Rozdział 8. Zauważona

1.3K 71 4
                                                  

Kiedy Hermiona schodziła po schodach, im bardziej zagłębiała się w mroczne lochy, czuła na skórze coraz chłodniejsze powiewy powietrza. To z pewnością nie był najlepszy pomysł, ale wykorzystała już wszystkie swoje zasoby. Wiedziała, że jest rozumną, inteligentną, młodą czarownicą. Nigdy nie uważała się za geniusza, nieważne co inni, a szczególnie profesor Snape, twierdzili na ten temat. Ale, jak to profesor Snape niedawno udowodnił swoim mini-wykładem na temat magicznej zbieżności, Hermiona nie wiedziała wszystkiego. Była jednak wystarczająco bystra, by zdawać sobie sprawę z tego prostego faktu.
Wytarła spocone dłonie o szatę i stwierdziła, że w tym momencie naprawdę wolałaby wiedzieć wszystko. Nie było już innego sposobu, żeby podejść ten problem. Potrzebowała informacji, którymi, jak przypuszczała, tylko profesor Snape mógłby się z nią podzielić. Pytanie brzmiało – czy zgodzi się jej pomóc? Mogła mieć tylko nadzieję, że będzie równie uprzejmy, by podzielić się z nią wiedzą, co podczas jej szlabanu.
Jak na swoje wyczucie, za szybko znalazła się pod gabinetem profesora Snape'a. Wzięła za dobrą monetę fakt, że drzwi były uchylone.
Ostrożnie zapukała; wystarczająco głośno by ją usłyszał, ale nie na tylko mocno by poruszyć drzwi.
– Wejść.
Hermiona przekroczyła próg pomieszczenia, starając się ogarnąć wszystko jednym spojrzeniem. Ostatni raz była tu na drugim roku, musiała się wtedy spieszyć i ruszać tak szybko, jak to tylko możliwe, żeby zlokalizować i schować róg dwurożca i skórkę boomslanga, i wydostać się, zanim zostanie zauważona. Nie było czasu, aby się rozejrzeć. Jej wspomnienia z tamtej wyprawy opierały się głównie na wrażeniach – słoiki z niezidentyfikowaną zawartością, strach, rzeźbione biurko zawalone pergaminami i książkami, popłoch, głośne bicie jej serca w uszach, świadomość, że ma tylko kilka minut, żeby wykraść potrzebne składniki i wydostać się. Teraz miała okazję, żeby naprawdę rozejrzeć się dookoła. Słoiki z niezidentyfikowaną zawartością wciąż stały na półkach, z tym że teraz rozróżniała poszczególne egzemplarze zamiast rozmytej przez adrenalinę plamy. Nie czuła się zdezorientowana czy zniesmaczona, a raczej zafascynowana różnymi zakonserwowanymi okazami. Place świerzbiły ją z chęci dotykania i badania, aby zajrzeć do poszczególnych słoików i dokładniej przyjrzeć się pływającym w nich eksponatom. Oooch, czy w tym niebieskim słoiku naprawdę zobaczyła trzminorka?
– Panna Granger.
Jej nazwisko, wycedzone charakterystycznym ironicznym tonem, natychmiast na powrót skupiło jej rozproszoną uwagę na człowieku, z którym przyszła się zobaczyć. Hermiona nie była pewna, w jakim jest humorze, i obawiała się też drażnić jego legendarny temperament. Nieświadomie wyprostowała się pod jego badawczym spojrzeniem, spojrzała na niego pewnie i uśmiechnęła się lekko.
Starała się opanować zdenerwowanie, kiedy profesor Snape przyglądał jej się beznamiętnie. Jeśli zaskoczył go jej widok w progu, nie dał niczego po sobie poznać. Nie żeby się tego nie spodziewała. Czuła, że już całkiem dobrze nauczyła się rozróżniać i interpretować jego nastroje, chociaż profesor wciąż stanowił dla niej ogromną zagadkę. Nawet po tych wszystkich obserwacjach miała wrażenie, że właściwe rozszyfrowanie go jest niemal niemożliwe.
– Dwadzieścia lat tu uczę i zdaje mi się, że jest pani pierwszą Gryfonką, która zdecydowała się skorzystać z moich konsultacji. Dlaczego postanowiłaś w ten sposób splamić honor Gryffindoru, panno Granger?
Odprężyła się lekko na te słowa. Nie zamierzał od razu jej wyrzucić, brzmiał tylko trochę zjadliwie. Ostatecznie uznała, że był w całkiem dobrym nastroju.
Wcześniej zastanawiała się, jak sformułować swoją prośbę, ale nie ułożyła nic szczególnie błyskotliwego. Uniżona poza tak czy inaczej jej nie pasowała, więc postanowiła, że najskuteczniejsze będzie bezpośrednie podejście, nawet jeśli trochę urazi jego bardziej wyrafinowane, ślizgońskie gusta.
– Chciałam prosić pana o pomoc w rozwiązaniu pewnego problemu, z którym się zmagam, sir.
Uniósł jedną brew w zaskoczeniu.
– Jak rozumiem, pani prośba nie dotyczy pomocy przy pracy domowej z eliksirów?
Pokręciła głową z nagłym uczuciem klęski.
– Nie do końca, sir. To bardziej mój własny projekt. – Z całą pewnością to zawaliła. Nie będzie chciał jej pomóc, skoro już dowiedział się, że marnuje jego czas na swoje osobiste problemy. Chociaż oceniające spojrzenie, jakie jej posłał, sprawiło, że jej puls przyspieszył w nagłej nadziei. Cóż, nadziei połączonej z obawą. Chyba nie podobał jej się błysk w jego oczach.
– Jak pani szacuje, panno Granger, ile punktów zdąży pani stracić do końca tej rozmowy?
Natura tego pytania bardzo ją zaskoczyła. I wtedy zrozumiała – chciał wiedzieć, na ile to jest dla niej ważne. Przygryzła w zamyśleniu dolną wargę. Zaproponowanie pięciu czy dziesięciu punktów zda się na nic, chyba żeby miała zostać odprawiona z kwitkiem. Profesor Snape przyglądał jej się z lekkim uśmieszkiem w kącie ust wykrzywionych drwiącym rozbawieniem, gotowy wyrzucić ją z gabinetu w każdej chwili za marnowanie jego czasu. Podjęła decyzję.
– Pięćdziesiąt – zaoferowała. Ron ją zabije.
Profesor nie spodziewał się, że faktycznie podejmie jego wyzwanie. Nie miała wątpliwości, że oczekiwał, że ucieknie w popłochu, kiedy tylko zostaną wspomniane punkty.
