Rozdział 13. „Go to Sleep, You Little Babe"

1.2K 71 3
                                                  

– Powinnyśmy ją obudzić?
Lavender zerknęła na wspomnianą i lekko wzruszyła ramionami.
– Chyba tak. Oszaleje, jeśli opuści zajęcia.
Po tych słowach obydwie dziewczyny dalej przyglądały się Hermionie, ale żadna nie kwapiła się, żeby obudzić śpiącą współlokatorkę.
Hermiona, nieświadoma przyglądających się jej koleżanek, nawet się nie poruszyła. Żaden ze zwykłych odgłosów porannej rutyny kiedy dwie pozostałe dziewczyny się szykowały, ani też jasne słońce wpadające przez okno, nie zakłóciły jej snu. Spała jak zabita. Prawdę mówiąc, Lavender trochę się martwiła, czy rzeczywiście nie jest martwa, dopóki nie zobaczyła drżenia brązowych loków, poruszanych spokojnym oddechem koleżanki.
Wreszcie Parvati szturchnęła Lavender.
– Ty to zrób.
– Ja? – zapytała Lavender i cofnęła się lekko od łóżka. – Ja rozsunęłam zasłony. – Wskazała palcem na Parvati i dodała: – Myślę, że ty to powinnaś zrobić.
– Co jeśli rzuci na mnie klątwę? – jęknęła Parvati.
Lavender zamyśliła się nad tym. To była poważna obawa. Hermiona bardzo dobrze radziła sobie z różdżką. Ale wtedy uderzyła ją inna myśl.
– Jak myślisz, co ją bardziej rozzłości: to, że ją obudziłyśmy, czy to, że jej nie obudziłyśmy i przegapiła zajęcia tak niedługo przed egzaminami?
Oczy Parvati rozszerzyły się.
– Fakt. – W końcu była Gryfonką; odwaga stanowiła część jej charakteru. Wzięła głęboki oddech i przygotowała się na przeprawę – podwinęła rękawy i przygładziła włosy, aż spływały błyszczącą czarną falą. Wyciągnęła różdżkę i rzuciła Lavender ostatnie spojrzenie.
– Osłaniaj mnie, Lav, zaczynam.
* * *
Kiedy Hermiona, Lavender i Parvati pojawiły się na śniadaniu godzinę później, Hermiona wzbudziła niemałe zamieszanie wśród starszych Gryfonów i sporej części Krukonów, przechodząc pomiędzy dwoma długimi stołami do swojego miejsca w Wielkiej Sali.
Nie chodziło o to, że jej oczy były ledwo otwarte albo że zdawała się mieć problemy, by poruszać się po linii prostej. Nikt nie skomentował też tego, że to właściwie Lavender i Parvati, idące po obu jej stronach, pilnowały, żeby szła prosto i kierowały nią.
Nie, wszyscy gapili się na Hermionę z zupełnie innego powodu. Jej zwykle schludny mundurek uległ dziś pewnym zmianom. Nie okrywał jej po prostu, ale był raczej dopasowany, a nawet miejscami opięty, podkreślając jej biust i talię. Jej włosy, zazwyczaj rozburzone w krzaczastej masie, zostały splecione w ciasny francuski warkocz, z którego wydostało się kilka mniejszych loczków, by miękko otulić jej twarz. Jednak największe zmiany zaszły właśnie na twarzy Herminony. Miała makijaż. Delikatny i naturalny, ale jednak – od pociągniętych tuszem rzęs, przez podkreślone różem policzki, po różowy błyszczyk na ustach.
Kiedy Hermiona dotarła do miejsca, gdzie siedzieli Ron i Harry, opadła ciężko na krzesło, delikatnie popchnięta przez Lavender. Posłała chłopcom nieprzytomny półuśmiech, zanim jej powieki opadły. Zdawała się drzemać na krześle.
Ron spojrzał groźnie na Deana, który przyglądał się Hermionie z zainteresowaniem trochę zbyt dużym, niżby się Ronowi podobało. Harry z kolei spojrzał groźnie na Parvati i Lavender.
– Co wyście jej zrobiły?
Lavender wydęła lekko wargi.
– Poważnie, Harry Potterze, co sprawia, że myślisz, że zrobiłyśmy Hermionie cokolwiek?
Ron, który przesunął się z krzesłem, by zasłonić Deanowi widok na Hermionę, z oburzeniem skierował na nią palec.
– Spójrz na nią! – zażądał. – Czymś ją spoiłyście albo rzuciłyście na nią Imperiusa albo... albo... coś innego. – Ron odchylił się, by objąć Hermionę spojrzeniem. – Czekaj chwilę, przecież to nawet nie jest jej koszula. To twoja, Lavender.
Lavender uśmiechnęła się przebiegle i zatrzepotała rzęsami, patrząc na Rona.
– Zwracasz uwagę na to, co mam na sobie, Ron? To takie słodkie.
Ron wzdrygnął się w odpowiedzi i oblał czerwienią, a oczy rozszerzyły mu się gwałtownie. Otworzył usta, ale nie dobył się z nich żaden dźwięk.
Harry, widząc że Ron jest zupełnie zbity z tropu, ruszył przyjacielowi na pomoc.
– Nie o to chodzi, Lavender. Chodzi o to, że Hermiona się tak nie ubiera. Nie splata włosów i się nie maluje!
Ron powoli wracał do siebie i z powrotem włączył się do rozmowy.
– I z pewnością nie siedzi cicho, kiedy ludzie dookoła omawiają, w co jest ubrana.
Ten komentarz ponownie skupił uwagę wszystkich na Hermionie, która szklistym wzrokiem wpatrywała się w swoją owsiankę, zupełnie nieświadoma ludzi dookoła niej. Poruszyła się dopiero gdy Ginny, która zajęła miejsce obok Rona i powiedziała:
– Och, na Merlina, zamknijcie się wszyscy. Niech ktoś jej da herbaty; im mocniejszej, tym lepiej.
* * *
Kiedy Hermiona zjadła śniadanie i wypiła dwie filiżanki mocnej czarnej herbaty, udało jej się trochę rozbudzić, ale z pewnością nie była w stanie uczestniczyć we wtorkowej lekcji eliksirów. Fakt, że pamiętała tylko przebłyski z chwil, kiedy Lavender i Parvati ją obudziły, ubrały, pomalowały i zaprowadziły na śniadanie, dowodził jasno, że nie była w formie, by zmierzyć się z lotnymi truciznami. Próbowała rzucić proste „Wingardium" w holu i uświadomiła sobie, że jej magia niemal nie istnieje. To, co udało jej się z niej przywołać, było rozlazłe jak zastygła warstwa melasy i zupełne inne od lekkiego błysku, do którego była przyzwyczajona. Nie wiedziała nawet, czy jest w stanie uwarzyć eliksir.
Hermiona przeczuwała, że w swoim obecnym stanie może stanowić zagrożenie dla pozostałych uczniów. Nie chciała mieć niczyich obrażeń na sumieniu. Nie wspominając o zamęcie jaki zdawała się wzbudzać. Nie sądziła, że kilka zmian w wyglądzie sprawi, że ludzie będą się aż tak gapili. Stanowczo nie czuła się z tym pewnie i skorzystała z pierwszej okazji, żeby gdzieś czmychnąć. A później porozmawia sobie ze swoimi współlokatorkami o przemienieniu jej w ludzką lalkę.
Harry i Ron nie chcieli jej puścić, więc nie obyło się bez zamieszania. Będzie musiała pamiętać, żeby przeprosić później Rona. Wyczerpanie nie zmiękczyło jej charakteru. A to z kolei nasunęło jej myśl, że może profesor Snape cierpi na ten sam problem, bo dobrze wiedziała, że on zdaje się nigdy nie sypiać.
