[01] Chapter First (First Serason)

5.5K 285 10


Miarą człowieka nie jest zachowanie w chwilach spokoju, lecz to,
co czyni, gdy nadchodzi czas próby.
~ Martin Luther King

~***~

Obudziła się dość późno, ponieważ zegarek wskazywał godzinę dwunastą popołudniu. Jej praca przyzwyczaiła ją do pobudek często przed godziną szóstą rano, jednak bankiet wycieńczył ją na tyle, że nie pamiętała nawet, o której godzinie położyła się spać. Umówili się z jej przełożonym, który oprócz niej był głównym organizatorem akcji policyjnej, którą poprzedniego dnia zapoczątkowała, że nie będzie przychodzić na komisariat w czasie realizacji swojego zadania, ponieważ mogła mieć przy sobie jakiegoś obserwatora i wtedy wszystkie skrupulatne przygotowania, trwające przez klika miesięcy, poszłyby na marne. Westchnęła ciężko, przecierając twarz dłońmi. W stu procentach zdawała sobie sprawę z faktu, że jej życie miało być zagrożone bardziej niż kiedykolwiek wcześniej. Jednak już nie mogła zrezygnować. Zawiodłaby nie tylko siebie, ale też szefa i całą resztę zespołu, który opracowywał ten plan. Naprawdę się nad nim namęczyli. Niechętnie podniosła się z łóżka i powędrowała w kierunku kuchni. Skoro nie szła tamtego dnia, ani w najbliższym czasie do pracy, to nigdzie jej się tak naprawdę nie spieszyło i mogła ten czas przeznaczyć w większym lub mniejszym stopniu dla siebie.

Jej mieszkanie nie było duże. Miało tylko jeden poziom, łazienkę i kuchnię, do której weszła spokojnym krokiem. Ominęła ciemny, okrągły stół z krzesłami dla dwóch osób, stojący prawie na środku pomieszczenia i podeszła do lodówki, znajdującej się zaraz obok płyty indukcyjnej, z której korzystała raczej sporadycznie. Otworzyła chłodziarkę, wyjmując z niej naturalny jogurt. Zdrowe odżywianie było niemalże oczywiste w pracy szatynki. Przecież nie mogłaby uganiać się za kryminalistami z dwudziestoma kilogramami nadwagi. Sama ze sobą czułaby się wtedy źle.

Wzdrygnęła się, słysząc dźwięk telefonu, informujący o tym, że ktoś chce z nią porozmawiać. Wzięła go niechętnie do ręki, a kiedy zobaczyła na wyświetlaczu numer nieznany od razu wiedziała, kto zakłóca jej spokój. Uśmiechnęła się do siebie, przykładając aparat do ucha. Mimo wszystko cieszyła się, że nie musiała czekać na wieści od niego zbyt długo. Była przyzwyczajona do tego, że cały czas miała ręce zajęte jakąś pracą i nie potrafiłaby sobie bez niej poradzić.

— Ładnie ci w tej piżamce, skarbie – usłyszała głos Malika. Przewróciła oczami. Mogła się spodziewać, że będzie chciał ją obserwować osobiście. Przynajmniej przez kilka pierwszych tygodni. Jego gang był jednym z większych w Ameryce, a mimo to nie słyszała, aby wybuchały w nim jakiekolwiek bunty. Wszyscy jego członkowie chodzili jak w szwajcarskim zegarku, posłusznie wykonując zadania zlecone przez niego, albo jego najbliższych przyjaciół. Nie mógł przyjmować byle kogo, aby przez przypadek nie zburzył mu wypracowanego spokoju. W pewnym sensie podziwiała go za to, że potrafił zapanować i dobrze poradzić sobie z tak ogromnym i trudnym przedsięwzięciem. Chociaż nigdy nie wypowiedziałaby tych słów na głos. Odwróciła się w kierunku okna, a za nim zobaczyła ubranego na czarno mężczyznę, stojącego na dachu sąsiedniego bloku z telefonem przy uchu. To na pewno był on. Pomachała mu prowokacyjnie, a on jedynie wsadził dłoń do kieszeni spodni. Zaśmiała się cicho.

— Powinnam się cieszyć, że skomplementował mnie ktoś taki, jak ty? — zapytała i zupełnie nie zwracając na niego uwagi kontynuowała jedzenie śniadania. W odpowiedzi otrzymała jego gardłowy śmiech. Oblizała powoli łyżeczkę, siadając na blacie kuchennym. Lubiła tak jeść, chociaż wyglądała jak dziecko, które nie może dotknąć stopami podłogi i wymachuje nimi przez to w każdą możliwą stronę.

The Queen Wears Black | Zayn Malik FanFictionPrzeczytaj tę opowieść za DARMO!