Odłożył pióro, odchylił się na krześle i splótł dłonie przed sobą.
– Są tacy, panno Granger, którzy uświadomiliby cię, że zawieranie umowy ze Ślizgonem jest równoznaczne z zawieraniem umowy z samym diabłem. – Urwał na chwilę, po czym rzucił: – Sto.
Jego skandalicznie wysoka oferta momentalnie doprowadziła do tego, że zapomniała, z kim traktuje i w jakich okolicznościach.
– To jest... to jest rozbój! – Skrzyżowała ramiona na klatce piersiowej i spojrzała na niego zmrużonymi oczyma. – Sześćdziesiąt.
Drgający kącik ust świadczył o tym, że walczył z poszerzającym się uśmieszkiem. Nonszalancko przyjrzał się swoim paznokciom i mimochodem potarł zgrubienie na środkowym palcu. Cisza, jaka zapadła w pomieszczeniu sprawiła, że Hermiona zacisnęła zęby z zacięciem. Jeśli sądził, że ona nie wytrzymała, to był w błędzie. Po kilku długich minutach w końcu podniósł na nią wzrok.
– Pogarszasz tylko sytuację, denerwujesz mnie i wystawiasz moją cierpliwość na próbę, dziewczyno.
Urwał, jakby czekał na jej reakcję na te słowa. Jak ma to traktować? Porzuciła swoją potulną pozę, wyprostowała ramiona i uniosła podbródek.
– Dokładnie tak, sir.
Wypuścił oddech, na szczęście z zaskoczeniem, a nie dlatego, że pogorszyła swoją sytuację, zdenerwowała go i wystawiła jego cierpliwość na próbę. Jej nadzieje zostały potwierdzone, kiedy się odezwał.
– Dziewięćdziesiąt.
Jej dłonie ponownie zaczęły się pocić. W takich chwilach naprawdę brakowało jej porządnego przekleństwa. Co robić? I, co ważniejsze, na jak wiele jej pozwoli, zanim ją wyrzuci? Nie wspominając o tym, dlaczego w ogóle zaczął się z nią targować? Łechtało to jego próżność? Jego ego? I wtedy ją to uderzyło.
– Myślę, że jako dla nauczyciela eliksirów, ten problem wyda się panu ciekawym wyzwaniem, sir. – Grzecznie skłoniła głowę w jego kierunku. – Z całym szacunkiem, zasugerowałabym siedemdziesiąt.
Ponownie zaczął przyglądać się jej ponad swoimi dłońmi, spojrzenie przepastnych czarnych oczu ani na chwilę nie opuściło jej twarzy. A jednak zdało jej się, że gdzieś pod tą maską czai się błysk prawdziwego rozbawienia.
– Bezczelność powinna zostać dodana do listy twoich przymiotów takich jak: nieznośna, irytująca, czy dokuczliwa. Siedemdziesiąt pięć.
Nie wahała się ani chwili dłużej.
– Umowa stoi. – A po chwili dodała pospiesznie: – Sir. – Ron z pewnością ją zabije. Nie wspominając o reszcie Gryfonów, kiedy zobaczą tak nagłą utratę punktów, a ona nie będzie potrafiła im tego wyjaśnić.
– Zdaje sobie pani sprawę, panno Granger, że nie mam żadnego obowiązku targować się z uczniem. Mogę po prostu odjąć początkowe sto punktów za te nonsensy i odesłać cię z niczym.
– Oczywiście, sir, zdaję sobie z tego sprawę. Jednak mam nadzieję, że zgodzi się pan pomóc mi przy tym projekcie, a przynajmniej mnie wysłucha. Jestem przekonana, że taka liczba punktów jest tego warta.
– Tak sądzisz? – spytał lekko, po czym wskazał jej krzesło po przeciwnej stronie biurka, zapraszając ją, by usiadła. – Zaraz się przekonamy, nieprawdaż? Zapewniam panią, panno Granger, JEŚLI marnuje pani mój czas, utrata stu punktów będzie najmniejszym z pani problemów. Teraz słucham, jaki to problem jest dla ciebie tak ważny?
W tym momencie ulga była tak silna, że Hermiona poczuła ogromną wdzięczność za krzesło. Małe zwycięstwo nieco podniosło ją na duchu. Zgodził się jej wysłuchać. Spróbowała się pozbierać i sięgnęła do kieszeni szaty, z której wyciągnęła sześć fiolek zawierających próbki uwarzonego przez Colina eliksiru, każda starannie opisana jej schludnym pismem, podająca datę, czas i nazwę warzonego eliksiru. Ostrożnie ustawiła je w szeregu na drewnianym biurku pomiędzy nią a profesorem Snapem.
Sięgnął po dwie fiolki, jedną z poprawnie uwarzonym eliksirem przeciw wysypce, drugą z nieudanym. Przechylił je, by przyjrzeć się płynnej zawartości.
– W czym rzecz, panno Granger?
Wskazała na dwie próbki, które trzymał w dłoni i rozpoczęła wyjaśnienia; podała warunki, w jakich eliksir był warzony, że użyto tych samych składników, każdy krok, który zaobserwowała. Starannie opisała wszystko poza tym, który uczeń i gdzie uwarzył próbki. Kiedy skończyła, oparła się na krześle z nagłym zaskoczeniem, że okazało się tak wygodne. Nie spodziewała się zastać takiego komfortu w jego gabinecie.
Wtedy zaczął ją przepytywać i zupełnie zapomniała o jakiejkolwiek wygodzie.
* * *
Severus nie cierpiał zebrań grona pedagogicznego. Odkąd sięgał pamięcią, były jednym z głównych powodów, aby znienawidzić nauczanie – jedyną ważniejszą przyczynę stanowili sami uczniowie. Niestety, nie udało mu się dziś skorzystać z żadnej z jego zwykłych wymówek, by uniknąć zebrania. Dyrektor wiedział, że obecnie nie ma żadnych innych zobowiązań i to dlatego właśnie znajdował się teraz w dusznym, małym pokoju, bez szans na ucieczkę. Albus przyszedł po niego osobiście do lochów, aby go tu odeskortować; jak gdyby miał uwierzyć w jego twierdzenie „po prostu byłem w pobliżu", kiedy Albus pojawił się w jego drzwiach. Zebrania nauczycielskie szybko pomogły Severusowi zrozumieć zwierzęta, które były w stanie odgryźć sobie kończynę, byle tylko wydostać się z pułapki.
