Rozdział 24. Lekcje historii

1K 69 0
                                                  

Kiedy następnego ranka Hermiona weszła do pokoju profesora Snape'a z tacą ze śniadaniem w dłoniach, była zdecydowana zaprezentować się lepiej niż wczoraj. Będzie zachowywała się w sposób dojrzały i opanowany. Wczoraj przez cały czas miała wrażenie, że jest o krok za nim. Dziś nie da sobą manewrować.
– Granger.
Uśmiechnęła się lekko na jego spokojne, beznamiętne powitanie. To, że nie należał do „rannych ptaszków" nawet w połowie nie oddawało nastroju Severusa Snape'a. Z drugiej strony, jasne światło, które zalewało pokój, musiało być nieznośne dla osoby przyzwyczajonej do ciemniejszych kwater. Nic dziwnego, że nie jest zadowolony. A ponieważ nie ma dostępu do magii, nie może nawet tego zmienić, i niech niebiosa bronią, żeby miał poprosić o pomoc, bo to by pokazało jego słabość. Kretyn – choć ostatnia była przepełniona raczej rozbawionym współczuciem.
Wręczyła mu tacę i skierowała się do okna. Zawahała się na chwilę, po czym machnęła różdżką i wyczarowała niezbyt ciężkie zasłony. Jasne, choć raczej oślepiające światło natychmiast rozproszyło się w półmroku.
Nie usłyszała żadnych podziękowań za swoje głupie wymachiwanie różdżką, ale dobiegło ją ciche westchnienie uznania. Hermiona odhaczyła w myślach jeden z postulatów S.Z.N.A.P.S.
Hermiona dopasowała swoje zachowanie do jego porannych humorów i zaczęła sprawdzać, jakie leki przepisała na dziś Uzdrowicielka Alverez. Wczoraj były to tylko eliksiry doustne, ale dziś należało też posmarować profesora Snape'a maścią na oparzenia pozaklęciowe.
Wolałaby tego uniknąć i spodziewała się, że profesor Snape podniesie protest, gdy już do tego przyjdzie. Prawdę mówiąc, dla nich obojga będzie to niezręczna sytuacja. Hermiona zdołała do pewnego stopnia zapomnieć, że pod prześcieradłem Snape leżał nieubrany, choć ta myśl pojawiała się w jej głowie w najdziwniejszych momentach. A skoro ma rozprowadzić maść na jego skórze, wyparcie nie jest dobrym pomysłem. Będzie musiała zachować się dojrzale w związku z całą sprawą, nawet gdyby miało ją to zabić... Albo gdyby on miał ją zabić, nie wiadomo, co nastąpi pierwsze.
Skończyła czytać zalecenia, sięgnęła po małe niebieskie naczynie z maścią i wróciła na krzesło, które zaczęła traktować jako własne. Nie miała czym zająć myśli i po chwili zaczęła odczuwać wiszącą między nimi ciszę jako ciężką.
Hermiona spostrzegła, że po raz pierwszy, odkąd wręczyła mu tacę, Snape na nią zerka. Następnie spuścił wzrok na talerz i z powrotem na nią, a w jego oczach malowało się zastanowienie.
Poczuła ukłucie irytacji. Poważnie, co on sobie myśli – że zatrułam jego jajka, czy co?
Powstrzymała się, żeby nie zrobić do niego miny, a zamiast tego poszukała tematu, żeby skupić myśli. Dlaczego się nie odzywał? Ron i Harry zawsze gadali... o dziewczynach, które w danej chwili im się podobały, co było na kolację, o Quidditchu i... i... cóż, o tym, jakim dupkiem był człowiek, który spoczywał teraz przed nią na poduszkach.
Cała ta cisza była denerwująca. Powinna coś zrobić, powiedzieć? Poważnie. Jeśli mieli tkwić tu razem w najbliższej przyszłości, czy wymagała tak wiele, prosząc o chwilę uprzejmej rozmowy?
Kiedy cisza stała się najgłośniejszym dźwiękiem, jaki Hermiona kiedykolwiek słyszała, poddała się.
– Jak się pan dziś czuje, sir?