– Jeszcze tylko kilka kroków – wymamrotała, obojętna, czy ktoś usłyszy, jak mówi sama do siebie. W tej chwili była zbyt zmęczona, by ją to obchodziło. Rozbudzenie, jakie zapewniła jej herbata, zdało się wyparować pomiędzy Wielką Salą a zejściem do lochów. Hermiona chciała tylko zatrzymać się i na chwilę oprzeć o ścianę. Bała się jednak, że jeśli przestanie się poruszać, nie będzie w stanie znów zacząć. Tego jej tylko brakowało – żeby znaleziono ją pogrążoną we śnie gdzieś pod ścianą w lochach.
– Wreszcie – powiedziała z szerokim ziewnięciem, kiedy drewniane drzwi do klasy eliksirów pojawiły się przed nią.
Hermiona była zbyt zmęczona, by pukać, więc po prostu wepchnęła się do środka.
Na to wtargnięcie profesor Snape podniósł wzrok znad swojego biurka. Widok w drzwiach musiał go zaskoczyć, bo przyglądał jej się dłuższą chwilę, zanim wreszcie wycedził:
– Co to ma znaczyć, panno Granger? Zajęcia zaczynają się nie wcześniej niż za pół godziny.
Hermiona zamrugała, marząc, by myślenie było łatwiejsze.
Ton jego głosu przeszedł z lekko rozdrażnionego do zdecydowanie zirytowanego.
– Panno Granger, zadałem pani pytanie.
Naprawdę chciała mu powiedzieć, że nie pojawi się dziś na jego zajęciach, naprawdę. Ale to, co wyszło z jej ust, było zupełnie niespodziewane:
– Lavender zabiłaby za takie rzęsy.
Twarz profesora Snape zaczerwieniła się ze złości, kiedy podniósł się z miejsca i trzasnął dłonią o blat biurka.
– Minus dziesięć punktów, panno Granger – warknął.
Z poczuciem, jakby oglądała wszystko przez grube szkło, Hermiona zamrugała kilka razy i pokiwała głową.
– Okej. – Dziesięć punktów było więcej niż sprawiedliwe; sama odjęłaby dwadzieścia.
Jego oczy, zwykle zmrużone w pogardzie lub złości, rozszerzyły się gwałtownie.
– Okej? – powtórzył z niedowierzaniem, jak gdyby nie mógł uwierzyć w podobną odpowiedź. Chciał coś jeszcze dodać, ale urwał i przyjrzał jej się z namysłem. – Panno Granger, czy pani jest pijana?
– Nie, sir, nie pijana. – Hermiona niezgrabnie osunęła się na drewniane krzesło na tyłach klasy i oparła podbródek na odwróconej dłoni. – Tylko zmęczona. – Słowa nabrały melodyjnego tonu. – Bardzo zmęczona.
Profesor Snape wciąż przyglądał jej się, jakby była niespełna rozumu. Myślenie i formułowanie zdań przychodziło jej z trudem, ale podjęła ten wysiłek.
– Zbyt zmęczona na lekcję. Niewiele magii. Nie chcę narażać... wolę wziąć nieprzygotowanie. – Naprawdę chciało jej się spać. Może siadanie nie było dobrym pomysłem. Nie była pewna, kiedy jej powieki opadły, ale rozbudziła się zaskoczona, gdy chłodne palce dotknęły jej policzka i brody. Do Hermiony dotarło, że patrzy w ciemne oczy profesora, a słowa ułożyły się i wyszły z jej ust, zanim jej mózg zdążył się zorientować, co się dzieje. – Naprawdę ma pan piękne rzęsy.
Wąskie usta profesora zacisnęły się w cienką linię, kiedy wziął głęboki oddech.
– Panno Granger, z całą pewnością nie jest pani w stanie się kontrolować, więc, na ten moment, zignoruję pani nagłą fascynację moimi rzęsami. Ale moja cierpliwość nie sięga dalej. Proszę się skoncentrować i odpowiadać na moje pytania, zanim Gryffindor osiągnie deficyt punktów. Co pani zrobiła, żeby doprowadzić się do takiego stanu? I proszę nie kłamać. Znam dobrze oznaki magicznego wyczerpania.
W normalnych okolicznościach w tym momencie Hermiona zaczęłaby panikować, że S.Z.N.A.P.S. może zostać odkryte. Ale kompletne i doszczętne wyczerpanie – fizyczne, umysłowe i magiczne – przyszło jej z pomocą. Była po prostu zbyt zmęczona, żeby się przejmować. Więc powiedziała mu prawdę.
– To był urok – zaczęła, chociaż słowa brzmiały niewyraźnie. Zmarszczyła brwi, a jej usta w jednej chwili ułożyły się w grymas niezadowolenia. – Bardzo trudny urok. Próbowałam i próbowałam, i próbowałam, ale nie wychodziło. – Urwała, wzięła głęboki oddech i wypuściła go głośno. – A potem zadziałało – zakończyła z lekkim uśmiechem.
– Rzeczywiście, zadziałało – odpowiedział profesor Snape z ironią. – Właśnie widzę, jak dobrze zadziałało. Pani nadgorliwość w studiowaniu osiągnęła właśnie nowy poziom. Mam nadzieję, że egzamin profesora Flitwicka jest wart nieprzygotowania, które otrzyma dziś pani na moich zajęciach.
Już miała skorygować jego podejrzenia, że urok, który doprowadził ją takiego stanu, nie był ćwiczony w ramach zaklęć, ale jej opieszały umysł zdążył zatkać jej usta, żeby w porę ją uciszyć. Zamiast tego wypuściła bliżej nieokreślone westchnienie. Nie była nawet w stanie wykrzesać dość energii, żeby się złościć. Zamiast tego uśmiechnęła się do niego i pokiwała głową, po czym jej powieki znów opadły.
Jego palce przesunęły się lekko po jej twarzy, a potem poczuła nacisk pomiędzy oczami. Zatrzymał tam przez chwilę palce i usłyszała wymamrotane zaklęcie, chociaż nie zrozumiała, co ono oznaczało.
– Nawet bez Pottera i Weasleya potrafi się pani wpakować w kłopoty, panno Granger. – Usłyszała gdzieś nad sobą jego głos. – Pani i ja będziemy musieli poważnie porozmawiać.
Hermiona słyszała, jak zdusił pod nosem przekleństwo, ale dotyk chłodnych palców był przyjemny, więc nie ruszała się z miejsca, zbyt zmęczona, żeby protestować. Po chwili poczuła, że się odsunął. Dwie sekundy później Hermiona opadła na biurko i złożyła głowę na ramionach w charakterze poduszki. Była ledwo świadoma odgłosów, kiedy profesor Snape poruszał się gdzieś za nią, ale czuła się zbyt komfortowo, żeby ją to obchodziło, i zbyt zmęczona, żeby dotarło do niej, jak dziwna jest cała ta sytuacja.
– Proszę usiąść i otworzyć oczy, panno Granger.
Kiedy nie podniosła się dostatecznie szybko na jego polecenie, mocna dłoń złapała ją za ramię i uniosła do pozycji siedzącej. Hermiona walczyła przeciwko potężnej sile, która zdawała się ciążyć na jej powiekach. Zmęczona czy nie, była zbyt wyćwiczona, żeby przeciwstawiać się jego rozkazom. Kazał jej otworzyć oczy, więc to zrobi, chociaż kilka sekund zajęło jej skupienie spojrzenia na dwóch fiolkach z jadowicie zielonym eliksirem, które huśtały się przez jej nosem.