Albus usadowił się w wytartym skórzanym fotelu najbliżej kominka, niczym król zasiadający na tronie. Severus zajął swoje ulubione miejsce na takie właśnie okazje, gdy nie udało mu się uniknąć zebrania: szerokie, obite skórą krzesło w najciemniejszym kącie pokoju. Tym samym pozwalał innym nauczycielom siadać bliżej Albusa w bezładnym półkolu, które tworzyli.
Usadowił się wygodniej i przebiegł palcem po popękanej skórze na podłokietnikach. Lubił to stare krzesło – poobijane, wytarte, a jednak wciąż spełniało swoje zadanie – z biegiem lat dające coraz większą wygodę. Niewątpliwą zaletę stanowiło też usytuowanie krzesła, które pozwalało mu dobrze widzieć wszystkich, podczas gdy cała reszta musiała wykręcać szyje, by na niego spojrzeć.
Severus przybył jako pierwszy, co pozwoliło mu zająć ulubione miejsce i obserwować pozostałych, kiedy nadchodzili i sadowili się po pokoju. On sam był zauważany, pomijany, bądź też ignorowany, w zależności od charakteru i poglądów jego współpracowników.
Minerwa i Pomona Sprout weszły razem, ale tuż za progiem rozdzieliły się – Minerwa zajęła miejsce obok Albusa, a Pomona przy najbliższym oknie, gdzie blade promienie późno popołudniowego słońca padały jeszcze na oparcie jej krzesła. Minerwa powitała go lekkim skinieniem głowy i uśmiechem, po czym zwróciła się do Albusa przyciszonym głosem. Pomona ukłoniła mu się sztywno, ruchem pozbawionym prawdziwej serdeczności. Nawet jako uczeń potrafił wyprowadzić ją z równowagi. Z upływem lat plotki o tym, komu naprawdę jest wierny, i jego własny mroczny wizerunek nie mogły zadziałać na jego korzyść. Jak przystało na prawdziwą przedstawicielkę swojego domu, Pomona była solidna i lojalna. Ale jej oddanie obejmowało Albusa i Hogwart, on nigdy nie był jego częścią.
Następnie wszedł Hagrid, wnosząc zapach mokrego psa. Jego jowialne powitanie i przerośnięta postać natychmiast sprawiły, że pokój wydał się mniejszy. Pomimo kwaśnych uwag i pogardliwych spojrzeń, jakimi obrzucał pół-olbrzyma, Severus musiał przyznać, że całkiem go lubił. Przez wszystkie lata, które Snape spędził w szkole, Rubeus Hagrid nigdy nie potraktował go gorzej niż innych. Nawet kiedy był trudnym i ponurym dzieckiem, Hagrid zawsze się z nim witał. Te długotrwałe i niezmiennie okazywane względy skutkowały teraz skinięciem głowy na rubasznie rzucone przez Hagrida: „Dobry!", gdy dostrzegł Severusa w ciemnym kącie.
Po nim nadeszła Sinistra, a zaraz po niej Hooch i Vector. Pierwsze dwie zignorowały jego obecność, natomiast trzecia, jak to ostatnio często miało miejsce, przyglądała mu się zdecydowanie za długo, zanim wreszcie usiadła. Jej spojrzenia za każdym razem robiły się coraz bardziej zauważalne, aż w końcu zaczął się zastanawiać, jakim to numerologicznym obliczeniom można zawdzięczać to nagłe zainteresowanie innym członkiem grona nauczycielskiego.
Pani Pince i Pomfrey przyszły razem, pogrążone w dyskusji na temat nowej książki z zaklęciami leczniczymi, jaka ostatnio pojawiła się w bibliotece. Bibliotekarka prześlizgnęła po nim wzrokiem, ale w żaden sposób nie dała znaku, czy żywi wobec niego jakieś cieplejsze uczucia. Jednak Poppy nie miała podobnych zahamowań. Pomachała mu ręką i uśmiechnęła się ciepło i szczerze. Podobnie jak Hagrid, Poppy również otrzymała skinięcie głową na powitanie.
Ostatni nauczyciele nadeszli w grupie, Flitwick, Ambroży Franklin, profesor mugoloznawstawa, Mortimer Galend, najnowszy nauczyciel obrony przed czarną magią, i Trelawney. Tylko Trelawney spojrzała w jego kierunku, żeby zatrząść się dramatycznie i otulić szczelniej szalem zarzuconym na ramiona. Odpowiedział grymasem, który w popłochu odesłał przeklętą kobietę w stronę jej krzesła.
Z chwilą, gdy Sybilla zajęła swoje zwykłe miejsce, dla Severusa rozpoczęła się droga przez mękę nauczycielskiego piekła.
Po czymś, co zdało się dla niego wiecznością, Albus wreszcie dobrnął do ulubionego pytania Severusa podczas tych spotkań:
– A więc, czy zostało coś jeszcze do omówienia, zanim się rozejdziemy?
Severus był już wpół drogi do wyjścia, kiedy spostrzegł, że Filius kręci się na swojej poduszce. Cholera, do diabła z tym. A było tak blisko. Severus znał małego nauczyciela zaklęć nie od dziś i wiedział, że jego wiercenie mówi raczej „Martwię się" niż „Pospiesz się, dziadzie, i wypuść nas stąd". Czasem myślał, że tylko on jeden podziela uczucia podobne do prezentowanych w drugim komentarzu. Severus z rezygnacją przygotował się na kolejne, co najmniej, pół godziny stracone na dalszą dyskusję. Usiadł na swoim miejscu i powrócił myślą do o wiele ciekawszego problemu, jaki zaprezentowała panna Granger, co skutecznie wyciszyło głosy jego kolegów.
Sam przed sobą nie chciał tego przyznać, ale wcześniejsze spotkanie z dziewczyną podczas jego konsultacji było, ku jego zdumieniu, najbardziej satysfakcjonującą chwilą dnia. Oczywiście, dzień składał się też obowiązkowego zebrania nauczycielskiego, więc nie było za bardzo o czym mówić. Ale dość, że jej prośba o pomoc przy problemie luźno powiązanym z eliksirami w połączeniu z zagadką, jaką panna Granger zaprezentowała zmieniając styl swoich wypracowań, przykuły jego zainteresowanie. W połączeniu z jej ostatnimi nieustannymi wysiłkami, by się z nim przywitać, z jej dziwnym zachowaniem na lekcjach, wszystkie te kroki zdawały się mieć szczególne znaczenie, i nie wyglądało, by miało się to zmienić w najbliższej przyszłości. Tylko fakt, że dwójka jej przygłupich kolegów, Potter i Weasley, nie wykazywała żadnych widocznych odchyleń od swojego zwykłego zachowania, zdołał go przekonać, że nie została tu uknuta żadna wielka intryga.