Jedna z tych przeklętych ciemnych brwi uniosła się i Hermiona przeklęła samą siebie – nawet jeśli tylko w myśli. Nie do końca wiedziała, co zrobiła, ale czuła, że teraz jest S.Z.N.A.P.S.: 1, Snape: 1.
Odsunął pustą tacę i odparł:
– Czuję się paskudnie. A ponieważ w najbliższym czasie ten stan raczej nie ulegnie zmianie, myślę, że możemy odpuścić sobie kolejne powtórki tego pytania. Jasne?
Znów uniósł brew, co doprowadziło Hermionę do pasji. Musiała odnowić swoje postanowienia dotyczące dojrzałego zachowania i panowania nad sobą, zanim posłała mu krzywy uśmiech.
– Tak jest, sir.
Tym razem jej odpowiedź spotkała się z czymś, co nauczyła się rozumieć jako uśmieszek Snape'a. Co, jeśli dobrze rozumiała, oznaczało, że czuł się całkiem nieźle, nawet jeśli wziąć pod uwagę, że powiedział, że czuje się paskudnie. Bo w przypadku Snape'a ten uśmieszek znaczył nieco więcej niż prawdziwy uśmiech i traktowała go raczej jako wyraz zadowolenia niż oznakę knucia niecnych planów.
Co z kolei oznaczało, że powinna wykorzystać jego dobry humor, póki ma okazję.
– Profesorze, czas nałożyć maść na oparzenia.
Ponury grymas natychmiast zastąpił wyraz zadowolenia na jego twarzy.
– Oczywiście, że tak.
– Uzdrowicielka Alverez...
– Tak, tak – przerwał jej. – Jestem w pełni świadom zaleceń Uzdrowicielki Alverez co do procesu mojego zdrowienia i twojego udziału we wszystkim. – Urwał, a Hermiona poczuła mgliście, że przygotowuje się na coś nieprzyjemnego. – Możesz zacząć od oparzeń na moich nogach.
To było niespodziewane i o wiele prostsze niż sądziła. Przeszła do porządku nad lekkim zawodem, że nie doszło do sprzeczki, która, jak oczekiwała, byłaby naprawdę porządna i wygrana dla niej.
Hermiona zajęła miejsce w nogach wąskiego łóżka, odkręciła słoiczek i postawiła go obok. Została pouczona przez Alverez, jak wrażliwa jest skóra i zakończenia nerwowe na ciele Snape'a po klątwach i urokach, jakie na niego rzucono, więc bardzo ostrożnie uniosła prześcieradło z jego stóp i podwinęła je tuż nad jego kolana.
Profesor nic nie powiedział, więc Hermiona zaryzykowała i zerknęła na niego. Wbijał wzrok w sufit i starannie unikał patrzenia na nią.
Poczuła ukłucie zdenerwowania i strużkę zimnego potu, który spłynął jej po plecach. Robiła to już wcześniej, ale był wtedy nieprzytomny. Wiedziała, jak bardzo Snape nie lubił, kiedy go dotykano. Doświadczenie musiało być dla niego wyjątkowo męczące.
– Po prostu zacznij, Granger – wydusił przez zaciśnięte zęby.
– Racja. Zaczynam – mruknęła, bardziej do siebie niż do niego.
Wyciągnęła korkową zatyczkę i poczuła zapach ziół wykorzystanych w maści. Zanurzyła dwa palce i nabrała trochę oleistego balsamu. Postępowała tak, jak wtedy, kiedy był nieprzytomny – omawiała każdy kolejny krok. Wtedy chciała dać mu poczucie, że ktoś się nim zajmuje, i że dotyk nie przyniesie żadnego więcej bólu. Teraz próbowała złagodzić niemal bolesne napięcie.
– Zacznę od pańskiej lewej stopy.
Samym palcem, dotykając najdelikatniej, jak tylko była w stanie, rozprowadziła maść po spowodowanym klątwą, czerwonym oparzeniu, które okalało jego nogę kilka cali nad kostką i kończyło się nierówną krawędzią w połowie łydki. Hermiona skupiła się na zadaniu i próbowała zapomnieć, że tak naprawdę dotyka swojego nauczyciela – swojego zupełnie rozebranego nauczyciela. Rozebranego nauczyciela o zaskakująco zgrabnych, umięśnionych łydkach i stopach, które wyglądały niemal elegancko, choć zdecydowanie zbyt wystające kostki dowodziły, że powinien trochę przybrać na wadze. Gęste, ciemne włosy łaskotały jej opuszki placów, kiedy rozprowadzała maść po łydkach.
