Rozdział 37. Rozbicie

864 62 0
                                                  

Albus podążał za Severusem przez korytarze, a panujące w zamku ciepło rozlewało się po jego starych kościach. Może to tylko niepożądana obecność Harry'ego wyprowadziła go z równowagi, ale odruchy wiekowego maga, które ratowały go nie raz przez te wszystkie lata, nie dawały mu teraz spokoju. Albus zwolnił kroku i pozwolił, by Severus się oddalił. Dla lepszego skupienia przymknął oczy i odwołał się do zamkowych osłon. Zachowywały się spokojniej, nie tak natarczywie jak wcześniej, ale wciąż wysyłały mu niezrozumiałe sygnały. A jednak o tej później godzinie nie działo się nic, czego zamek mógłby nie pochwalać.
– Dziwne.
Potrząsnął głową i znów przyspieszył kroku. Severus nie zatrzymał się, ani nie zwolnił, by na niego poczekać, więc zanim Albus zszedł do lochów, on zdążył już rozpalić w kominku i rozpocząć proces parzenia herbaty.
Albus zajął swoje miejsce na fotelu i oddał się obserwacji Severusa. W sztywnej linii jego ramion i ciemnych kręgach pod oczyma odnotował jasne oznaki zdenerwowania. Część tego napięcia można było zrzucić na karb Toma, choć zdawał sobie sprawę, że wynika ono również z zakończenia jego relacji z Hermioną Granger. Czy postąpiłem właściwie, odsuwając wpływy panny Granger? Dziewczyna bez wątpienia tchnęła w Severusa więcej życia, ale wciąż nie mógł pozbyć się wrażenia, że jest w jakiś sposób niebezpieczna. Sedno sprawy leżało jednak po prostu w fakcie, że nie mógł sobie pozwolić na żadne odstępstwa od układanych przez długie lata planów. Zbyt wiele od nich zależało, stawka była zbyt duża, a udział Severusa, jak zwykle, zbyt istotny.
Gdy widział Severusa w chwilach takich jak ta, zaczynały opadać go wątpliwości. Zapoznał się z nowo opracowanym przez Mirandę układem prawdopodobieństwa. Widział swój własny układ, wciąż do końca niewyjaśniony, jak wpływał na wszystkie rozedrgane możliwości. Nie żeby traktował to jako manipulację. Jego postępowanie pozostawało niezmienne od chwili, gdy Sybilla Trelawney wygłosiła przepowiednię dotyczącą Potterów. Nie chodziło o to, że nagle zaczęły nachodzić go wątpliwości. Wahał się w noc, gdy zostawiał Harry'ego u Dursleyów i przyjmował od Severusa przysięgę. Podobne uczucia towarzyszyły mu przez lata, gdy widział, jak chłopak dorasta w domu, gdzie w najlepszym przypadku ledwo znoszono jego obecność, a w najgorszym – nienawidzono. Obawiał się, że umieszczenie Harry'ego u Durleyów wychowa następcę Toma. Jednak nie pozwalał sobie oddać się podobnym wątpliwościom, bo nie widział innego wyjścia i nie było też innej osoby, by podejmować decyzje. Nikt nie chciał ponosić takiej odpowiedzialności. Nikt nie chciał żyć z jej konsekwencjami. Nikt nie chciał posyłać innych na pewną śmierć.
Ciężko było zdecydować się zostawić Harry'ego, co odbiło się najciężej na nim samym. A jednak Albus wątpił, czy gdyby to on zabrał Harry'ego, by go wychować, albo oddał Weasleyom, chłopiec poradziłby sobie podczas tego pierwszego tragicznego starcia z Quirrellem. Ciężka decyzja okazała się słuszna. Przeżycia umocniły Harry'ego i nauczyły go współczucia. I choć można by powiedzieć, że młody Harry był również podatny na wpływy i zranienie, Albus wiedział, że gdy nadejdzie pora, by zmierzył się z Tomem, całe cierpienie, którego doświadczył i cała miłość, której tak mu brakowało, a której tak pragnął, poprowadzą go do zwycięstwa.