Nie wspominając o tym, że problem dotyczący eliksirów, który mu przedstawiła, był sam w sobie niecodzienny – sześć eliksirów uwarzonych w tych samych warunkach, przy użyciu tych samych składników, a jednak cztery się udały, a dwa nie. A jeszcze bardziej intrygujące, szczególnie przy reszcie znanych szczegółów, było to, czego dziewczyna nie powiedziała. Pominęła konkretne fakty, takie jak: kto uwarzył eliksir, jak i dlaczego... Tak, to była najbardziej intrygująca część zagadki.
Niespodziewanie wspomniano nazwisko Granger, co natychmiast przykuło całą jego uwagę.
– Zwróćcie uwagę, to nie jest tak, że dziewczyna robi coś złego – mówił Filius. – Po prostu obawiam się, że nie wkłada już tyle wysiłku w swoją pracę, co kiedyś.
Minerwa, jak zauważył Severus, zmarszczyła mocno brwi. Nie umknęło mu też szybkie spojrzenie, jakie rzuciła w jego kierunku, zanim odchyliła się na krześle i zwróciła do nauczyciela zaklęć:
– Czy jej praca się pogorszyła? – zapytała.
Flitwick pociągnął wąsa w nerwowym geście, rozważając pytanie Minerwy.
– Rzecz w tym, moja droga – rzekł w końcu – że na lekcjach ona wciąż pracuje z wydajnością na poziomie stu dziesięciu procent. Ale to nie jest już jej dawne sto dwadzieścia. – Przerwało mu rozbawione prychnięcie Sinistry posłane wraz z małym uśmieszkiem w stronę innego nauczyciela. – Wiem, że ciężko tu o podejrzenia. Wciąż jest najlepszą uczennicą na roku. Z początku nie martwiłem się tak bardzo, ale potem przestała też wykonywać dodatkowo punktowaną pracę. Uznałem, że młodość ma swoje prawa i dziewczyna pewnie chciałaby mieć trochę czasu dla siebie. I tak, przy jej obecnych wynikach, dodatkowa praca nie jest konieczna.
– Zrozumiałe – rzuciła Rolanda Hooch, wzruszając obojętnie ramionami.
Snape zauważył, że Vector marszczy brwi w podobny sposób co Minerwa kilka minut wcześniej.
Flitwick skinął głową w stronę Rolandy.
– Normalnie bym się zgodził. Zupełnie zrozumiałe, gdyby to był koniec, ale dziewczyna oddała mi wypracowanie dokładnie na czterdzieści osiem cali. Dokładnie na zadaną długość, bez żadnych dopisków!
Głębokie zdumienie Flitwicka sprawiło, że Rolanda się pogubiła. Jako instruktorka latania, nigdy nie miała wątpliwej przyjemności mieć do czynienia ze stylem pisania Granger. Dla Severusa jednak, ta informacja stanowiła interesujące odkrycie. Tajemnica otaczająca pannę Granger jeszcze się pogłębiła. Najwyraźniej jego zajęcia nie były jedynymi, na których jej sześcioletnie nawyki uległy zmianie.
– Albusie?
Severus wiedział, o co pyta Minerwa. Jako dyrektor, Albus i jego magia były bezpośrednio powiązane z wieloma układami, które chroniły i monitorowały Hogwart. Miał również swobodny dostęp do wszystkich sposobów sprawowania kontroli, jakie każdy poprzedni dyrektor zaprowadził w zamku, co dawało wrażenie, że jest wszechwiedzący. Reputacja, która, jak Severus dobrze pamiętał, przydała się kilka razy, kiedy trzeba było ukrócić najdziksze ekscesy grona uczniowskiego. Minerwa chciała wiedzieć, czy Albus dostał jakieś informacje ze swoich innych źródeł.
Zaskakujące, ale osławiona wszechwiedza dyrektora tym razem zawiodła.
– Niestety, Minerwo, nie potrafię nic powiedzieć na ten temat. Nie słyszałem, ani nie widziałem nic, co by się odnosiło do panny Granger. Jestem pewien, że panna Granger po prostu rozwija swoje inne zainteresowania. – Na te słowa Albus uśmiechnął się, a jego błękitne oczy zalśniły. – Może nie wyglądam, ale też kiedyś byłem młody. Czy jakiś młody człowiek nie przykuł uwagi panny Granger? Może młody Ron Weasley?
Ten zdumiewający obraz spowodował, że Severus cicho parsknął, na tyle głośno jednak, że kilka głów odwróciło się w jego kierunku.
– Cokolwiek dzieje się z panną Granger, nie wydaje mi się, żeby Weasley miał z tym coś wspólnego. – Jego ton nie pozostawiał wątpliwości co do jego opinii na temat wartości tego młodego człowieka.
Teraz już wszystkie oczy były na nim skupione; niektórzy nauczyciele odwrócili się z krzesłami, żeby go lepiej widzieć. Usta Minerwy zacisnęły się mocno.
– Ty coś wiesz. – To było raczej stwierdzenie faktu, niż pytanie.
Kiedy ledwo zaszczycił ją spojrzeniem, jej usta zacisnęły się jeszcze mocniej, w cienką, pełną niezadowolenia linię. Bardzo lubił grać Minerwie na nerwach i często zastanawiał się, czy ona zdaje sobie sprawę, że robił to celowo.
Kiedy wreszcie przemówiła, mógł wychwycić, że jej szkocki akcent zaczyna przebijać w wypowiedzi.
– Severusie Snape, nie będziemy grali w Dwadzieścia Pytań do Ślizgona. Co wiesz na temat panny Granger?
Wyciągnął dłoń i przytknął palec do górnej wargi, bardziej by ukryć igrający na ustach uśmieszek, niż w jakimś innym celu.
– Nic nie wiem, Minerwo. Tyle, że dziewczyna, jak zauważył profesor Flitwick, zachowuje się dziwnie. Podobnie jak na jego lekcjach, zaczęła pisać wypracowania z eliksirów dokładnie na zadaną długość. – Urwał, nie będąc pewnym, czy ma dodać więcej. Na otrzymane od Albusa spojrzenie dorzucił: – Przestała też podnosić w klasie rękę, chyba że staje się oczywiste, że nikt inny nie zna odpowiedzi.
– I? – spytała Hooch. – Co w tym dziwnego?