Kiedy profesor Snape upewnił się, że wysłucha go z uwagą, ciągnął:
– Zwalniam panią na resztę dnia, panno Granger. Na moich dzisiejszych zajęciach otrzymuje pani nieprzygotowanie, podobnie jak na wszystkich innych, które pani opuści. Jeśli nic innego, to może chociaż to nauczy panią skutków tak nierozsądnego postępowania z własną magią. Wróci pani do swojego dormitorium i wypije zawartość jednej fiolki. Ustawi pani budzik na posiłek w południe. Zejdzie pani do Wielkiej Sali i zje wszystko, co będzie miała pani na talerzu. Następnie stawi się pani na kontrolę przy stole nauczycielskim u pani Pomfrey i u mnie. Po naszych oględzinach wróci pani do dormitorium i wypije zawartość drugiej fiolki. Prześpi się pani do wieczornego posiłku, kiedy znów zje pani wszystko, co zostanie podane na talerzu, i stawi się pani na drugą kontrolę. Później wróci pani do dormitorium i pójdzie spać.
Spać? Nie może teraz spać. Musi się uczyć.
Profesor Snape musiał odczytać i rozpoznać budzący się na jej twarzy sprzeciw, bo chłodne palce powróciły na jej podbródek i uniosły jej twarz, aż spoglądała mu prosto w oczy.
– Takie są konsekwencje pani działań i proszę z nimi nie dyskutować. Eliksir to odżywka, ale pani ciało potrzebuje owocnego odpoczynku i pożywienia, żeby odbudować magiczne zasoby. Nie będzie się pani uczyła. Nie będzie pani czytała. Nie pójdzie pani do biblioteki. Nie będzie się pani włóczyła ze swoimi przyjaciółmi.
Ta sama obłąkana część jej umysłu, która wcześniej wyskoczyła z komentarzem o jego rzęsach, znów doszła do głosu.
– Nie przechodzisz przez Start i nie pobierasz dwustu funtów.1
– Słucham?
Ups.
– Przepraszam, sir. To ze świata mugoli.
Przyglądał jej się, jakby podejrzewał, że ona z niego drwi. Hermiona przełknęła ciężko. Nigdy, przenigdy więcej już tego nie zrobi. W końcu wwiercające się w nią spojrzenie przeniosło się na inny punkt.
– Skoro tak pani mówi, panno Granger. Proszę postępować ściśle z moimi poleceniami. A w czwartek wieczorem, zaraz po kolacji, stawi się pani u mnie na swoim szlabanie.
– Szlabanie? – Przegapiła część o szlabanie? Pamiętała, że odbierał punkty. Kiedy pojawił się szlaban?
– Szlabanie, panno Granger, za kompletny brak poszanowania dla pani własnego zdrowia i magii, nie wspominając o zawracaniu mi głowy swoją głupotą. – Profesor Snape odstąpił od niej na krok, robiąc jej miejsce, żeby mogła wstać. – Proszę za mną.
Jej usta wciąż musiały być rozłączone z mózgiem, bo w normalnym okolicznościach podobne słowa nigdy by się z nich nie wydostały:
– Dokąd, sir?
Profesor Snape czekał już na nią przy drzwiach. Hermiona zauważyła, że uciskał nasadę nosa, jak gdyby walczył z bólem głowy. Była całkiem pewna, że usłyszała wypowiedziane półgłosem „cierpliwości", co nie świadczyło zbyt dobrze o świecie, do którego się zwracał.
– Idziemy do pani dormitorium, panno Granger. Odpowiadam za pani bezpieczeństwo, a w obecnym stanie byłaby pani zdolna podpierać ściany. – Wypuścił kontrolowany oddech i rzucił: – A teraz wynocha stąd!
Zmęczona czy nie, Hermiona natychmiast stanęła na nogach i podążyła za wzburzonym profesorem, zanim zdążyła się zorientować. Znów jej usta przemówiły bez kontroli mózgu:
– To po prostu genialne. – Słowa padały jedno za drugim. Posłała mu szeroki uśmiech i zachichotała. – Pewno dnia też chcę ustawiać ludzi tylko swoim głosem. – Pokiwała głową z powagą. – To by sprawiło cuda z Ronem i 'Arrym.
Profesor Snape zignorował zarówno jej uśmiech, jak i porozumiewawczy ton; nie mógł jednak ignorować jej rozbawienia.
– Proszę skończyć te piekielne chichoty, panno Granger. W stanie upojenia czy nie, to pani nie przystoi.
Kawałek dalej, na korytarzu, wciąż starała się pohamować swoje śmiechy, do tego stopnia, że przycisnęła dłoń do ust. Nie stłumiło to całkowicie niektórych sapnięć, które i tak się wydostawały. Co gorsza, nie była w stanie ich kontrolować, nie ważne jak bardzo próbowała, szczególnie kiedy opuścili lochy i dotarli do bardziej uczęszczanych części szkoły. Twarze uczniów, którzy rozstępowali się przed zmarszczonym Snapem, za którym podążała chichocząca i prychająca Hermiona, to było zbyt wiele. Jej opanowanie opuściło ją kilka kroków później, w nowej fali śmiechów.
Na szczęście kiedy dotarli do wieży Gryffindoru, większość uczniów była już w drodze na swoje zajęcia. Profesor Snape doprowadził ją pod portret Grubej Damy, zacmokał na nią z potępieniem, aż wreszcie wycedził:
– Pani, panno Granger, byłaby najgorszym typem pijaka.
Hermiona czuła, że powinna się bronić, ale czuła się zbyt głupio, żeby ją to obchodziło. Zamiast tego uniosła brwi i spróbowała spojrzeć z wysoka na profesora. Zadanie było tym trudniejsze, że był od niej sporo wyższy.
– A jaki to typ, sir?
– Szczęśliwy – odparował, po czym odwrócił się na pięcie i odszedł korytarzem.
* * *
Pierwszą myślą Hermiony, kiedy otworzyła oczy następnego poranka, było wspomnienie najdziwniejszego snu, jaki miała. Druga myśl dotyczyła małego odważnego pajączka, który chyba wziął wezgłowie jej łóżka w posiadanie i pokrył je gęstą pajęczyną. Trzecia myśl tego poranka trafiła ją, gdy siadała na łóżku, i nagle poczuła, jakby serce miało jej wyskoczyć z piersi.
– Och, nie, powiedziałam profesorowi Snape'owi, że ma piękne rzęsy.
Hermiona wepchnęła nogi pod poduszkę i schowała twarz w prześcieradle. Przez jej głowę przelatywały przebłyski wspomnień. Jęknęła i ukryła głowy pomiędzy ramionami. Było źle. Tylko potrzeba zaczerpnięcia tchu zmusiła ją do podniesienia głowy. Ale nie skłoniło jej to do opuszczenia bezpiecznej fortecy łóżka. Może uda się przystąpić do egzaminu nie wychodząc poza te cztery kolumienki? Jak ona będzie w stanie spojrzeć w twarz swoim przyjaciołom? Co ważniejsze, jak zdoła spojrzeć w twarz profesorowi Snape'owi? Piękne rzęsy! Co ona sobie MYŚLAŁA? Nie ma mowy, Gryfonka czy nie, żeby opuściła łóżko.
Dziesięć minut później zew natury zwyciężył nad gryfońską dumą. Z poczuciem jakby miała stanąć przed plutonem egzekucyjnym, Hermiona zwlekła się z łóżka, by stanąć twarzą w twarz z na wpół ubraną Parvati po drugiej stronie kotary.
Spoglądały na siebie, Hermiona z zakłopotaniem, Parvati z ciekawością. Wreszcie Hermiona odnalazła język.
– Ja... – Zamilkła i odchrząknęła, po czym zaczęła od początku. – Chciałam podziękować tobie i Lavender, że wczoraj mnie obudziłyście.
Na twarzy Parvati pojawiły się dołeczki, kiedy odpowiedziała z uśmiechem:
– Proszę bardzo. – Urwała, a po chwili jej uśmiech zrobił się bardziej podstępny. – Nie chciałabyś może, żebyśmy z Lav jeszcze kiedyś cię umalowały, prawda?