Albus spostrzegł, jak drżała dłoń Severusa, gdy ten nalewał herbatę do filiżanek ostrożnymi, kontrolowanymi ruchami. Severus. Był tak podobny do Harry'ego, a jedna ta dwójka zawsze widziała tylko swoje różnice, nigdy podobieństwa. Gdyby Harry, zahartowany w ogniu swojej ciężkiej młodości, spędzonej w Hogwarcie, wyrósł z taką siłą woli i charakteru, co Severus, Albus mniej by się obawiał o przyszłość tego świata. Ale tu i teraz, czasem aż z bólem powstrzymywał się od przepytywania zarówno chłopca, jak i mężczyzny, bo zbyt obawiał się, że ich odpowiedzi mogą go zawieść.
– Severusie?
Powoli przestał mieszać łyżeczką herbatę i odłożył ją na talerzyk z cichym stuknięciem metalu o delikatną porcelanę. Severus odsunął filiżankę, zanim upił choć łyk, przymknął oczy i odchylił głowę na oparciu fotela. Pusty, napięty głos skierował w stronę sufitu.
– Wiedziałem... wiedzieliśmy – poprawił się – że Czarny Pan ma w zanadrzu również inne plany. Wiedziałem też, że moja pozycja u jego boku budzi zazdrość wśród innych śmierciożerców. Dzisiejsza noc była jednym wielkim przedstawieniem i dowodem wierności ze strony Thorfinna Rowle'a, przy pełnym poparciu Czarnego Pana.
– Aresztowani?
Nagle Severus otworzył oczy i od razu je zamknął.
– Ich celem było, jak zakładałeś – odwrócić uwagę opinii publicznej, w całym społeczeństwie wzbudzić strach i posłuszeństwo, i stworzyć pozory, że – grymas wykrzywił usta Severusa – Ministerstwo faktycznie próbuje zaprowadzić porządek.
Albus skinął głową, choć Severus nie mógł tego widzieć.
– Po dzisiejszej nocy świat czarodziejów zgodzi się na wszystko, o co poprosi Ministerstwo, prawdopodobnie bez żadnych pytań czy zastrzeżeń.
– Nie potrafię powiedzieć ci, kto zginął, czy ocalał. Będę potrzebował twojej Myślodsiewni, żeby poukładać wszystkie wspomnienia. To może dostarczyć kilka nazwisk, ale... – Severus urwał i wziął drżący oddech – tyle rzeczy działo się naraz. – Szybko otworzył oczy, by znów zaraz je przymknąć. – Molly Weasley jest martwa. Upadła kilka stóp ode mnie. Nie wiedziałem Artura, więc zakładam, że żyje. Nic mi nie wiadomo o Aberforthie. Nie było tam ani Tonks, ani Kingsleya, czy to jako aurorów, czy aresztowanych, więc ich pozycjom wciąż może nic nie zagrażać. Pani Bones nie żyje.
Dreszcz znów wstrząsnął szczupłym ciałem Severusa. Albus zachował spokój, obeznany z wewnętrzną walką, jaką toczył Severus. Obserwował, jak chwilę później nastąpiła delikatna zmiana; sztywne linie złagodniały, a głębokie napięcie opuściło twarz Severusa. Gwałtownie wyprostował się w fotelu i na dobre otworzył oczy. Po filiżankę z wystygłą herbatą sięgnął dłonią, która już nie drżała.
– Musimy zacząć planować już teraz. Rano zrobią kolejny ruch.
* * *
Hermiona starała się złapać oddech, gdy chłodne, nocne powietrze wlewało jej się do płuc. Wszyscy są martwi. Ci biedni ludzie. Członkowie Zakonu. Pani Weasley. Jak ona ma to powiedzieć Ronowi i Ginny? A co z Harrym? Fizyczny ból w piersi zdawał się emanować na całe ciało. Chciała jedynie zwinąć się w kłębek, tutaj, w cichym, zaszronionym kącie ogrodu, i wypłakać całe nieszczęście, ale nie mogła. Musiała powiedzieć innym. Och, Merlinie, jak ja mam im to powiedzieć? Waga wieści, jakie miała do przekazania, przytłaczała ją; myśli i emocje kłębiły się w głowie. Nie miała pojęcia, jak długo klęczała na małym, opuszczonym dziedzińcu, próbując wymyślić, jak ubrać w słowa niemożliwe. Gdy wreszcie zrozumiała, że nie ma dobrego czy prostego sposobu, by przekazać wieści, podniosła się na przemarznięte nogi. Hermiona szczękała zębami, a jej palce były zbyt skostniałe, by się nimi posługiwać, ale owinęła się szczelniej peleryną-niewidką. Skupiła się jedynie na stawianiu kolejnych kroków i skierowała do zamku.