– To samo w sobie dowodzi, że coś jest nie tak. Deszcze ognia i chmary szarańczy nie byłyby tak oczywistym znakiem nachodzących kłopotów jak to, że panna Granger NIE zgłasza się do odpowiedzi. Jest jeszcze jedna rzecz. Przestała pomagać Longbottomowi w klasie, chociaż podejrzewam, że w jakiś sposób robi to poza klasą, bo jego praca – wypracowania, odpowiedzi i eliksiry – cały czas ulega poprawie.
Na to ostatnie Minerwa uniosła brew.
Severus spojrzał na nią zmrużonymi oczami. Nie powie Minerwie, że Granger próbowała się z nim przywitać przy każdej możliwej okazji. To brzmiało wystarczająco idiotycznie w jego głowie, a wypowiedzenie słów na głos tylko rozbawi innych. Nawet tego nie zrozumieją, skoro z nimi uczniowie witają się na korytarzach ze zwykłą zażyłością.
Śmiech Albusa złamał spojrzenie Minerwy.
– Wygląda na to, że panna Granger po prostu zaczyna dojrzewać. Nie wydaje mi się, żeby było się o co martwić. – Klasnął w dłonie i powstał, dając innym znak, że spotkanie dobiegło końca. – Chodźmy. Nie wiem jak reszta, ale ja umieram z głosu. Kolacja czeka.
Kiedy wszyscy zaczęli zbierać się do wyjścia, Severus poczuł na sobie czyjś wzrok. Odwrócił się szybko i nakrył Vector wciąż wpatrującą się w niego z zamyśleniem.
Wykrzywił się w jej stronę i wyszedł z poczuciem satysfakcji, że zaczerwieniła się złapana na gorącym uczynku.
* * *
Jak to mówią, prosto na celowniku. Kiedy patrzyła na to teraz, widziała jak zły był ten pomysł. Szkoda, że nie zauważyła tego wcześniej. Miała Mapę Huncwotów, mogła po prostu zostać bezpiecznie w pokoju. Ale nie, ona musiała zobaczyć to na własne oczy; musiała być tuż obok.
Hermiona wcisnęła się o jeden cal głębiej we wnękę i upewniła się, że pofałdowany róg peleryny Harry'ego zakrywa jej stopy. Z bliska i na własne oczy, dokładnie. Powinna się przebadać na głowę. Kiedy zaczęła aż tak łamać zasady? Zawsze taka była, czy to był może powolny, długotrwały proces wychodzenia poza prawo? Zawsze uciszała swoje sumienie wytłumaczeniem, że Harry i Ron robią to samo. Ona była po prostu wciągana w ich przygody – uważała na nich, żeby nie wpadli w jeszcze gorsze kłopoty, a może dlatego, że też chciała być częścią tego.
Ale czy Harry albo Ron byli z nią tutaj? Nie. Leżeli bezpiecznie pod kołderką, tam gdzie każdy dobry, mały, posłuszny Gryfon powinien się znajdować. Źli, nieprzestrzegający zasad Gryfoni kulili się w ciasnej wnęce na trzecim piętrze i zaklinali na wszystkie świętości, aby człowiek, który w tym momencie dzielił z nią tę wnękę, nie odkrył jej obecności.
To z całą pewnością nie był jeden z jej lepszych pomysłów.
Zgubiła ją pokusa, a może raczej jej ciekawość. Oglądała na mapie, skulona na swoim bezpiecznym, zacisznym łóżku, jak profesor Snape przemierza zamek niezliczoną ilość razy. Poczuła potrzebę, aby rzeczywiście zobaczyć swojego profesora. Nie wystarczyło widzieć ślady jego stóp wędrujących po mapie. Musiała go zobaczyć. Chciała dzielić z nim tę chwilę, aby zrozumieć, co zmuszało go do wędrowania po zamku całą długą noc.
Hermiona zignorowała niebezpieczeństwo, uciszyła tę część siebie, która brzmiała zaskakująco podobnie do profesora Snape'a, a wskazywała jej, jak gryfońskie są podobne działania i wyślizgnęła się z wieży, dzierżąc w dłoni mapę i pelerynę.
Z pomocą mapy nie było trudno go odnaleźć. Dużo trudniejsze okazało się utrzymanie go w nieświadomości, że ona gdzieś tam jest. Mimo że użyła zaklęć wyciszających i miała na sobie pelerynę, nie zajęło długo, nim zaczął oglądać się za siebie. Kiedy Hermiona zrozumiała, że on zaczyna domyślać się czyjejś obecności, podobnie jak to miało miejsce w Wielkiej Sali, postanowiła zatrzymać się na moment i podążać za nim w większej odległości. Ani przez chwilę nie przeszło jej przez myśl, żeby wrócić do swojego bezpiecznego pokoju.
A potem usłyszała za sobą jakieś głosy. Głosy należące do kogoś młodego, dokładniej mówiąc. Zrozumiała, że muszą to być jacyś uczniowie, którzy łamią właśnie ciszę nocną i mogą zostać złapani, więc wślizgnęła się do bocznej wnęki, żeby ją minęli. Nigdy by jej nie przyszło do głowy, że profesor Snape cofnie się, by zanurkować do tej samej wnęki i obserwować stamtąd przemykającą parę Krukonów. Dlaczego w ogóle miałby ich obserwować? Czy to nie była jego praca, żeby łapać uczniów, którzy łamią przepisy? Serce Hermiony biło teraz tak głośno, że dziwiła się, że profesor tego nie słyszy. O, nie; o, nie; o, nie. Jeśli on cofnie się jeszcze o krok, z peleryną czy nie, zostanie nieodwołalnie złapana.
Był teraz tak blisko, że jednym obcasem przycisnął róg peleryny. Hermiona zapomniała, jak się oddycha.
A potem zniknął, omiótłszy po niej wcześniej końcem swojej nauczycielskiej szaty. Strach powoli z niej ulatywał, a serce zwalniało z napędzonych adrenaliną prędkości. Było blisko. Bardzo, bardzo blisko. Zbyt blisko.
* * *
Severus przemykał w cieniu, podążając za parą Krukonów, i wtedy spostrzegł, że jego obserwator zniknął. Powoli uświadamiał sobie obecność kogoś, kto podążał za nim samym, kiedy kłujące uczucie pomiędzy jego barkami z chwili na chwilę robiło się coraz bardziej intensywne. Inny czarodziej oddaliłby wrażenie bycia obserwowanym po rzuceniu ukradkowego spojrzenia dookoła, które nie wykryło przyczajonej obecności kogokolwiek, ani też żadnych wścibskich portretów. Ale Severus nie był przeciętnym czarodziejem, a zarówno jego paranoja, jak i wyczulone zmysły nie jeden raz ocaliły mu życie. Dawno temu nauczył się w nie wsłuchiwać.