Oczy Hermiony rozszerzyły się, kiedy cofnęła się o krok i natrafiła na swoje łóżko.
– Nie, dzięki – zdołała wydusić. Wciąż miała w pamięci wszystkie przyglądające się jej oczy.
– Jesteś pewna? – ciągnęła Parvati. – Wczoraj przyciągnęłaś sporą uwagę. Myślę, że Dean mógł się nawet ślinić.
Hermiona nie mogła stłumić grymasu zniesmaczenia na twarzy.
– Żadnego ślinienia, dzięki.
Parvati westchnęła teatralnie.
– No cóż, próbowałam. Lavender będzie taka zawiedziona. Miałyśmy masę pomysłów, które chciałyśmy wypróbować. – Parvati odwróciła się, żeby dokończyć ubieranie, po czym dodała: – Ale daj nam znać, gdybyś zmieniła zdanie.
Po tym komentarzu Hermiona pospieszyła do łazienki w dormitorium. Miała wrażenie, że przez cały dzień będzie jej towarzyszyło poczucie tonięcia i jedna żenująca sytuacja za drugą.
Zanim Hermiona opuściła swój pokój jakieś czterdzieści pięć minut później, upewniła się, że wygląda zupełnie jak zwykła Hermiona. Miała na sobie swoje najluźniejsze ubranie, nic nie podtrzymywało burzy loków na jej głowie, a twarz szorowała tak długo, aż jedyne kolory pochodziły od świeżo umytej skóry. Miała nadzieję, choć nie bardzo w to wierzyła, że jej przygotowania wystarczą, by powstrzymać wszystkie plotki, które rozbiegły się po szkole.
Jej podejrzenia co do możliwej katastrofy zrodziły się z chwilą, gdy zeszła do Pokoju Wspólnego. Wszystkie twarze zwróciły się w jej kierunku, a zwykłe hałasy nagle umilkły. Hermiona uniosła lekko podbródek i przeszła przez pokój do miejsca, gdzie siedzieli Ron, Ginny i Harry, z całą godnością, na jaką było ją stać. Wszystkie lęki dotyczące nadchodzącego dnia potwierdziły się z pierwszymi słowami Ginny:
– Naprawdę chichotałaś przy profesorze Snape'ie?
Głęboki rumieniec Hermiony najlepiej odpowiedział na to pytanie. Była wdzięczna, że nikt nie był obecny przy jej uwagach o rzęsach. Tego mogłaby nie przeżyć. Ale czuła, że jest w stanie wznieść się ponad komentarze o chichotach.
A przynajmniej tak jej się zdawało do momentu, kiedy wyszli na korytarz i uczniowie z innych domów oraz większość portretów gapiła się na nią. Nigdy nie była bardziej wdzięczna za Harry'ego i Rona, którzy flankowali obydwie jej strony. Z Ginny na przedzie jakoś udało im się zająć swoje zwykłe miejsca w Wielkiej Sali. Nauczyciele spoglądali na nich zza swojego stołu, kilkoro uczniów bez żenady patrzyło na nich otwarcie, ale Hermiona była świadoma, że przeciągłych, ukradkowych spojrzeń kierowanych w jej stronę jest o wiele więcej.
Postanowiła trzymać głowę wysoko i zaczęła zapełniać swój talerz. Była wygłodniała i przeczuwała, że taki stan utrzyma się przez kilka następnych dni, aż jej organizm odbuduje swoje zasoby magii.
– Co się tak naprawdę wczoraj stało, Hermiono? – zapytał Harry i nałożył sobie trochę bekonu.
– Nie zadowoli was, jeśli powiem, że nic się nie stało? – Słaby strzał, ale Hermiona uznała, że nie zaszkodzi spróbować zaprzeczyć wszystkiemu. Według niej zaprzeczenie byłoby najlepszym wyjściem.
Ron pokręcił głową.
– Nawet nie próbuj. Nazwałaś mnie „wścibskim pomiotem Molly z pretensjami do twojej osoby".
Hermiona zaczerwieniła się i poczuła, że ten kolor będzie jej towarzyszył przez resztę dnia.
– Naprawdę? – zapytała ze zbolałą miną.
– Naprawdę – potwierdziła Ginny i pochyliła się w jej stronę. – Potem wstałaś i skierowałaś się – a raczej powlokłaś – w kierunku lochów.
Hermiona westchnęła.
– Przepraszam, Ron. Nie przypominam sobie tego. W zasadzie pamiętam tylko niewyraźne urywki i fragmenty. Wszystko jest lekko zamglone, jakby to był sen.
– Ale co takiego zrobiłaś? Wyglądałaś na zmordowaną, kiedy zjawiałaś się tu na lunch i kolację, a pani Pomfrey tylko cię popędzała i upewniała się, czy wszystko zjadłaś. Nawet nie wolno nam było z tobą porozmawiać.
Hermiona zdała sobie sprawę, że będzie musiała ujawnić im część prawdy i zdecydowała się na wersję, którą przedstawiła już profesorowi Snape'owi.
– Pracowałam nad zaklęciem. Było dość zaawansowane i zdaje mi się, że coś poszło nie tak, bo zadziałało inaczej, niż było napisane w książce. Prawie zupełnie mnie wyczerpało.
– Skutki bycia genialną – wtrącił Ron. – Nie wiesz, jakie to niebezpieczne?
Hermiona wzruszyła lekko ramionami.
– Nie takie niebezpieczne. To po prostu mnie wyczerpało. Odpoczęłam ten jeden dzień i moja magia już wraca.
Ron wydawał się poruszony, kiedy skrzyżował ręce na piersi.
– Hermiono, to było niebezpieczne. Nie bez powodu niepełnoletnim czarodziejom nie wolno uprawiać magii poza Hogwartem.
Hermiona nie widziała związku i odpowiedziała:
– Co trzymanie dzieci z dala od pakowania się w kłopoty ma z tym wspólnego?
Tym razem odezwała się Ginny:
– Cóż, po części faktycznie chodzi o to, aby trzymać ludzi pokroju Freda i George'a pod kontrolą, ale, Hermiono, magia dorastającej czarownicy czy czarodzieja jest mało odporna, kiedy oni wciąż się rozwijają. Jeśli magia danej osoby zostanie zduszona czy wyczerpana, zanim ta osoba dojrzeje, można ją stracić na zawsze. Dlatego zaczynamy od drobnych zaklęć i powoli uczymy się potężniejszych, zamiast od razu rzucać się na poważne czary. W ten sposób nie nadużywasz swoich zasobów mocy, a nauczyciele kontrolują twoje postępy.
– Każdy to wie – dorzucił Ron.
Hermiona pobladła.
– Nie, Ron, nie każdy – powiedziała słabo.
* * *
Dzień był właśnie taką katastrofą, jak podejrzewała. Plotki rozprzestrzeniły się szybko po całym zamku. Nic nie mogło stanowić dla nich lepszej pożywki niż poranne wystąpienie Hermiony wystrojonej niczym hogwardzka lalka Barbie, czy jej przemarsz za wyraźnie zirytowanym profesorem Snapem, kiedy śmiała się i chichotała jak pomylona.
Uczniowie, a szczególnie Gryfoni, nie podążają ze śmiechem po zamku za najbardziej przerażającym nauczycielem. Pociąganie nosem, obgryzanie paznokci czy płacz jest do przyjęcia i zdarza się często. Chichoty nie. Nawet jeśli jesteś Ślizgonem.
Pokaz, jaki dała podczas pozostałych posiłków, tylko ugruntował jej pozycję jako nowe centrum zainteresowania w Hogwarcie. Hermiona nie lubiła być na językach i to dlatego ukrywała się teraz na swoim łóżku za zaciągniętą kotarą. Nie było aż tak źle, miała w końcu cały dzień zajęć i nauki do nadrobienia. Chociaż to wcale nie wyjaśniało, dlaczego w tej chwili nie pochylała się nad podręcznikiem albo nie powtarzała do egzaminów.