Wędrówka przez Hogwart zdawała się trwać wieczność, a jednocześnie odnosiła wrażenie, że czas stanął w miejscu. Dotarła pod portret Grubej Damy i nie pamiętała, jak się tam znalazła. Wpatrywała się w obraz dłuższą chwilę, zanim uświadomiła sobie, że po raz pierwszy od rozpoczęcia nauki nie pamięta hasła. Pozwoliła, by peleryna ześlizgnęła się jej na ramiona i powiedziała jedyne, co zdawało się jeszcze mieć sens.
– Zimno mi.
Na te słowa Gruba Dama, która pochrapywała w swoim fotelu, otworzyła jedno oko i drgnęła ze zdumienia, gdy zobaczyła jej unoszącą się w powietrzu głowę.
Hermiona zadrżała.
– Zimno mi – powtórzyła.
Namalowane brwi powędrowały do góry, gdy Gruba Dama przyjrzała jej się uważniej.
– To nie jest hasło, moja droga. Obawiam się, że będziesz musiała... – urwała, gdy satyr o burej sierści z obrazu w holu głównym wsunął się w jej ramy i gorączkowo wyszeptał coś do ucha, poważnie spoglądając przy tym na Hermionę.
– Och... Och – powiedziała Gruba Dama, a jej szerzej otwierając powieki, gdy słuchała kolejnych szeptów. Gdy satyr skończył, zwykle radosne oblicze Damy wyrażało zmartwienie i troskę. – Nie zawracajmy sobie głowy hasłem, moja droga. Znam cię wystarczająco dobrze. Wchodź.
– Dziękuję – powiedziała słabo Hermiona, gdy portret uchylił drzwi.
Hermiona dotarła pod schody prowadzące do chłopięcych dormitoriów, jednak daremnie próbowała przedostać się przez niewidzialną barierę. Po policzkach spłynęły jej łzy bezsilności. Była tak blisko. Został jej tylko ostatni kawałek. Przycisnęła dłoń do kamiennej ściany.
– Proszę – wyszeptała. – Proszę, pozwól mi przejść.
Kolejne łzy, tym razem wdzięczności, popłynęły, gdy bariera zniknęła i mogła przejść dalej. Wspięła się wyżej, aż na piętro, gdzie leżała jej własna sypialnia, ale tam natrafiła na kolejną przeszkodę. Rozejrzała się dookoła, gdzie wzdłuż zaokrąglonej ściany znajdowało się kilkoro drzwi. Nie miała pojęcia, które prowadziły do pokoju Rona i Harry'ego.
– Psst!
Hermiona podskoczyła, gdy dobiegł ją niespodziewany dźwięk, i zaraz uspokoiła, gdy w rogu kolejnego malowidła, z którego dwóch zapaśników zerkało na nią ciekawie, dojrzała satyra.
– Szukasz swoich kumpli?
Skinęła głową.
– Tak myślałem. Trzecie drzwi za nami.
– Dziękuję – powiedziała i posłała mu blady uśmiech.
Satyr skinął poważnie głową i machnął dłonią w kierunku drzwi.
– Ja za tobą.
Podeszła do właściwych drzwi i popchnęła je. Dźwięk musiał być wystarczająco głośny dla Deana, który spał przy rozsuniętych kotarach i właśnie przysiadł w łóżku.
– Co?
Hermiona wsunęła się do środka, a jej buty zaszurały o podłogę. Na ten hałas senne spojrzenie Deana wyostrzyło się, szybko wyciągnął różdżkę i zamaszystych ruchem powiódł nią tam i z powrotem po komnacie.
– Kto tu jest? – zawołał, a zaraz potem dodał: – Harry, Ron, Neville, wstawajcie! Ktoś jest w pokoju. – Na co kolejne trzy głowy i różdżki wysunęły się zza kotar wokół ich łóżek.
Hermiona przeklęła w myślach Deana i jego okrzyki, i zsunęła pelerynę na ramiona.
– Ciszej – syknęła. – Chcesz wszystkich pobudzić?
