nawet nie zaczynałam sprzeczki z nim na temat napoju. Posłusznie wypiłam zawartość. Jak się okazało miałam racje.

- Pomysł zostania tam samej na nich trzech nie był najlepszym - Powiedział Nevra i lekko mnie przytulił. Odwzajemniłam gest.

- Muszę wracać - Postanowiłam i podniosłam się. Lekko się zachwiałam. Nawet nie słucham innych próbujących mi przemówić do rozsądku. Otworzyłam tarczę i przeszłam przez nią. Podeszłam do Ariana.

- Ana? Powinnaś odpoczywać!

- Nie. Muszę walczyć. To ja powinnam was chronić. Zawsze jednak to wy chroniliście mnie. Nie umiałam korzystać z mojej mocy, pomimo że moja moc jest najsilniejszą w Eldaryi. Nie obroniłam was nawet przed zwykłym deamonem i jego sojusznikami. Mimo że nasi przodkowie wybili ich całą rasę. A ja nie mogę sobie poradzić z jednym.

- Nie mogłaś tego przewidzieć! Ukrywał się jako nasz sojusznik. Wie o tobie prawie każdą rzecz i potrafi to wykorzystać! Nie mogła tego wiedzieć.

- Ale powinnam być ostrożniejsza. Teraz chce ich zabić, nawet jeśli miałabym umrzeć - Po tych słowach przybrałam moją księżycową formę.

- Ana! Zwariowałaś! Wiesz jak cholernie trudno przejąć kontrolę nad swoim ciałem w swojej rytualnej formie?! Jest to możliwe!

- Dam radę Arian. Nie ma tu nigdzie światła księżyca - Wystrzeliłam kilka pocisków na Ashcore. Udało mi się trafić w niego dwa razy.

- Niech ci będzie - Również przybrał swoją rytualną formę.

* ^ * ^

Padłam na ziemię. Nie wytrzymam. Ból jest zbyt silny. Pożera mnie od środka. Płomienie parzą mnie w skórę. Czuję jak w moje serce jest wbijane tysiące igieł. Wrzasnęłam z bólu. Leiftan poświęcił się, aby zabić mnie przez zaklęcie "Wewnętrznego bólu*. Sam teraz leży martwy niedaleko mnie. Naytili została zabita jako pierwsza. Został tylko Ashcore, który również się trzyma ledwo na nogach. Arian już dawno zemdlał. Zostałam sama.

- Anastazja! - Usłyszałam głos Nevry i Karenn. Nie mogę umrzeć. Resztkami siły Wstałam i zabrałam leżący obok mnie miecz. Podeszłam do Ashcora który także usiłował wstać. Zamachnęłam się mieczem roniąc go. Próbował się bronić. Przez moją głowę przeszła myśl o ściągnięciu jego maski i odkryciu jego tajemnicy. Nie wiele myśląc tak zrobiłam. Przeżyłam niemały szok jak pod maską zobaczyłam Lance'a. Kątem oko zobaczyłam tylko Valkyona, który padł na ziemię. Tak, myśl, że ukochana osoba nie żyje jest lepsza od myśli, że przez kilka lat walczyłeś przeciwko jej. Wbiłam miecz z brzuch chłopaka. Nie docierały do mnie żadne słowa. Teraz mogę umierać - Pomyślałam. Na koniec udało mi się jeszcze wywołać uśmiech na mojej twarzy i zobaczyć małe świetliki unoszące ciało deamona i kobiety ku górze.

* ^ * ^

Zobaczyłam biały sufit. Potarłam oczy i rozglądnęłam się po pomieszczeniu. Albo to jest sen, albo faktycznie leże teraz w przychodni. Wróciliśmy do kwatery? Tylko kiedy? Jak długo tu jestem. Spróbowałam ruszyć ręką jednak coś mi przeszkodziło. Spojrzałam w tamtą stronę i ujrzałam śpiącego wampira opartego o łóżko. Ruszyłam ręką, aby go obudzić.

- Wstajemy - Szepnęłam. Chłopak wstał i potarł oczy. Coś mruknął pod nosem i otworzył szeroko oczy. Następnie z całej siły przytulił mnie co spowodowało mały ból jednak nie przejęłam się nim. Odwzajemniłam gest i pogłaskałam go po głowie.

- Myślałem już, że się nie obudzisz...

- To głupio myślałeś - Zaśmiałam się.

- To nie jest śmieszne - Wydął policzki i naburmuszył się jak małe trzyletnie dziecko.
- Dla mnie jest - Pocałowałam go w policzek i znowu przytuliłam. Usłyszałam chichot i silne ramiona - Ile spałam?

- Dwa tygodnie... - Normalnie bym się zdziwiła, ale to jest normalne u nas.

- Przynajmniej pozbyliśmy się zagrożenia - Uśmiechnęłam się - Teraz nikt nam nie przeszkodzi w prowadzeniu spokojnego życia...

🌸💙Księżycowy Kryształ 💙🌸Przeczytaj tę opowieść za DARMO!