Hermiona wpatrywała się niewidzącym wzrokiem w tekst dotyczący starożytnych runów i rozważała w myślach ostatnie zetknięcie z profesorem Snapem. Naprawdę nie miała pojęcia, jakie ryzyko ściągnęła na siebie. Ale nawet przy takim niebezpieczeństwie czuła, że było warto. Czy wciąż próbowałaby rzucić czar, gdyby wiedziała wcześniej? Była ze sobą na tyle szczera, by odpowiedzieć twierdząco na to pytanie. Przemyślane tak. Mogła się aż tak przy tym nie poświęcać. Ale stara magia przejęła kontrolę i chociaż brzmiało to trochę naiwnie, nie wydawało jej się, żeby stara magia miała jej zrobić krzywdę. Jej intencje były prawe, a zaklęcie, które wykonała, nie pozostawiało miejsca na strach.
Sięgnęła dłonią pod poduszkę, by pogładzić miękki materiał prześcieradła. Nic złego się nie stało i było już po wszystkim. Teraz zostało tylko poprosić Rożka, by zaścielił prześcieradło na łóżku profesora.
A to skierowało jej myśli na zagadkę, jaką stanowił profesor. Jak wiele ludzi, zrobiła z siebie niezłe widowisko będąc w stanie podobnym do upojenia pitnym miodem. Ale w przeciwieństwie do większości, ona pamiętała całe zdarzenie, kiedy już odzyskała świadomość.
To naprawdę było niezłe widowisko. Profesor Snape nie był aż tak nieprzyjemny, za jakiego chciał uchodzić. Chociaż ani przez minutę nie myślałaby, żeby pod szorstką fasadą miał być przyjacielski i ciepły. Nie była aż tak głupia. Jednak wczoraj zauważyła, że chociaż jego słowa były ostre jak kolce norweskiego smoka kolczastego, to jego zachowanie do nich nie przystawało. W jej przypadku, gdyby w tamtej chwili była w pełni sił, pewnie byłaby zbyt zagniewana jego złośliwościami, żeby zauważyć, że prawdopodobnie uratował jej magię. Zadbał o nią. Był dla niej zdumiewająco uprzejmy. Oczywiście, nazwał ją też bezrozumnym dzieckiem, odebrał punkty i wyznaczył na jutrzejszy wieczór szlaban.
Hermiona ostatni raz potarła palcami ukrytą pod poduszką tkaninę i uświadomiła sobie fundamentalną prawdę swojego świata – nigdy nie zrozumie osoby Severusa Snape'a.
Porzuciła podobne rozważania i powróciła do starożytnych runów. Dotarła właśnie do symbolu głowy konia na palu2, kiedy tuż przed nią aportował się Rożek.
W mgnieniu oka Rożek pochylił się w stronę Hermiony i wątłymi rękoma złapał ją za ramiona.
– Rożek bardzo się cieszy, że Herma dobrze się czuje.
Hermiona trzymała skrzata domowego w objęciach i nie bardzo wiedziała, co robić.
– Dziękuję, Rożku. Czuję się teraz dużo lepiej.
– Rożek jest bardzo zadowolony.
Hermiona przypomniała sobie o pewnym fakcie, który ją zastanowił, i delikatnie odsunęła skrzata.
– Rożku, czy to ty położyłeś mnie do łóżka i schowałeś prześcieradło?
Rożek pochylił głowę, niepewny, czy ucieszyła ją jego pomoc.
Hermionie coraz lepiej szło odczytywanie uczuć swojego małego towarzysza, więc uśmiechnęła się do niego ciepło.
– Bardzo dobrze się mną zająłeś. Dziękuję ci. Doceniam to.
Właśnie to należało powiedzieć, żeby Rożek ponownie otoczył ją ramionami. Uścisk trwał tylko chwilę, zanim skrzat przyklęknął na swoich kościstych kolanach.
– Teraz jest czas. Mistrza nie ma. Niech Herma idzie.
– Co? – zapytała Hermiona, zagubiona nieco tą nagłą zmianą tematu. – Iść gdzie?
Rożek sięgnął za nią, by wyciągnąć prześcieradło spod poduszki, po czym złapał ją za rękę.
– Herma musi iść do mistrza.
Hermiona zdążyła tylko poczuć zgrubienia na dłoni Rożka i już jej nie było.
* * *
Pojawiła się sekundę później, ale już nie w swoim pokoju. Chłód dookoła sugerował, że nie znajduje się też w samej nagrzanej słońcem wieży Gryffindoru. Hermiona okręciła wokół własnej osi, by przyjrzeć się otoczeniu. Pokój nasuwał wrażenia o tajemniczej męskiej osobowości. Urządzono go z klasyczną elegancją, której nie brakowało nuty dekadencji, co odznaczało się w bogactwie materiałów, skórzanych wykończeniach i głębokich tonach kolorów.
Hermiona spostrzegła tryumfującą minę Rożka i poczuła strach, kiedy dotarło do niej, gdzie się właśnie znalazła.
– Herma jest zadowolona?
Z całych sił próbowała powstrzymać hiperwentylację i inne odruchy. Nie było czasu na panikę. Jeśli teraz się zdenerwuje i zacznie krzyczeć, Rożek pomyśli, że zrobił coś złego. A skrzat domowy, który uznał, że zrobił coś złego, natychmiast próbuje się ukarać. W tej chwili nie mogła dopuścić, żeby Rożek zaczął walić głową w najbliższą ścianę.
– R-Rożku? – Stwierdziła, że poza lekkim drżeniem, jej głos brzmi całkiem spokojnie.
Oczy przypominające latarenki mrugnęły wspaniale i napotkały jej własne.
– Tak, Hermo?
– Rożku, czy my jesteśmy w sypialni profesora Snape'a? – Hermiona starała nie skrzywić się, kiedy jej głos załamał się przy słowie „my".
Rożek pokiwał głową z entuzjazmem, a jego usta rozciągnęły się w szerokim uśmiechu.
– Och, tak. Herma ma prezent dla mistrza. Herma sama musi zostawić tu swój prezent. – Rożek wspiął się na palce i wcisnął jej w ramiona prześcieradło. – Mistrza eliksirów nie ma. Herma powinna teraz zostawić prezent.
Hermiona nigdy nie czuła skłonności do przeklinania. Uważała to za ordynarny nawyk. Ale są takie miejsca i sytuacje, kiedy przydaje się mocniejsze słowo; i to była właśnie taka chwila. Niestety, jedyną rzeczą, jaka przyszła jej do głowy, było:
– Do diabła! – Dla pewności powtórzyła to jeszcze raz.
Co tam wydalenie, profesor Snape ją po prostu zabije i nikt nigdy nie znajdzie jej ciała. Nigdy. To było coś więcej niż komentarze o pięknych rzęsach i niepohamowane chichoty.
Zaraz po opanowaniu wzmożonej chęci ucieczki z pokoju tak szybko i daleko jak tylko się da, przyszła myśl, że jeśli ma zostać zabita, może równie dobrze ukończyć swoje zadanie, zanim profesor Snape zacznie... cóż, znęcać się nad nią, jak przypuszczała.
W końcu była Gryfonką. Czas zebrać odwagę. Nawet po tym postanowieniu zrobienie pierwszego kroku w stronę łóżka profesora wymagało od Hermiony całej odwagi, na jaką było ją stać. Oczekiwała, że w każdej chwili profesor Snape otworzy drzwi i ją nakryje.
– Gryfonka, jesteś Gryfonką – powtarzała sobie, chociaż bardzo często padało też: – Jesteś cholerną, głupią Gryfonką.