Dean wytrzeszczył oczy, gdy Hermiona tak nagle się pojawiła i przemówiła surowo, ale na szczęście szybko przymknął usta.
Harry przebiegł dłonią po twarzy i poprawił okulary, które siedziały mu krzywo na nosie.
– Hermiono, co ty tu robisz?
– Chyba lepiej spytać, jak ty się tu dostałaś? – zapytał Ron zdumionym głosem, w którym pobrzmiewał również lekki podziw. – Nawet Fred i George nie potrafili nigdy złamać osłon, które trzymają dziewczyny i chłopaków po dwóch stronach wieży.
– Ja... – urwała, bo głos uwiązł jej w gardle.
To Neville przerwał jej otępienie. Wygramolił się z łóżka i delikatnie położył jej dłoń na ramieniu.
– Hermiono, jesteś przemarznięta. – Dotyk i troska w jego głosie sprawiły, że osunęła się na kolana.
– Hermiono!
Na jej poruszenie wyskoczyli z łóżek, zebrali się dookoła niej i jeden przez drugiego zaczęli wypytywać ją natarczywie, aż poczuła nadchodzący ból głowy. Obmyła ją wdzięczność, gdy do głosu doszedł wreszcie temperament Harry'ego.
– Cisza! Zamknijcie się wszyscy!
Na szczęście, tak właśnie się stało.
– Hermiono, co ty tu robisz? – zapytał teraz Harry łagodnie i miękko, jak przemawia się przestraszonego zwierzęcia, którego nie chce się spłoszyć. W przelocie pomyślała, że mogłaby czuć się tym urażona, ale prawdę mówiąc, ton jego głosu działał na nią uspokajająco.
Brakowało jej odwagi, by spojrzeć im w oczy, bo obawiała się, że gdyby tak się stało, nigdy nie wydusiłaby słowa. Więc zacisnęła dłonie na tym, co akurat trzymała, i zaczęła opowiadać. Mówiła z wahaniem i zacinała się, aż ochrypłym szeptem podała im listę poległych. Dopiero wtedy podniosła się i popatrzyła na nich. Zobaczyła cztery wstrząśnięte, oniemiałe twarze, chłopcy patrzyli na nią i nie kryli łez. Chwilę później znalazła się w ramionach Rona, z głową przyciśniętą do jego ramienia i jego dłonią zaciśniętą na swojej koszuli.
Trwała tak dłuższą chwilę i po prostu tonęła w solidnym oparciu, jakie dawał Ron, ale nieważne, jak bardzo chciała tam zostać, wiedziała, że nie może.
Wreszcie uniosła głowę z ramienia Rona i napotkała spojrzenie Neville'a. Jego oczy miały czerwone obwódki, ale spoglądał na nią ze zdecydowaniem, co nagle przypomniało jej, że to Neville mógł być Wybrańcem, który miałby pokonać Voldemorta.
– Musimy zacząć planować – oznajmił. – Jutro zapowiada się źle.
– Co z Ginny? – zapytał Harry. – Musimy... – Urwał i spojrzał na Rona. – Musimy jej powiedzieć. Ron, ty powinieneś to zrobić.
Ron zbladł na słowa Harry'ego, co silnie kontrastowało z jego włosami. Nic nie powiedział, ale skinął potakująco głową. Hermiona znów przyklęknęła.
– Pójdę po nią i przyprowadzę do Pokoju Wspólnego. Spotkajmy się tam.
– Nie powinniśmy przyprowadzić jej tutaj? – zapytał Dean.
Hermiona pokręciła głową.
– Nie wydaje mi się, żebym potrafiła. Ja nie... – Znów potrząsnęła głową. To nie był właściwy moment, by wyjaśniać własną świadomość zamku. – Lepiej na dole.
Znowu podniosła się na nogi, zostawiła chłopców i pobiegła schodami w dół, a potem w górę, do dormitorium dziewcząt. Nie traciła czasu, by zapukać do sypialni Ginny, a po prostu tam weszła i potrząsnęła nią. Gdy Ginny zamrugała i popatrzyła nieprzytomnie, Hermiona wyszeptała:
– Chodź ze mną. – Młodsza dziewczyna już miała zaprotestować, kiedy Hermiona szeptem powtórzyła polecenie. Tym razem Ginny zwiesiła nogi z łóżka.