Kropla potu spłynęła w dół jej kręgosłupa i zaczęła gorączkowo rozglądać się za tematem, który wypełniłby zalegającą w pokoju ciszę.
– To oparzenie ma bardzo dziwny kształt. – Jej głos rozległ się głośno w ciszy.
– Buty – burknął Snape, ze wzrokiem wciąż utkwionym w suficie.
Hermiona złapała się rozpaczliwie tej tajemniczej odpowiedzi i zaczęła formułować pytanie:
– Co to...
Snape przerwał jej zniecierpliwionym westchnieniem.
– Wykładam eliksiry idiotom. – Nie była nawet poruszona jego zwykłą skargą. – Eliksiry są niezwykle niebezpieczne i łatwo się rozprzestrzeniają, szczególnie te niewłaściwie uwarzone. Noszę buty ze smoczej skóry, Granger, ponieważ do pewnego stopnia chronią one zarówno od kwasów, jak i ognia.
Kiedy Snape wszedł w swój „tryb nauczycielski", Hermiona poczuła pod palcami, jak napięcie powoli opuszcza jego mięśnie.
– Dodatkowo, ponieważ smoki są magicznymi stworzeniami, buty zapewniają również pewną obronę przed urokami. Moje stopy były chronione, ale skóra powyżej cholewki buta już nie.
Hermiona przełknęła ciężko ślinę. Mówił o tym tak obojętnie, jak gdyby męki, przez które przeszedł, nie wpłynęły na nic innego poza jego ciałem. Ale odpowiadał jej i obydwoje wiedzieli, że potrzebują odwrócenia uwagi, więc poruszyła temat, który zawsze ją zastanawiał.
– Dyrektor powtarza, że nie powinniśmy bać się imienia. Że powinniśmy nazywać – chciała powiedzieć „Voldemorta", ale zmieniła zdanie – Sam-Pan-Wie-Kogo jego prawdziwym imieniem. Dlaczego nie nazywać go po imieniu?
Mięśnie pod jej palcami znów się napięły i Hermiona przygotowała się na kazanie. Kiedy się odezwał, jego głos był zimny. Spojrzenie, wcześniej utkwione w suficie, teraz wwiercało się w nią bezlitośnie.
– Powiedziałem ci już, że zawsze powiem ci prawdę o naturze danej rzeczy. Że nie zataję informacji, żebyś mogła właściwie rozważyć konsekwencje. Przemyśl dokładnie pytania, jakie chcesz mi zadać. Pewnych drzwi, kiedy się je raz otworzy, nie da się już zamknąć.
Miała niejasne poczucie, że chce ją odstraszyć.
– Chciałabym zrozumieć. – Przygryzła język, zanim dodałaby na końcu: „pana".
Znów cisza.
Kiedy wciąż się nie odzywał, spróbowała wyjaśnić:
– Nigdy nie rozumiałam, jak całe społeczeństwo może bać się imienia. Tak naprawdę nikt nigdy mi tego nie wyjaśnił.
– Mugolaki – powiedział w końcu, a kiedy jego spojrzenie znów powędrowało do sufitu, Hermiona wzięła głęboki, roztrzęsiony oddech. Nie wiedziała, czy powinna być dumna, czy przerażona, ale wynik stał teraz: S.Z.N.A.P.S.: 2, Snape:1.
Zebrała całą swoją gryfońską odwagę, by zadać następne pytanie:
– Jak to, czy jestem mugolakiem, może mieć tu znaczenie? To jego imię.
– Nie, Granger, to nie jest tylko imię. Jesteśmy głupcami, że nauczamy was o wojnach goblinów, a nie mówimy nic o czasach, w których żyjecie. Kiedy Czarny Pan po raz pierwszy doszedł do władzy, nazwał się imieniem, które sam wybrał.
– Lord Volde...