Zdecydował się najpierw na mały test i przeszedł po całym zamku leniwym, niespiesznym krokiem. Wrażenie czyjejś obecności wciąż podążało za nim przez korytarze.
Nie byłby to pierwszy raz, kiedy jakiś wścibski duch towarzyszył mu w jego nocnych wędrówkach. Duchy, które chciały porozmawiać, odsyłał szybko w swoją stronę, bo zastraszenie egzorcyzmem działało na nie równie skutecznie, co groźba wydalenia na uczniów. Teraz jednak towarzyszył mu milczący osobnik. Nie wyczuwał u niego złośliwych intencji, jedynie ciekawość, więc nie wymagał, by ujawnił swoją obecność lub odszedł. Najwyraźniej był to jakiś nowy duch. Na początku zwykle wstydziły się ukazywać żyjącym mieszkańcom zamku. Jego podejrzenie zaraz się potwierdziło, bo wrażenie czyjejś obecności zniknęło niedługo po pojawieniu się parki Krukonów. Nie wyczuwał tego pierwszego, odkąd zaczął za nimi podążać.
Zauważył, że przyspieszyli kroku, więc sam również przyspieszył. Coraz bardziej zbliżał się do upatrzonego celu, więc odrzucił nieistotne rozmyślania o nieśmiałych duchach. Zamiast tego skupił się na dwóch młodych ludziach przed sobą. Przez lata coraz większą przyjemność sprawiało mu dopuszczenie ich tak blisko ich celu, żeby mieli wrażenie, że już im się udało, po czym ujawniał swoją obecność.
Jeszcze kilka kroków; niech zobaczą drzwi do wieży Ravenclawu. Czekaj. Czekaj. Teraz.
– Pan Hedge. Pan Wunderlich. Jakie to musi być dla was przykre. – Na te słowa ich ramiona zesztywniały, a po chwili, gdy Severus wystąpił z mroku, opadły. Pozwolił, by jeden kącik jego ust powoli uniósł się ku górze.
* * *
Hermiona spacerowała wzdłuż ściany pokoju, a gruby dywan w odcieniach zieleni i niebieskiego tłumił odgłos jej kroków. Ron poprosił Pokój Życzeń o bezpieczne, wygodne miejsce, gdzie można by spokojnie porozmawiać. Hermiona dodała do tego własne wymagania, aby pomieszczenie był chronione przed wszelkim urządzeniami szpiegowskimi, z zewnątrz i wewnątrz, podobnie jak robiła to za każdym razem, gdy odtwarzała klasę eliksirów. Nie zamierzała dopuścić, aby dyrektor mógł łatwo wykryć ich działania. Była też zadowolona, że Pokój spełniał życzenia składane niewerbalnie. Nie chciała tłumaczyć, dlaczego prosi o zabezpieczenia przed podsłuchami. Wciąż miała wątpliwości, czy postępuje słusznie, nie mówiąc chłopcom o znalezionym urządzeniu.
Pokój, w odpowiedzi na ich połączone życzenia, stworzył ten mały, wyłożony orzechowym drewnem gabinet. Płonący kominek, miękko wyściełane krzesła i stonowane kolory dawały wrażenie przytulności.
Jednak to uczucie wygody nie było w stanie umniejszyć jej niepokoju. Wzbraniała się przed nazwaniem trzepotania w swoim żołądku nerwami. Po szalonym biciu jej serca wywołanym bliskim spotkaniem z profesorem Snapem wczorajszego wieczora uważała, że powinna już dorobić się nerwów ze stali. Wciąż nie mogła uwierzyć, że nie została nakryta.
Potrząsnęła głową, by stanowczo wyrzucić z niej myśli o profesorze. Teraz powinna poświęcić czas swoim przyjaciołom. Harry, czy to akceptował, czy nie, potrzebował ich. Miała tylko nadzieję, że uda im się przebić przez ścianę gniewu, jaką zbudował dookoła siebie.
Hermiona odwróciła się na odgłos otwieranych drzwi.
Kiedy drzwi zamknęły się za nim z ciężkim trzaśnięciem, Harry zorientował się, że jest w pułapce. Szybko rozejrzał się po pokoju, by przekonać się, że nie ma stąd innego wyjścia, i przez jedną szaloną sekundę chciał sięgnąć po różdżkę i po prostu stamtąd uciec. Jednak krótkie spojrzenie przez ramię upewniło go, że musiałby ominąć masywne ciało, które z uporem wypisanym na twarzy blokowało drzwi.
Harry złapał spojrzenie Rona, bo to on pilnował drzwi, i odezwał się:
– I ty, Ron, przeciwko mnie? – Zdezorientowane spojrzenie Rona nadało trochę ironii tej sytuacji, ale miękkie westchnienie jego drugiego oprawcy dało mu tę satysfakcję, że przynajmniej ona wyłapała i zrozumiała jego słowa.
Hermiona westchnęła. Wiedziała, że nie będzie łatwo, ale miała nadzieję, że może chociaż zaczną wieczór przyjemnie.
– Proszę, nie idź w tę stronę, Harry. – Wskazała ręką pomiędzy niego a Rona. – Wiesz, że jesteśmy twoimi przyjaciółmi. Martwimy się o ciebie. Nie chcesz z nami rozmawiać, więc postanowiliśmy, że my porozmawiamy z tobą.
Przyjemnie uleciało z przysłowiowym dymem, bo nawet z drugiego końca pokoju mogła wyczuć jak magia Harry'ego naciska na jej zmysły, w miarę jak jego gniew się rozpalał. Ale i bez tych niewidocznych fal energii potrafiła odczytać jego nastrój, z głębokiej czerwieni, jaka zalała jego twarz, i mocno zaciśniętych pięści, które trzymał sztywno po bokach.
Zrobiła krok naprzód, gotowa zmierzyć się z jego gniewem.
– Harry, coś się z tobą dzieje. Powiedz nam. Pozwól nam pomóc.
– Nic się nie dzieje – rzucił Harry.
– Bzdury! – powiedział Ron. – Nie wierzymy ci, Harry.
Na te słowa Harry gwałtownie odwrócił się w stronę Rona. Hermiona wystąpiła do przodu i wślizgnęła się między Harry'ego a Rona, z nadzieją, że uda jej się zażegnać sprzeczkę.