Sięgnęła po swoją szatę i podążyła za Hermioną bez słowa, aż wyszły na schody. Wtedy zaczęły się pytania.
– Hermiono, co się dzieje? Wiesz, która jest godzina? Gdzie my idziemy? Co ty chcesz... – Przerwała wypytywanie i zatrzymała się przy końcu schodów, gdy ujrzała małą grupkę złożoną z Harry'ego, Rona, Deana i Neville'a, którzy na nie czekali.
– Co się dzieje, Ron?
* * *
Przekazanie Ginny, że Molly Weasley nie żyje, wszystkich ich załamało. Ale Hermiona z zadowoleniem zobaczyła, że kiedy Ginny zwróciła się do Harry'ego, on otoczył ją ramieniem i trzymał tak, gdy płakała. A gdy łzy obeschły, Ginny przylgnęła mocno do dłoni Harry'ego. Ich szóstka rozmawiała do późna w noc, co robić, a czego nie robić. Bez końca krążyli wokół tematu, ale gdy świt rozjaśnił okna, wciąż nie mieli odpowiedzi. Harry chciał dosłownie i w przenośni wziąć zamek szturmem. Ron poradził, żeby zebrać więcej informacji, zanim się na cokolwiek zdecydują.
Przez większość czasu Hermiona milczała i pozwalała innym mówić. Zbyt wiele, zbyt szybko działo się przez ostatnie dni. Przepływało przez nią zmęczenie, fizyczne i psychiczne, i nie miała już siły, by wykrzesać z siebie choć trochę energii. Odpowiadała, gdy pytano ją bezpośrednio, i kiwała głową w odpowiednich momentach, ale większość czasu, choć raz w życiu, po prostu siedziała i pozwalała działać innym.
W końcu, cała ich szóstka zdecydowała ze zmęczeniem i ciężarem w sercach, by nic nie robić. Więc czekali, czas płynął, a oni czekali, aż wybije godzina, by iść na śniadanie i przekonać się, że świat po raz kolejny się zmienił.
* * *
Wejście do Wielkiej Sali tego poranka było jedną z najtrudniejszych rzeczy, jakie Hermionie przyszło kiedykolwiek zrobić. Przekroczyła drzwi z przekonaniem, że zastanie chaos. Spotkała się jednak z codziennym gwarem, pokrzykiwaniami i tłumem witających się ze sobą uczniów, jak co rano przez ostatnie siedem lat. To targało jej nerwy i niepokoiło. Po omacku wyciągnęła za siebie dłoń i poczuła czyjś silny uścisk, który oddała, nim druga dłoń ją puściła. Nie była nawet pewna, kto zaoferował jej tę pociechę, ale wzięła głęboki oddech i ruszyła naprzód. Gdy przeszła wzdłuż długiego stołu, by zająć swoje miejsce, podniosła wzrok na ogromne okna w oczekiwaniu na sowy, które niedługo miały dostarczyć egzemplarze Proroka Codziennego. Następnie zerknęła na Harry'ego, który przechodząc trącił jej ramię, po czym zajął swoje miejsce.
– Nie ma Dumbledore'a. – Głos Harry'ego był ściśnięty i niósł w sobie odstręczającą nutę, na co węzeł w żołądku Hermiony jeszcze się zacisnął. Chwilę trwało, nim słowa przebiły się przez mgłę, która, jak miała wrażenie, ją otaczała, ale kiedy zrozumiała ich sens, od razu powędrowała wzrokiem na przody sali. Bogato rzeźbione, dębowe krzesło Dumbledore'a było dosunięte do stołu na podwyższeniu. Nie stała też tam żadna zastawa. Obok pustego miejsca dyrektora nienaturalnie sztywno zasiadała profesor McGonagall, z ustami zaciśniętymi tak mocno, że Hermiona, nawet ze swojego odległego miejsca za stołem Gryffindoru, mogła wyczuć emanujące z nauczycielki oburzenie.
– Myślisz, że Dumbledore się ukrywa, czy Ministerstwo go dopadło? – zapytał Ron.
– Ukrywa się – wyraził przypuszczenie Harry. – Tak samo jak wtedy, kiedy Umbridge próbowała się panoszyć. – Skinął podbródkiem na stół nauczycielki. – Za to Snape wciąż jest.