– Nie mów tego – wycedził. Urwał, żeby wziąć głęboki oddech, po czym ciągnął już normalnym tonem: – Ale tak, był tak nazywany. Kiedy osiągnął więcej mocy i zebrał popleczników, utworzył swój wewnętrzny krąg.
– Z ludzi, którzy potem stali się śmierciożercami.
– W dużej mierze, tak. W tamtych dniach wiele osób próbowało wkraść się w jego łaski i stać blisko niego. To dawało poczucie, że pławisz się w blasku jego chwały, że znajdujesz się w środku czegoś wielkiego, co wstrząśnie całym światem, jaki znasz. Nie wszystkim, którzy próbowali utrzymać się na takiej pozycji, to się udało. To było zaszczytne miejsce, które zależało od twojej wierności i przydatności dla niego. Ci, którzy ostatecznie udowodnili swoją wartość, otrzymywali Znak.
– Zawsze myślałam, że wszyscy jego poplecznicy noszą Znak. Chce pan powiedzieć, że walczymy z ludźmi, których nawet nie potrafimy zidentyfikować?
– Świat nigdy nie jest taki prosty. Z tego, co mi wiadomo, jest nas dwudziestu dwóch, którzy nosimy Znak. Mogą być też inni, o których nic nie wiem. Ale setki osób, które go wspierają, nie wyróżnia nic, poza ich poglądami. Czy ty zbudowałabyś armię, a potem naznaczyła każdego swojego poplecznika, żeby twoi przeciwnicy mogli ich bez problemu wyłapać?
Zaczerwieniła się.
– Nie. Nigdy o tym nie pomyślałam. Zawsze mówi się po prostu o śmierciożercach. Ale po co w takim razie ich znaczyć?
– Ponieważ oni – znów spojrzał jej w oczy. – Ponieważ my byliśmy wyjątkowi. Nasza wierność została sprawdzona i udowodniona. Stanowiliśmy elitę. To znaczyło tyle, co odznaczenie za nasz honor. Dopiero później... okazało się, co jeszcze to oznacza.
Brak uczucia, jaki słyszała w jego głosie, gdy opisywał swoje tortury, został zastąpiony przez taką kpinę z własnej osoby, że aż Hermiona zamarzyła z powrotem o obojętności. Czy opowiadał o tym komukolwiek poza Dumbledorem? Nawet jeśli, musiała się zastanowić, jak często chciał zawracać dyrektorowi głowę swoimi przemyśleniami? Kiedy słuchała go teraz, znów powzięła postanowienie, że stanie się dla niego powiernikiem – przyjacielem – którego Snape tak wyraźnie potrzebował.
– Co się zmieniło? – zapytała.
– Plany w tamtych dniach różniły się od kierunku, który teraz obrał Czarny Pan. Wtedy idealnie nawał się do roli lidera – charyzmatyczny człowiek, urodzony przywódca. Wiele mówiło się o nim jako kolejnym Ministrze Magii. Z takim autorytetem mógłby na zawsze zmienić oblicze czarodziejskiego świata w Anglii. Nie mam wątpliwości, że gdyby udało mu się zrealizować wszystkie swoje plany, w kilka lat opanowałby wszystkie siedliska czarodziejów na całym świecie.
– Był tak blisko? – zapytała zaskoczona. Nigdy nawet nie przypuszczała, że Voldemortowi mogło brakować tak niewiele, by osiągnąć swoje zamierzenia.
– Blisko? – prychnął z rozbawieniem. – On już tam był. Pociągał za sznurki w całym Ministerstwie i Wizengamocie.
Hermiona była tak pochłonięta opowieścią, że zupełnie zapomniała o maści, a jej dłoń spoczywała lekko na łydce Snape'a.
– Ale skoro miał takie zaplecze, co się stało? – spytała. – Czego nie dopilnował? Skąd wziął się Zakon?