– Ron chciał powiedzieć – odezwała się i ponad swoim ramieniem rzuciła szybkie spojrzenie w kierunku Rona – że coś cię gryzie, Harry. Widzimy to. Wiemy, jak zrozpaczony byłeś po śmierci Syriusza. I pewnie wszyscy dookoła myślą, że jesteś w takich nastrojach właśnie z powodu Syriusza, ale my wiemy, że tak nie jest. Coś jest z tobą nie tak. Kilka dni temu biegaliście z Ronem po błoniach. Spójrz na siebie teraz, z trudem się kontrolujesz. Mógłbyś przekląć swojego najlepszego przyjaciela.
Harry od razu zaczął zaprzeczać.
– To nie ze mną jest coś nie tak. – Wykorzystał słowa Hermiony i odwzorował jej ton głosu, mimikę i intonację.
– Czyżby? – zapytał Ron, a jego spojrzenie prześlizgnęło się po sylwetce przyjaciela, zatrzymując się na dłużej na zaciśniętych w pięści dłoniach Harry'ego. – Mnie nie oszukasz.
Zielone oczy Harry'ego zmrużyły się gwałtownie.
– Nie muszę się przejmować waszym zawracaniem głowy. Zresztą, to nie wasza sprawa. Nie musicie nic wiedzieć.
– Nie musimy nic wiedzieć? – powtórzył Ron, a jego głos podniósł się z niedowierzania. – Czy ja gdzieś już tego nie słyszałem? – Uniósł rękę i łagodnie odsunął Hermionę na bok, żeby przestąpić bliżej Harry'ego. – Czekaj, już wiem, to samo powiedział do ciebie Dumbledore. I zdaje mi się, popraw mnie, jeśli się mylę, stary, że podniosłeś wtedy cholerny raban, że traktuje cię jak dziecko i nie rozmawia z tobą o sprawach, które ciebie dotyczą. – Ostatnie słowa Ron wykrzyczał Harry'emu prostu w twarz, a na jego własnej twarzy wykwitły brzydkie czerwono-białe plamy.
Harry, mimo że był lżejszej budowy i niższy, nie cofnął się ani o krok i wykrzyknął w odpowiedzi:
– To nie wasza sprawa! To nie ma nic wspólnego z waszą dwójką. – Harry wyminął Rona i ruszył w kierunku drzwi. – To dotyczy walki z Voldemortem, w którą wy nie jesteście zamieszani.
To nie z nią nic wspólnego? Jak on w ogóle mógł pomyśleć, że to nie jest sprawa jej czy Rona? Kiedy Hermiona to usłyszała, jej też puściły nerwy.
– Czekaj chwilę, jeszcze nie skończyliśmy. – Hermiona przystąpiła do Harry'ego, aż ich nosy niemal się stykały. – Nie moja sprawa? Nie jestem w to zamieszana? – Hermiona zrobiła kolejny krok do przodu, zmuszając Harry'ego, aby się cofnął. – Ze wszystkich egocentrycznych, idiotycznych rzeczy, które mogłeś powiedzieć... – Jednym palcem dźgnęła Harry'ego w klatkę piersiową, zmuszając go do kolejnego kroku w tył. – To jest moja walka, ponieważ jestem czarownicą mugolskiego pochodzenia. To moja walka, ponieważ to mnie Voldemort obrał sobie za cel. – Rozległy się trzaski energii, która biegła w dół po jej lokach i elektryzowała ich końce, aż uniosły się wokół jej głowy jak krzaczasta aureola. Jedna iskra zeskoczyła z końca kręconego włosa na rękę Harry'ego, który drgnął i znów się cofnął. Niestety, ten ostatni ruch postawił go pod ścianą. Hermiona, zapamiętana w swoim gniewie, podążała za nim krok za krokiem. – To moja walka, nie dlatego, że jestem przyjaciółką Harry'ego Pottera, ale dlatego, że praktycznie jestem najlepszą uczennicą na roku, która przerasta każdego z tych przygłupich, żałosnych, zadufanych w sobie czystokrwistych. Jestem w to w pełni zamieszana, ponieważ to ja zdecydowałam, że stanę przeciwko szaleńcowi, który sieje strach i terror, i próbuje sięgać po coś, co nie jest jego.
Hermiona wreszcie urwała i, dysząc ciężko, wpatrywała się w chłopaka tuż przed sobą.
– Um, Hermiono...
Hermiona zamrugała, przychodząc do zmysłów. Gniew, który czuła, ulatniał się szybko, żeby jeszcze szybciej zostać zastąpiony przez zakłopotanie, kiedy uświadomiła sobie, co właśnie zrobiła.
Harry przyglądał jej się wstrząśnięty, z szeroko otwartymi oczami, chociaż Hermiona nie mogła stwierdzić, czy to z powodu jej słów, małych, trzaskających i skrzących się na niebiesko iskierek magii, które zbierały się na jej lokach, czy też może dlatego, że wepchnęła go w najdalszy kąt pokoju jednym ruchem wycelowanego w jego klatkę piersiową palca.
– Przepraszam. – Opuściła rękę, a policzki zapiekły ją ze wstydu. Odstąpiła od Harry'ego i spojrzała na Rona, by po chwili schować głowę w dłoniach i jęknąć, kiedy zobaczyła szok na jego twarzy.
Harry został w swoim kącie i mrugał gwałtownie za szkłami okularów. Otworzył usta, ale nie wydostał się z nich żaden dźwięk. Zamknął je, przeczyścił gardło i spróbował ponownie. Tym razem padły słowa:
– Tak STRASZNIE się cieszę, że jesteś po naszej stronie, Hermiono.
Ron wymienił spojrzenie z Harrym ponad opuszczoną głową Hermiony.
– Mówiłem to już wcześniej i powiem też teraz: genialna, ale przerażająca. Bardzo, bardzo przerażająca.
Hermiona uniosła głowę, by zmiażdżyć Rona spojrzeniem, ale brakowało w nim już gorąca słusznego gniewu. Następnie przeniosła wzrok na Harry'ego i tym razem patrzyła szczerze i ze skruchą.
– Przepraszam za ten mały wybuch, to nie było dokładnie to, co nam chodzi po głowach. – Przynajmniej ten mały wybuch ostudził u Harry'ego jego własne wzburzenie. Jego spokojniejsza postawa dała jej odwagę, żeby ciągnąć dalej. – Jesteśmy twoimi przyjaciółmi, ty głupku. Zawsze będziemy stali po twojej stronie. Pozwól sobie pomóc.
Harry z nagłym zmęczeniem oparł głowę o ścianę.