Głupia czy nie, miała zadanie do wykonania. Wygładziła starannie złożony materiał i zaczęła ostrożnie go rozkładać. Uszyła prześcieradło i poszewkę, ale magiczny wzór znajdował się tylko na prześcieradle, na którym profesor miał spać.
– Rożku? – odezwała się.
– Słucham, Hermo.
Rożek, jak zauważyła, niemal podskakiwał z podekscytowania. Wskazała mu przeciwną stronę łóżka z masywnym, czarnym wezgłowiem.
– Czy mógłbyś ściągnąć pościel tak, jak to zwykle robisz, żebym mogła zaścielić nowe prześcieradło?
Rożek podążył na drugą stronę ogromnego łóżka, a Hermiona przyjrzała się dokładniej otoczeniu. Wiedziała z całą pewnością, że taka możliwość nie zdarzyła się wielu uczniom, jeśli w ogóle jakiemukolwiek. Sypialnia profesora Snape w ogóle nie przypominała tego, co mogła sobie wyobrażać. Bliższe oględziny potwierdziły jej pierwsze wrażenie, że pokój znajduje się pod ziemią i został urządzony z wytworną elegancją. Przemawiał do wszystkich jej zmysłów. Ciemne drewno i głębokie kolory cieszyły oko. Materiały, jak miękki jedwab na kołdrze, zachęcały, by zagłębiać w nie palce i celebrować ten dotyk. Wciągnęła głęboko powietrze i wyczuła zapach wosku pszczelego z domieszką dymu, który sprawiał, że chciała zamknąć oczy i po prostu oddychać. Nie było słychać żadnych dźwięków, poza cichymi odgłosami wydawanym przez Rożka, który ścielił łóżko, ale z łatwością mogła wyobrazić sobie łagodne tony jakiejś klasycznej melodii w tle.
Pokój był spełnieniem marzeń sensualisty. Stanowił też zupełne przeciwieństwo człowieka, którego znała jako mistrza eliksirów, zimnego, wyrachowanego i pozbawionego uczuć drania. Ten rozdźwięk ją onieśmielał i nasuwał myśli, które odłożyła na później. Wnętrze dawało wiele cennych wskazówek o prawdziwej postaci Severusa Snape'a i Hermiona postanowiła poświęcić temu należny czas.
Na ten moment powróciła do czekającego ją zadania i natychmiast zachichotała lekko na widok, a raczej brak Rożka. Łóżko było tak wysokie, że z jego przeciwnej strony mogła zobaczyć nad materacem tylko końcówki ostrych uszu, przypominających uszy nietoperza. Ten przebłysk humoru pomógł jej i zmobilizował do działania.
Strzepnęła nad łóżkiem prześcieradło ze wzorem i przyglądała się, jak powoli opada.
– Podejdź tu, Rożku – powiedziała. – Pokażę ci, jak później będziesz ścielił łóżko. – Przeciągnęła palcem po krawędzi haftu i dodała: – Profesor Snape nie może tego zobaczyć, więc musisz pilnować, żeby ścielić łóżko tak, żeby ten róg był zawsze zatknięty pod materac. – Hermiona zademonstrowała to swojemu pomocnikowi i upewniła się, czy nie widać żadnego ściegu. – Potrafisz to zrobić?
Rożek pokiwał lekko głową.
– Rożek bardzo dobrze zadba o mistrza i o prezent Hermy.
Hermiona uśmiechnęła się do skrzata i klepnęła go po kościstym ramieniu.
– Świetnie.
Zostawiła Rożkowi ścielenie łóżka i powróciła spojrzeniem do samego pokoju, przyglądając się książkom i gobelinom, które łagodziły chłód kamiennych ścian. Obróciła się trochę i zauważyła książkę w skórzanej oprawie, która spoczywała na zabarwionym na zielono, marmurowym blacie szafki nocnej. Przeciągnęła palcem po piórze kruka, które służyło za zakładkę.
Hermiona spostrzegła zostawioną na książce staromodną parę okularów i zamarła. Było coś delikatnego i intymnego w widoku tych szkieł, co spowodowało bolesny ucisk w jej klatce piersiowej i zimny dreszcz, który przebiegł w dół jej kręgosłupa. Nie należę tutaj.
Poczuła, że znów ogarnia ją wcześniejsza panika, i zwróciła się do Rożka.
– Rożku, musimy iść. Teraz.
– Rożek jest gotowy. – Rożek ujął jej rękę i natychmiast zniknęli.
* * *
Severus machnięciem dłoni zdjął osłony, jakie otaczały jego pokoje, i mruknął hasło. Dzisiejsze spotkanie z Czarnym Panem okazało się wyczerpujące zarówno dla jego ciała, jak i umysłu. Nie zaprzątał sobie głowy ponownym nakładaniem osłon. Wiedział, że Albus nie da długo na siebie czekać, bo zamek informował go od razu, gdy Severus pojawiał się z powrotem na błoniach. Zanim dyrektor zdąży zejść do lochów, Severus miał kilka minut ciszy i spokoju.
Wyciągnął z kieszeni zmniejszoną szatę i maskę Śmierciożercy i przywrócił im właściwy rozmiar. Powolnymi ruchami oczyścił je, aż czerń peleryny zdawała się pochłaniać rozproszone po pokoju światło, a srebrna maska rzucała złowrogie błyski.
Z każdym dotknięciem palców, każdym ruchem polerowania i wygładzania tkaniny, Severus pozwalał, aby złość, jaka narastała w nim w czasie spotkań z jego Mistrzem, ulatniała się.
Kiedy po raz pierwszy dołączył do grupy dyskusyjnej prowadzonej przez człowieka, który nazywał się Lordem Voldemortem, był młodym mężczyzną, którego przepełniał żal, gniew i nienawiść. Rozmowy prowadzone przez wtedy przystojnego i charyzmatycznego Voldemorta pochłonęły go bez reszty. Voldemort jasno wypowiadał się na temat potęgi i słabości, które charakteryzowały czarodziejski świat. Szczerze i otwarcie dyskutowano o rolach mugoli i mugolaków. To były porywające chwile. Po raz pierwszy w życiu Severus znalazł się w gronie potężnych jednostek, które przysłuchiwały się jego słowom, polemizowały z jego zdaniem i w zamian pozwalały, by kwestionował ich własne.
Nie miało znaczenia, że pochodził z biednej rodziny, ani że jego maniery były mniej wytworne niż jego towarzyszy. Severus wsłuchiwał się w każde wypowiedziane przez Voldemorta słowo i z całego serca wierzył w głoszone przez niego idee. Liczyło się tylko to, że był przekonany o słuszności jego poglądów, że widział świetlaną przyszłość, ku której wiódł ich Lord Voldemort; niczym czarodziejski odpowiednik Camelotu, gdzie Voldemort był ich Arturem. Przyszłość wypełniały obietnice wszystkiego, czego Severus pragnął – pozycja, moc, uznanie, sprawiedliwość – wszystko, czemu ślubował wierność.
Noc, kiedy Lucjusz Malfoy osobiście przedstawił Severusa Lordowi Voldemortowi była jedną z najszczęśliwszych i najbardziej porywających nocy w jego młodym życiu.
Tej nocy Voldemort dostrzegł w nim coś; dostrzegł gniew i ból, które czaiły się tuż pod powierzchnią. A kiedy Lord Voldemort, ze swoją przystojną twarzą, obyciem, odziany w drogie szaty, położył ciepłą dłoń na ramieniu Severusa w przyjacielskim geście i nazwał go „synem", Severus był gotów zrobić dla niego wszystko, o co by go poprosił.
Na początku prosił tylko o jego wierność i wiarę. Później odwołał się do jego umysłu i umiejętności. A on służył mu nimi z poczuciem pychy. Nadeszła noc, gdy wykorzystał jego gniew i ból. Po wszystkim, gdy już zwrócił kolację i zwinął się na podłodze w łazience, wmawiał sobie jeszcze, że tej nocy czuł więź ze swoimi towarzyszami. W końcu nie zrobili mugolom trwałej krzywdy.