– Pojawił się Dumbledore. Spostrzegł, do czego zmierza Czarny Pan. Dyrektor może nie zawsze widzi coś, co ma tuż przed nosem. – Hermiona wyczuła w tych słowach jakąś dawną gorycz. – Ma jednak niezwykły talent do spoglądania na rzecz z szerszej perspektywy, potrafi dostrzec kolejne zależności. Podejrzewam, że Miranda Vector sporo przyczyniła się do tego, że Dumbledore rozpoznał groźbę w dążeniach Czarnego Pana. Żeby mu przeszkodzić, Dumbledore zebrał osoby gotowe pomóc mu wygrać wojnę, która, jak przeczuwał, nadchodziła, i podjął ryzyko.
– On po raz pierwszy miał przeciwników.
Posłał jej blady uśmiech.
– Bardzo dobrze. Kiedy Dumbledore rzucił trochę światła na machinacje, jakie toczyły się w Ministerstwie, opinia publiczna zmieniła front. Czarodziejskie społeczeństwo zaczęło się odwracać od jednostki, którą zaczęto przedstawiać jako niebezpiecznego radykała.
– Dumbledore przyłożył do tego rękę.
– W rzeczy samej. Niestety, Dumbledore też się przeliczył.
– Przeli... – Zaczęła, ale urwała, żeby złożyć razem informacje, którymi Snape się z nią podzielił, ze swoją widzą na temat działań Voldemorta. – Dumbledore spodziewał się, że on zachowa się w określony sposób, a on zrobił coś zupełnie innego.
Snape ściągnął usta. Hermiona domyśliła się, że rozważa, czy powiedzieć na głos coś, o czym teraz myślał.
– Sir?
– Przez lata zdążyłem odkryć, Granger, że dyrektor jest niemal nieomylny. Kiedy jednak się myli, konsekwencje są często niewyobrażalne.
Hermiona przesunęła się na brzeg krzesła i pochyliła do przodu.
– Co się stało?
– Kiedy najbardziej ślizgońskie strategie zaczęły zawodzić, Czarny Pan zwrócił się ku prostszym metodom – zaczęły się napaście i kolejne zabójstwa.
– Ale co to ma wspólnego z pańskim...? – Wskazała na jego ramię. – I dlaczego nikt nie wymawia imienia Czarnego Pana.
– Znak nie jest zwykłym tatuażem. To magiczne połączenie między jego twórcą, a osobą, która go nosi. Łączy wszystkich naznaczonych między sobą i bezpośrednio z twórcą Znaku. Z powodu tego połączenia Czarny Pan ma wiele możliwości. Może wezwać do siebie swoich podwładnych, bo w pewien sposób kieruje ich teleportacją. Osoba, która nosi Znak, nie musi znać miejsca aportacji – wystarczy, że podąży za wołaniem Znaku. Czarny Pan ma też nieograniczony dostęp do magii swoich podwładnych.
– Trochę jak zbieżność między nami.
– Tak i nie. Potrzebuje takiego połączenia, kiedy może korzystać z naszej magii, jakby czerpał ze zbiornika mocy, do którego może zanurzyć się w dowolnej chwili. Jednak, żeby tak się stało, naznaczeni muszą znajdować się blisko niego.
– Co wyjaśnia, czemu chce mieć pana przy sobie na każde skinienie.
– Dokładnie. Ostatnia rzecz, Znak stanowi wyjątkowo sprawne narzędzie, aby siać w czarodziejskim społeczeństwie strach przed Czarnym Panem. Pozwala mu „usłyszeć", kiedy ktoś wymawia jego imię.
– Co to dokładnie znaczy?
– Nie jest to może urządzenie podsłuchowe, ale kiedy wymówisz jego imię, Znak na moim ramieniu rozpozna je, z braku lepszego określenia. W rezultacie Czarny Pan jest świadomy, kiedy się o nim wspomina.
– Więc wszyscy zaczynają się bać wymawiać jego imię. Nie chcą przyciągać jego uwagi, bo nikt nie wie, kto nosi Znak. Jeśli zostaną podsłuchani przez niewłaściwą osobę, mogą ściągnąć na siebie śmierć. Teraz to ma o wiele więcej sensu.
I wtedy to ją uderzyło.
– Ale... Ale... To by znaczyło, że za każdym razem, kiedy Dumbledore wymawia jego imię w pańskiej obecności... On...
– Drażni go, tak.
Umysł Hermiony obracał nowe informacje, a jej oczy zrobiły się okrągłe, kiedy pojęła, co się z tym łączy.