– Nikt nie może mi pomóc.
– Nie wiesz tego, póki nam nie powiesz, stary.
Harry podniósł wzrok na dwójkę swoich najlepszych na świecie przyjaciół.
– To przepowiednia. Dotyczy pokonania Voldemorta.
Hermiona, która zawsze szybko łączyła fakty, skorzystała ze swojej logiki.
– Była w Departamencie Tajemnic, za tymi drzwiami, które wciąż widziałeś w snach.
Harry skinął głową.
– Tam trzymają wszystkie prawdziwe przepowiednie. – Jego oczy patrzyły w dal, kiedy sięgał we wspomnienia. – Są ich tysiące, każda czeka zamknięta w małej, zakurzonej kulce, na właściwą osobę, która będzie miała prawo, żeby ją usłyszeć. – Harry znów skupił wzrok na przyjaciołach. – Dumbledore powiedział, że tylko osoby, które zostały wspomniane w danej przepowiedni, mogą ją usłyszeć. Voldemort nie mógł się tam dostać, więc wykorzystywał moje sny, żebym to ja otworzył przepowiednię za niego.
– Stop – powiedział Ron, na co Harry i Hermiona odwrócili się w jego stronę. – Jeśli mamy słuchać o przepowiedniach i Voldemorcie, może lepiej usiądźmy. – Potoczył wokół ręką, a Pokój Życzeń wyczarował im wygodne fotele. – Siadajmy.
Kiedy zajęli miejsca, Ron zachęcił Harry'ego, by mówił dalej.
– Więc co mówi ta przepowiednia?
Harry wyglądał na zrezygnowanego i zmęczonego, kiedy przymknął oczy i zaczął wyrzucać z siebie słowa, które go prześladowały:
– Oto nadchodzi ten, który ma moc pokonania Czarnego Pana... Zrodzony z tych, którzy trzykrotnie mu się oparli, a narodzi się, gdy siódmy miesiąc dobiegnie końca... A choć Czarny Pan naznaczy go jako równego sobie, będzie miał moc, jakiej Czarny Pan nie zna... I jeden z nich musi zginąć z ręki drugiego, bo żaden nie może żyć, gdy drugi przeżyje... Ten, który ma moc pokonania Czarnego Pana narodzi się, gdy siódmy miesiąc dobiegnie końca...
– Nic dziwnego, że on wciąż próbuje cię zabić. Cóż, Harry, teraz będziesz musiał walczyć i zabić Voldemorta.
Harry otworzyć oczy i wyszczerzył się do Rona, choć mało było humoru w jego twarzy.
– Albo on zabije mnie.
Cała trojka siedziała w milczeniu, nowa wiedza zawisła nad nimi ciężko, tak jak wisiała nad Harrym przez te wszystkie miesiące. Hermiona jako pierwsza zdecydowała się przerwać ciszę:
– Przecież wiesz, że nie jesteś sam.
– Nie jestem? – zapytał Harry.
W głosie Rona brzmiała pewność i współczucie:
– Nie, nie jesteś.
Harry podciągnął kolana na krzesło i oparł na nich łokcie.
– Jakoś nie widzę, żeby ktoś z nich miał stanąć twarzą w twarz z Voldemortem.
Znów można było wyczuć gniew w jego głosie, buzujący tuż pod powierzchnią. Przynajmniej teraz Ron i Hermiona wiedzieli, co jest przyczyną jego humorów i nagłych zmian nastroju, które nękały ich przyjaciela przez ostatnie miesiące.
Hermiona spojrzała na Rona z zakłopotaniem. Dobrze sobie radziła z problemami logicznymi i szybkim przechodzeniem do sedna sprawy. Ale Harry nie potrzebował teraz zimnej logiki. Potrzebował czegoś innego, a ona nie miała pojęcia, co powiedzieć, aby poczuł się lepiej. Nie była nawet pewna, czy było coś, co można by powiedzieć, aby poczuł się lepiej. Harry potrzebował teraz otuchy, bo oczywiste było, że stracił wiarę, w cokolwiek wierzył.
To Ron znalazł właściwe słowa.
– To, że tego nie widzisz, nie znaczy, że oni się z nim nie mierzą. Snape na pewno jest ogromnym dupkiem, ale staje z nim twarzą w twarz, za każdym razem, gdy wymyka się, by dla nas szpiegować. Dumbledore walczył z nim w zeszłym roku w Ministerstwie. Cała moja rodzina, może poza tym zidiociałym snobem Percym, mierzy się z nim jako członkowie Zakonu. Nawet Ginny musiała stawić mu czoła przez tą cholerną książkę, którą podrzucił Malfoy. W porządku, rozumiem, że to ty musisz być tym, który go zwycięży, zgodnie z przepowiednią, ale jest od groma innych ludzi, Harry Potterze, którzy stają w obliczu niebezpieczeństwa, żeby utrzymać cię przy życiu na tyle długo, żebyś mógł obalić Voldemorta.
Ilu ludzi poświęciło się, żebyś ty był bezpieczny? Ilu ludzi pracowało na to, żebyś miał jako-takie życie? Naprawdę myślisz, że wszyscy ci ludzie – Zakon, aurorzy, Hermiona, Dumbledore, ja – poklepiemy cię po główce, życzymy powodzenia i wypchniemy cię za drzwi, żebyś sam zmierzył się z mrocznym czarodziejem? Każdy stara się, jak tylko może.
Harry pokręcił głową, odrzucając słowa Rona, wciąż zbyt opanowany przez swój gniew, żeby naprawdę usłyszeć, co jego przyjaciel usiłuje mu powiedzieć.
– Dumbledore ukrywa przede mną różne sprawy – powiedział, jakby to w ogóle cokolwiek wyjaśniało.
Ron wywrócił oczyma.
– Och, i tak świetnie sobie poradziłeś, kiedy w zeszłym roku wreszcie ci coś zdradził. Poważnie, Harry, naprawdę uważasz, że dyrektor powinien powiedzieć ci od razu, kiedy przyszedłeś do Hogwartu, że twoim przeznaczeniem jest zabić najgroźniejszego czarnoksiężnika wszechczasów? To byłby świetny prezent na jedenaste urodziny. Jeśli zamierzasz chować urazę, przynajmniej bądź sprawiedliwy. A kiedy już ci przejdzie, może wreszcie dotrze do twojego zakutego łba, że nie jesteś sam. – Ron zamachał ręką na Hermionę i siebie. – My się nigdzie nie wybieramy.

Kampania Opiekuńcza (Pet Project) HG/SSWhere stories live. Discover now