Severus chciałby móc powiedzieć, że noc, kiedy Lord Voldemort poprosił o jego duszę, była nocą, gdy odwrócił się od niego. Ale oddał i to, chociaż każdego wieczora wracał do swojego domu i zwracał obiad. Przestraszył go wieczór, kiedy to się nie zdarzyło. Tej nocy wrócił po wykonanym zadaniu, spokojnie usiadł w ulubionym fotelu przed kominkiem, nalał sobie kieliszek dobrego merlota i zjadł połowę pieczonego kurczaka, zanim na dobre otworzył oczy. Tej nocy Severus uświadomił sobie, że jego dusza już nie jest tylko skażona, ale że odeszła. Jego dusza odeszła, podobnie jak jego marzenia i ideały. Jedyne, co mu pozostało, to gniew i nienawiść. To tej nocy zrezygnował.
Ta decyzja sprawiła, że wreszcie uniósł głowę i porządnie rozejrzał się dookoła. Camelot legł w gruzach; smak popiołu ciężko osiadał w gardle, Artur zmienił się w smoka, który miał pochłonąć ich wszystkich, a Severus pomógł osadzić go na tronie.
Ale każda historia o Camelocie ma swojego Merlina. Severus znał Albusa Dumbledore'a. Wyznał swoje grzechy staremu czarodziejowi, a w zamian Albus dał mu szansę. Gdy Severus pogrążał się głębiej w myślach, bawiło go, że Lord Voldemort nazwał go kiedyś synem, skoro teraz grał rolę Mordreda.
Albus dał mu wszystko to, co Voldemort obiecywał. Nauczył go też, jak uwolnić się od gniewu, który go przepełniał. Była to trudna lekcja, z którą wciąż się zmagał; trudniejsza przy każdym zebraniu, ponieważ Czarny Pan znał smak bólu i nienawiści, które trawiły Severusa. Zawsze przed wezwaniem Severus przywoływał dawne uczucia i otaczał się nimi jak tarczą, która chroniła jego prawdziwe przekonania. Za każdym razem gdy się tak uzbrajał, coraz trudniej było potem uwolnić się od wszystkich tych uczuć.
Wypracował metody, które pomagały mu powrócić do właściwego stanu. Czyścił pelerynę i maskę śmierciożercy i układał je w ukrytej między kamiennymi ścianami szafce. Dokładał do ognia i siadał w swoim ulubionym fotelu. Odchylał głowę, aż spoczywała na miękkiej skórze, i spoglądał na skryte w cieniach sklepienie.
I czekał, licząc każdy swój wdech i wydech.
– Severusie?
Severus zamrugał, by ocknąć się i ujrzeć stojącego przed nim Albusa z nieskrywaną troską w oczach. Odpowiedział na niezadane pytanie.
– Nic mi nie jest.
Przenikliwe spojrzenie błękitnych oczu przesunęło się po nim w ciszy.
– Severusie, ja...
– Nie chcesz mnie tam wysyłać. – Severus dokończył za niego słowami, które padały tak często, aż straciły znaczenie. – Nie przepadasz za tym. Sprawia ci to ból. Potrzebujesz mnie. Nie wysyłałbyś mnie tam, gdyby było inne wyjście.
Zdania, które miały przynosić pocieszenie. Ton, jakim wypowiedział je Severus, w żaden sposób na to nie wskazywał. Łatwo można było wychwycić buzującą w nim wściekłość.
Albus drgnął, ale nie zaprzeczył. Lepiej niż ktokolwiek inny znał koszty, jakie ponosił Severus.
– Ciebie proszę o więcej niż kogokolwiek innego – odparł miękko. – Nie szkodzi, jeśli przy okazji mi to wytkniesz.
Severus prychnął, ale nie odezwał się i tylko znów odchylił głowę. To też leżało w zwyczaju. Podczas gdy on starał się odzyskać równowagę, Albus kręcił się po pokoju, delikatnie sunął palcem po skórzanych okładkach książek i eleganckich ciosach karafki z whisky, badając jej ostre krawędzie.
Wraz z ruchami Albusa pokój wypełniał się miękkim szelestem jego szat. Ten dźwięk działał na Severusa uspokajająco i kojarzył mu się z poczuciem bezpieczeństwa i domem. Powoli wyciszał się i czuł, jak opuszcza go gniew, aż znów mógł swobodnie oddychać. Reszta napięcia opadała z niego, gdy Albus wzywał imbryk swojej prababki i zaczynał rytualnie parzyć herbatę.
Żaden z nich się nie odzywał; Albus dlatego, że długie obcowanie z Severusem nauczyło go, że ten nie będzie w stanie prowadzić przyzwoitej rozmowy, a sam Severus wciąż się wyciszał.
Głęboki zapach herbaty wypełnił pokój, a Severus poczuł się spokojniej. Reszty napięcia pozbędzie się dzisiejszej nocy podczas obchodu. Zawsze gdy próbował pozbyć się swojego gniewu i tarczy fałszywych obrazów, miał wrażenie, że jest wystawiony. W chwilach, gdy odbudowywał swoje osłony, mógł znieść tylko obecność dyrektora, chociaż i on sprawiał, że czuł się odsłonięty.
Drgnął, gdy przed jego nosem pojawiła się porcelanowa filiżanka, co było wyznacznikiem tego, jak daleko zagłębił się we własne myśli.
– Herbata, wbrew popularnym wierzeniom, nie jest lekarstwem na wszystkie bolączki tego świata, Albusie. – Severus wciągnął nosem zapach, który unosił w kłębach pary nad filiżanką. – I choć potrafię to docenić, to nie wydaje mi się, żeby mieszanka rumianku, waleriany i mięty, które są znane ze swoich uspokajających właściwości, miała zapewnić mi sen tej nocy.
Albus zasiadł w fotelu naprzeciwko, czemu towarzyszyło trzeszczenie starych kości. Severus zanotował sobie, by przygotować kolejną partię eliksiru przeciw artretyzmowi. Może jeśli nada mu słodki posmak, Albus będzie go przyjmował regularnie. Jego rozważania, czy dodawać anyż, by uzyskać lukrecjowy smak, zostały ucięte, gdy Albus zapytał go o dzisiejszą noc.
Upił łyk herbaty jak cywilizowany człowiek, a nie bezduszna bestia, za którą się uważał, i złożył raport swojemu Merlinowi.
– Wzmógł wysiłki przy werbowaniu nowych członków. – W głosie Severusa zabrzmiała słaba drwina. – Było trochę jak kiedyś, nowe pomysły i otwarta dyskusja w życzliwej atmosferze, towarzystwie alkoholu i poczuciu koleżeństwa. Dzisiaj wyjątkowo się postarał przy zaklęciu Glamour, z pewnością by wydać się bardziej ludzkim, przynajmniej dla większości. Wyglądał prawie jak dwadzieścia lat temu.
Albus wystukał palcem krótki rytm na poręczy fotela, po czym zapytał:
– Było dużo obecnych?
Severus przebiegł dłonią po włosach i przycisnął ją do czaszki.
– Było ich więcej, niż się spodziewałem, i to nie tylko z typowych ślizgońskich rodzin. Gryfoni, dużo Krukonów i sporo Puchonów. – Severus wyciągnął z kieszeni wąski kawałek pergaminu i wręczył go swojemu zwierzchnikowi. – Spisałem nazwiska tych, których rozpoznałem, z uwagami, w jakim stopniu zgadzali się z tonem dyskusji.
Albus pokiwał głową ze strapieniem.
– Tak, nie dziwi mnie to. Puchońskie rodziny, które deklarowały Tomowi wierność, podczas gdy po raz pierwszy dochodził do władzy, mogą być zmuszone odnawiać swoje przysięgi także teraz.