– To całkowicie nieodpowiedzialne – wyrzuciła wreszcie, znów zdenerwowana. – To nie Dumbledore musi stawiać się u jego boku. Czarny Pan może zemścić się na panu.
– To wyliczone ryzyko.
– To wstrę...
– Wyliczone, Granger. Jak wiele innych rzeczy – odparł sucho. – Zdaje mi się, że skończyliśmy z twoimi lekcjami historii. Skończyłaś mnie smarować? – zapytał i przeniósł wzrok na swoją nogę, gdzie wciąż spoczywała jej dłoń.
Cofnęła ją natychmiast i spłonęła rumieńcem.
– W porządku – rzuciła niezbyt grzecznie, żeby zamaskować swoje zmieszanie. – Ale jeszcze nie skończyłam. Muszę pana odwrócić, żeby posmarować oparzenia na pańskich plecach.
– Czy twoje umiejętności w utrzymywaniu zaklęcia Mobilicorpus poprawiły się od czasu, kiedy znalazłem cię, jak taszczyłaś nieszczęsną pannę Stuart korytarzami Hogwartu?
– Wcale nie taszczyłam... Och, znów pan to robi. Nie dam się złapać.
– Skoro tak mówisz, Granger.
– Tak właśnie mówię – odparowała, pewnie bardziej bezczelnie, niżby wypadało. Ale on nie zrobił nic więcej, jak tylko kpiąco uniósł brew, co z kolei znów ją zirytowało. Wcześniej faktycznie planowała rzucić na niego Mobilicorpus, ale podniósł w niej wątpliwości. Gdyby go upuściła albo chociaż poruszyła zbyt gwałtownie, mogłaby sprawić mu sporo bólu. Przeklęty człowiek.
– Rożku! – wezwała skrzata.
Rożek pojawił się u jej boku niemal natychmiast. Błysnęła w kierunku Snape'a uśmiechem zadowolenia i powiedziała:
– Muszę zająć się urazami na plecach profesora Snape'a. Proszę, czy mógłbyś odwrócić go na brzuch, tak żeby go nie urazić?
Oczy Snape'a rozszerzyły się, a zaraz potem zmrużyły w szparki.
– Słuchaj tego, Granger. Nie pozwalam, żeby żaden człowiek albo skrzat, jeśli już o tym mówimy, mnie odwracał.
– Odwrócenie mistrza to dla Rożka żaden problem, panienko.
Potem spojrzał na Snape'a szeroko otwartymi oczami i napomniał go: „Panienka opiekuje się mistrzem", choć obwieszczenie padło z względnie bezpiecznej odległości, bo Rożek schował się za jej nogi.
Zanim Snape znów zdołał zaprotestować, został uniesiony, odwrócony i ostrożnie opuszczony z powrotem. Zaraz potem Rożek aportował się w pośpiechu, prawdopodobnie do bezpiecznej kuchni, jeśli Hermiona miałaby zgadywać.
– Od kiedy mój skrzat domowy słucha twoich poleceń? – wycedził Snape. Jego głos brzmiał na zirytowany i przytłumiony, bo leżał teraz twarzą do poduszki. – O tym wczoraj nie wspominałaś.
Hermiona odsunęła prześcieradło z jego pleców.
– To się stało niedawno – powiedziała, starając się, aby w jej głosie nie zabrzmiało rozbawienie. – Spytałam Dumbledore'a i wyjaśnił mi, że to dlatego, że skrzaty widzą we mnie głowę linii Grangerów.
Spochmurniała.
– W zasadzie jest nią moja mama, ale ponieważ jest niemagiczna, w jakiś dziwny sposób ja również zajmuję tę pozycję. A ponieważ nikt inny, kto mieszka przy Grimmauld Place, włączając w to Dumbledore'a, bo on tylko zarządza hogwardzką linią, nie jest właścicielem skrzatów domowych, skrzaty zwracają się do mnie po polecenia.
Snape zaśmiał się mrocznie.
– Co, nie wątpię, doprowadza Molly Weasley do szewskiej pasji.
Hermiona zgodziła się z westchnieniem.