– Czy Dumbledore wspominał ci coś o swoich możliwych planach, Harry?
Harry pokręcił głową, z posępnym wyrazem twarzy.
– Nic. Prawie zawsze rozmawialiśmy o Voldemorcie albo jak Tom Riddle stał się Voldemortem. O czymś podobnym nigdy nie wspominał.
Kiedy Severus kierował się do Wielkiej Sali na śniadanie, już czuł ciężar rozpoczynającego się dnia w omdlewających kończynach i opadających powiekach. Minionej nocy niemal nie zaznał odpoczynku. Zbyt wiele gotowych planów należało zweryfikować i zdecydowanie zbyt wiele nowych ułożyć, by pozostało choć trochę czasu na rzecz tak mało znaczącą jak sen. Gdzieś w okolicach trzeciej obudzili Minerwę, żeby dołączyła do nich w komnatach Severusa. Jakąś godzinę przed świtem także Vector wyszła do nich ze swojego ciepłego łóżka. Plan, na który się zdecydowali, został ułożony w pośpiechu i nie do końca przemyślany, ale tylko to mieli.
Zatrzymał się w cieniu drzwi, które prowadziły z lochów do holu. Miejsce było wystarczająco ciemne, by nikt go nie dostrzegł, a jednocześnie dawało mu szeroki widok. Spojrzał na stoły, za którymi siedziały już ranne ptaszki. Prawie połowa Krukonów była obecna. Pojedyncze osoby pojawiały się za stołami Hufflepuffu i Slytherinu, co było zrozumiałe o takiej porze. U Gryfonów sytuacja wyglądała podobnie. Błogosławieństwo, że Potter, Granger i Wealey jeszcze się nie pojawili. Na szczęście wszystko wyglądało jak w typowy czwartkowy poranek. Z nieokreślonych powodów obawiał się, że wieści o mordzie przedostaną się i zasieją panikę. Jakaś jego część sztywniała na myśl, że będzie musiał od razu wstąpić w uczniowski chaos i histerię, choć wiedział, że wszystko to nadejdzie już niebawem.
Wyprostował ramiona i poprawił szaty. Zaczerpnął tchu i wkroczył do sali, krzywiąc się do zebranych uczniów. Skinął Minerwie i zajął swoje miejsce. Celowo unikał spoglądania na puste krzesło Dumbledore'a. Wybuchnie panika. Sztuczka miała polegać na tym, by poradzić sobie z ogólną wrzawą i uratować Pottera i jego świtę, zanim dopadnie ich Ministerstwo, bo pewne było, że tego spróbują. Dawlish zaczai się, żeby złapać Pottera. Severus nie mógł do tego dopuścić.
Znów rozejrzał się po sali w poszukiwaniu Dawlisha i jego przybocznych. Jednak żaden z nich jeszcze się nie pojawił. Skierował spojrzenie na główne drzwi, gdzie grupa uczniów poszturchiwała się i torowała sobie drogę do środka. Jego wzrok przyciągnęła jedna szczupła postać z burzą loków na głowie. Granger. Hermiona. Gdyby miał oceniać, wyglądała na tak samo bladą i zmęczoną, jak on się czuł. Potter z kolei wyglądał w oczach Severusa tępo, choć gdyby był w bardziej wspaniałomyślnym nastroju, powiedziałby, że chłopak zdaje się być raczej rozzłoszczony i zdeterminowany. Weasley prezentował się równie blado, co Hermiona, a piegi odcinały się ostro na jego skórze.
Wiedzieli. Jego dłonie zacisnęły się w pięści, zanim rozprostował je siłą i położył płasko na chłodnym drewnie stołu. Nie miał pojęcia, jak ta trójka się dowiedziała, ale z jakiegoś powodu tak właśnie się stało. Teraz pytanie brzmiało, czy ta przedwczesna wiedza może pomóc, czy przeszkodzi. Skupił wzrok na Potterze... czyli zaszkodzi. Severus ze rezygnacją przygotował się na kolejne wydarzenia. Mimo wszystkiego, co wydarzyło się minionej nocy, mała jego część wciąż miała nadzieję. Naprawdę powinienem był się domyślić.

Kampania Opiekuńcza (Pet Project) HG/SSWhere stories live. Discover now