Ta uwaga wywołała pełne zgodności chrząknięcie.
– Chroń nas przed wiernością lemingów.
– Severusie – zmitygował go Albus.
Severus zignorował to skarcenie i kontynuował, jak gdyby nic nie usłyszał.
– Z tego, co zauważyłem, większość zgadzała się z wykładaną ideą. Powstrzymał się od opisów brutalnego podboju i skupił się na sprawach, których obawia się zdecydowana większość czarodziejów – mugole, wpływ mugolaków na nasze społeczeństwo, nasze odizolowanie i ogólna dyskusja na temat obostrzeń, jakie nakłada na nas Ministerstwo.
– Żyjemy w niespokojnych i niełatwych czasach – westchnął Albus. – Ludzie się boją.
– Ludzie to głupcy. – Severus nie próbował kryć pogardy w swoim głosie. Nie było tajemnicą, że sam zalicza się do tych głupców.
Jak zawsze, Albus uśmiechnął się do niego ciepło.
– To ludzie. W ciężkich czasach szukają przywódcy. Tom zawsze miał charyzmę. Obiecuje im rozwiązania i bezpieczeństwo.
– Cena jego ochrony jest zbyt wysoka.
– Mało kto zobaczy cenę i skutki jego działań. To, że ty, Severusie, widzisz je i masz oczy szeroko otwarte, jest przyczyną, dla której polegam na twoich radach i wnikliwości.
Severus parsknął.
– Nie pochlebiaj mi, starcze.
Znów zapadła między nimi cisza, gdy sączyli swoją herbatę i rozmyślali nad nieuchronnością wojny, w którą byli zaangażowani. Albus ponownie przerwał milczenie.
– Jest jeszcze jedna sprawa. Severusie, chciałbym, żebyś uważał, szczególnie na nowe osoby, z którymi się stykasz.
Jedna kruczoczarna brew uniosła się w niemym pytaniu.
– Nie wiem nic konkretnego – powiedział Albus kręcąc głową. – Inny członek Zakonu przeprowadza dla mnie numerologiczne obliczenia. Znają cię tylko jako mojego szpiega, twoja tożsamość jest chroniona, ale zbliża się do ciebie niebezpieczeństwo, którego nie potrafimy sprecyzować.
Severus pochylił się w fotelu i oparł łokcie na kolanach, trzymając delikatną filiżankę w dłoniach. Cała jego uwaga była teraz skupiona na człowieku siedzącym naprzeciwko.
– Nie mogę odstąpić teraz od Czarnego Pana, Albusie, zbyt wiele się dzieje. Wzmógł wysiłki przy werbowaniu nowych członków i jestem pewien, że jego następnym posunięciem będzie uderzenie w punkty, które uważa za najbardziej niebezpieczne. – Wyblakłe błękitne oczy spowiła mgła, ale zaraz powróciły do swojego zwykłego odcienia. – Wiesz równie dobrze jak ja, że śmierciożercy są w jego najbliższym otoczeniu. Do nas zwróci się, kiedy przyjdzie do bezpośrednich działań. – Severus odchylił się i odłożył filiżankę. – Muszę zostać tam, gdzie jestem.
W odpowiedzi Albus odstawił swoja pustą filiżankę.
– Twoje życie...
– Ja nim ryzykuję – Severus dokończył za niego. – Jak zauważyłeś, podejmuję ryzyko i jestem w pełni świadomy konsekwencji swoich działań.
Albus milczał przez chwilę, a na jego twarzy malował się wyraz zamyślenia i smutku.
– Zgoda, Severusie, ale proszę, byś był ostrożny. Zwracaj uwagę na osoby, które stykają się z tobą w nieoczekiwanych okolicznościach.
Severus pochylił głowę, by dać do zrozumienia, że usłyszał i uświadomił sobie istniejące zagrożenie, po czym uśmiechnął się krótko.
– Jest już późno, Albusie, i obaj jesteśmy zmęczeni. Idź do łóżka. Zobaczymy się na śniadaniu.
Albus pokręcił głową i podniósł się z fotela.
– Dobrze, chociaż mam nadzieję, że i tobie będzie dane zaznać trochę odpoczynku tej nocy. – Klepnął Severusa lekko po ramieniu i skierował się do wyjścia. Cicho otworzył drzwi i odwrócił się. – Swoją drogą, muszę pochwalić cię za to, jak zająłeś się panną Granger. – Severus uśmiechnął się sucho. – Chociaż zdaje mi się, że dodatkowy szlaban to trochę za wiele, to bardzo dobrze poradziłeś sobie z dziewczyną. Ma szczęście, że zorientowałeś się, w jakim była stanie. Gdybyś nie zareagował, zrobiłaby sobie wielką krzywdę.
Severus jęknął cicho i ścisnął przegrodę nosa. Zapomniał o pannie Granger. Jej szlaban był jutro – zerknął na zegar na kominku i poprawił się – był dziś wieczorem.
– Chodziło o urok, Albusie. Doprowadziła się do takiego wyczerpania, ćwicząc cholerny urok.
Albus zachichotał.
– W takim razie jestem pewien, że ona też będzie wiedziała już, jakie konsekwencje niosą podobne działania.
– Nie wydaje mi się. Podejrzewam, że nie ma pojęcia, w jakie niebezpieczeństwo się wpakowała przez swoją głupotę.
– Zatem, Severusie, daję ci wolną rękę, abyś jej to uświadomił. – Albus urwał, po czym powiedział: – Jeszcze jedna rzecz mnie zastanawia. – Urwał, czekając na odpowiedź Severusa.
– Jakbym mógł cię powstrzymać od zadawania pytań. Co chcesz wiedzieć?
Albus uśmiechnął się pod wąsem.
– Zachowywałeś się bardzo – urwał, szukając właściwego słowa – uprzejmie wobec panny Granger podczas wczorajszych kontroli.
Severus wydał bliżej nieokreślony dźwięk.
– Uprzejmie, dla świętego spokoju. W stanie, w jakim się znajdowała, wszystko wydawało jej się zabawne. Nie ma sensu straszyć Gryfona, jeśli ten nie zauważa nawet wysiłku, jaki w to wkładam.
Albus starał się zachować powagę, ale uśmiech i tak wypłynął na jego twarz.
– Kiedy się nie boją, znika cała zabawa, mam rację?
Severus odparował:
– Jak wiesz, muszę dbać o swoją reputację.
Blask, którego brakowało na początku rozmowy, powrócił do spojrzenia Albusa.
– Dobranoc, Severusie. – Albus odwrócił się z miękkim szelestem szat i Severus został sam w ciszy pokoju.
Czuł się zdumiewająco spokojnie w tej chwili. Dobrze było odpowiadać dyrektorowi z lekką drwiną na pytania o tę dziewczynę. Uprzejmie. Pokaże temu staruchowi uprzejmie. Miał pozwolenie, żeby w dowolny sposób wyjaśnić jej konsekwencje. Pomysł zaczął się formować. Tak, to będzie niezłe.
Wstał z fotela, rozbawiony planowaniem szlabanu panny Granger. Może położy się na chwilę. Miał świadomość, że nie uda mu się zasnąć, ale przyda mu się sam odpoczynek. Skierował się ciemnym korytarzem do sypialni. Wiedział, że zaraz i tak wstanie, więc zdjął tylko ciężkie buty ze smoczej skóry i płaszcz. Odrzucił koc, położył się w spodniach i koszuli, i poczuł jak jego ciało odpręża się na miękkim materacu.
Spać – pomyślał, gdy przyjemne ciepło zdawało się go otaczać – spać i może nawet śnić wspaniałe sny.

Kampania Opiekuńcza (Pet Project) HG/SSWhere stories live. Discover now