– Przejęły kuchnię i nie pozwalają jej tam wejść. Patrzy na mnie za każdym razem, gdy ktoś wyciąga ten temat.
Hermiona pochyliła się i prześledziła palcem brzeg jednego z oparzeń.
– Te leczą się dobrze, sir – powiedziała do niego i rozsmarowała warstwę maści.
Na jego prawej łopatce zobaczyła sporo starych blizn po zaklęciach. Chciała go o nie spytać, ale doszła do wniosku, że wykorzystała już limit osobistych pytań na ten dzień. Zaczynał się do niej przyzwyczajać, ale nie chciała zbytnio popychać kruchej relacji, jaką budowali.
Snape poruszył się i wsparł na łokciu, żeby spojrzeć na nią przez ramię.
– Powiedz mi o Potterze.
Hermiona zamrugała z zaskoczenia, po czym uśmiechnęła się do niego szeroko i radośnie. Nie zapomniał.
– Naprawdę zamierza mi pan pomóc?
Opuścił się z powrotem na poduszkę.
– Wygląda na to, że nie mam nic lepszego do roboty, jak tylko tu leżeć. Jednak, choć zgodziłem się popracować nad Potterem, ty i ja obydwoje wiemy, że nie posłucha niczego, co mu powiem. To będzie wymagało twojego wpływu i, choć niechętnie to sugeruję, również pana Weasleya.
Snape poruszył się znowu, kiedy Hermiona wsmarowywała kolejną porcję maści w jego żebra. Łaskotki – zauważyła z szerokim uśmiechem. Była jednak na tyle bystra, żeby tego nie komentować, a w zamian powiedziała:
– Ron radzi sobie z Harrym lepiej, niż może pan sobie wyobrazić.
– Doprawdy?
– Właściwie to myślę, że Ron radzi sobie z Harrym lepiej niż ja. Harry wciąż jest skłonny słuchać Rona, a ja go tylko złoszczę.
– Obstawiam, że twoje powiązanie z moją osobą nie pomogło waszej relacji.
– Myślę, że z początku Harry był zadowolony, że zostałam ukarana. Swoją drogą, to dziwne. Wie, że moim zadaniem jest opieka nad panem, ale złości się, kiedy robię rzeczy, które są z tym związane.
– A jak sobie radzi pan Weasley?
Parsknęła krótkim śmiechem.
– Ron jest jak skała. To znaczy, Harry złości się też na Rona, ale zwykle to nie trwa długo i nawet wtedy Ron potrafi odciągnąć uwagę Harry'ego.
To zainteresowało Snape'a.
– W jaki sposób? – zapytał.
– Prawdę mówiąc, nie jestem pewna. Nie robi, ani nie mówi nic konkretnego. Widziałam, że głównie po prostu go dotyka. Klepie Harry'ego po plecach albo łapie go za ramię i zwykle to zdaje się działać. Czy to może mieć znaczenie?
– Wszystkie zależności mają znaczenie. W tym, żebyś nauczyła się myśleć, chodzi po części o to, żebyś zaczęła widzieć powiązania między zdarzeniami. Co mówiłem ci o czarnej magii?
– Hmm... – urwała, żeby sobie przypomnieć. – Mówił pan, że magię, taką jak Niewybaczalne, ciężko jest praktykować, że wymaga to głębokiej pewności co do swojego celu, i że zużywa magiczną energię. Mówił pan też, że zdecydowanie się na czarną magię to wybieranie drogi na skróty. To się trochę ze sobą kłóci, prawda?
– Sama magia w swojej istocie jest sprzecznością. Do najsilniejszych eliksirów leczniczych używa się najbardziej trujących składników. Zaklęcia polegają na stworzeniu czegoś z niczego. Transmutacja zmienia istotę jednej rzeczy w drugą.
Snape poruszył się znowu i prychnął z irytacją, kiedy próbował się obrócić.
– Wezwij Rożka z powrotem i połóż mnie normalnie. Odmawiam podobnej rozmowy z twarzą w poduszce.
Już po chwili Rożek ułożył Snape'a w jego zwykłej pozycji, a Hermiona odłożyła maść i przygotowała pozostałe eliksiry. Snape spojrzał z niesmakiem, kiedy wręczyła mu dwie fiolki.
Odkorkował pierwszą i gładko przełknął wszystko za jednym haustem.
– Chcę powiedzieć, że magia opiera się na sprzecznościach, a mówiąc o drodze na skróty, chodziło mi o pewne uczucia, których można użyć jako pożywki dla mroczniejszych zaklęć – nienawiść, gniew, pragnienie zemsty – one najbardziej zapadają w ludzką psychikę. Czarna magia wyciąga po nie swoje macki i to właśnie odróżnia ją od zwykłych zaklęć, w które nie angażujesz swoich emocji. Używanie Niewybaczalnych zawsze pozostawia na nich ślad. Jeśli jesteś wierząca, można powiedzieć, że sięga to aż do twojej duszy. Po takim naruszeniu zawsze zostają ślady.
– Jakie to mogą być ślady?
Wzruszył ramionami i wychylił drugą fiolkę, zanim jej odpowiedział.
– Najłatwiej rozpoznać niestabilność emocjonalną. Inne oznaki to: megalomania, paranoja i skłonność do popadania w szaleństwo.
Poczuła potrzebę, by bronić przyjaciela, i powiedziała:
– Harry się denerwuje, nie jest szalony.
– Twoje ciało i twoja magia zapamiętują schematy, których je uczysz. Nie możesz rzucić Imperio bez pragnienia, by kontrolować daną osobę. To ogromnie wyczerpujące dla twojej magii, więc zwracasz się do silnych emocji, by uzyskać potrzebną moc. Wybierasz nienawiść, bo tak jest najprościej, kiedy nienawidzisz osoby, nad którą chcesz uzyskać kontrolę. I nagle to się okazuje proste. Następnym razem musisz przejąć kontrolę nad inną osobą. Nie musisz jej szczególnie nienawidzić, wystarczy, że przypomnisz sobie, co czułaś poprzednio. Wyobrażasz sobie tamtą osobę i już po chwili aż gotuje się w tobie od nienawiści. Potem to uczucie łączy się z zaklęciem. Potem uświadamiasz sobie, że nawet mała rzecz wywołuje w tobie nienawiść. A potem to ona kontroluje ciebie, bardziej niż ty ją.
Znów to słyszała – zimna obojętność. Wiedziała, że w tym momencie w równym stopniu co Harry'ego, opisywał siebie, i zadrżała.
– Co Ron ma z tym wspólnego?
– Pan Weasley przełamuje ten schemat. Za każdym razem, gdy dotyka Pottera, przypomina mu o pozytywnych uczuciach – zaufaniu i przyjaźni.
– I miłości – dodała.
Snape skrzywił się, ale przyznał jej rację.
– I miłości.
– Nie wierzy pan w siłę miłości?
– Dyrektor powiedziałby ci, że to źródło najpotężniejszej mocy.
– Nie wierzy pan w to, co on mówi?
– Choć miłość może być potężna, nie zawsze jest łaskawa. Bardzo często żąda też w zamian poświęcenia.
– Wielu ludzi mogłoby się kłócić, że poświęcenie jest tego warte.
– Wielu ludzi jest idiotami i nigdy nie musiało płacić takiej ceny.
Snape odchylił głowę na poduszce i przymknął oczy.
– Jestem już zmęczony, Granger. Wróć po lunchu i będziemy kontynuowali.
Odprawiał ją. Coś, co zostało poruszone podczas tej rozmowy, nie dawało mu spokoju, nawet bardziej, niż kiedy wcześniej dyskutowali o Voldemorcie i Mrocznym Znaku. Hermiona chciała zaprotestować i naciskać. Sześć miesięcy temu właśnie tak by zrobiła. Teraz po prostu podniosła pustą tacę i obiecała, że wróci po lunchu.
Miała tyle do przemyślenia – o Ronie, Harrym i o sobie samej. Musiała rozważyć wiele rzeczy, które dotyczyły Snape'a i wszystkiego, czego się dowiedziała. Kiedy zerknęła jeszcze na tego człowieka, nie mogła odpędzić myśli: Kto złamał pański schemat i co wydarzyło się potem?

Kampania Opiekuńcza (Pet Project) HG/SSWhere stories live. Discover now