Rozdział 6. Wypadek i kolejne posunięcia

1.4K 73 2
                                              


Mniej więcej w okolicy trzeciego tygodnia od rozpoczęcia kampanii S.Z.N.A.P.S. Hermiona doczekała się podejrzliwego spojrzenia i chrząknięcia w odpowiedzi na swoje ciche powitanie: „Dzień dobry, sir". Wzięła to mruknięcie za pozytywny znak i postanowiła zignorować ostrzegawcze spojrzenie, przez co przez resztę dnia chodziła z głową w chmurach. Nawet chłopcy dopytywali, dlaczego jest tak „cholernie radosna".
Mówiąc słowami Rona, oczywiście, ale Harry ująłby to podobnie.
* * *
Neville oparł się o wezgłowie i spojrzał na różne teksty rozłożone przed nim w półkolu. Gryzmolił zapamiętale na kawałku pergaminu, przerywając tylko po to, by sprawdzić coś w ułożonym na łóżku podręczniku. Przeczytał parę akapitów, wymamrotał pod nosem kilka niezrozumiałych słów i powrócił do pisania. Kilka chwil później zakończył ostatnie zdanie efektownym zakrętasem.
Przeciągnął się i zerknął na swoją pracę. Tematem eseju było stosowanie różnych typów kociołków przy nowoczesnych eliksirach, a także jak wybór danego metalu wpływa na warzony eliksir.
– Powiedz mi, co o tym sądzisz – powiedział Neville, po czym odchrząknął i zaczął czytać na głos:
W swojej pracy chciałbym omówić zasady stosowania i właściwości danych minerałów, a także ich pierwotne wykorzystanie i rozwój prac. Wszystkie metale i minerały, przy swoim szerokim przekroju zastosowań, mogą dodatnio lub też ujemnie wpływać na eliksir, z którym miały styczność. Z przytoczonych prac alchemicznych wynika, że próba i zanieczyszczenia w danym metalu mają znaczący wpływ na warzony eliksir. Z tego faktu wynika uszeregowanie ich w porządku: złoto nad srebrem, srebro nad stalą, stal nad ołowiem, ołów nad miedzią, aż w końcu miedź nad żelazem. Należy zwrócić uwagę, że stojąc przed podobnym wyborem, większość nowoczesnych szkół alchemicznych i mistrzów eliksirów wskazuje na kociołki stalowe jako najmniej reagujące z warzonym eliksirem. Jednak nie należy odrzucać kociołków z żelaza z uwagi na ich skazy pochodzenia naturalnego, które mogą dodatnio wpływać na niestabilne bazy eliksirów.
Neville urwał i uniósł głowę, spoglądając na swoją widownię.
– Nie wydaje ci się, że to za dużo? Nie chciałem, żeby pierwszy paragraf był zbyt napuszony.
Jego nieruchomy słuchacz spoczywał wygodnie na poduszce obleczonej w gryfońskie złoto i nie kwapił się z odpowiedzią. Neville, nie oczekując reakcji, ciągnął jednostronną rozmowę.
– Jakieś uwagi na temat drugiego paragrafu? Mógłbym chyba trochę go uporządkować. Jestem raczej zadowolony z rozwinięcia. Ta książka o własnościach kociołków, którą pożyczyła mi Hermiona, naprawdę wiele mi dała.
Neville pogrzebał ręką wśród koców i wreszcie wyciągnął linijkę. Po dokładnych pomiarach uśmiechnął się szeroko do kukiełki Snape'a.
– Och, Mały Sevie, popatrz tylko. O dwa cale przekroczyłem zadane czterdzieści osiem. Naprawdę myślę, że twój większy i straszniejszy odpowiednik da mi za to dobrą ocenę. Chyba mi się udało.
– Hej, Nev, do kogo... – Dean Thomas wetknął głowę do sypialni – mówisz... – urwał, kiedy zauważył, że Neville siedzi w pokoju sam. – Dziwne – mruknął. – Mógłbym przysiąc, że słyszałem jak z kimś rozmawiasz.
Neville, z sercem bijącym dziko od nadmiaru adrenaliny, że zostanie nakryty, ledwo zdołał wydusić z siebie powitanie.
– C-co tam, Dean?
– A, po prostu schodzimy już na kolację. Wpadłem sprawdzić, czy jesteś gotowy.
– Jasne, spoko. Daj mi chwilę na ogarnięcie tego bałaganu i zaraz do was schodzę.
– Nie ma sprawy. – Dean odwrócił się, a drzwi przymknęły się z cichym trzaskiem.
Neville przycisnął dłoń do serca i wziął kilka głębokich oddechów. Później sięgnął ręką pod materac, gdzie pospiesznie wepchnął lalkę Snape'a, w chwili gdy Dean otworzył drzwi. Wyciągnął kukiełkę, po czym przygładził jej pogniecione szaty i włosy.
– Wybacz, Mały Sevie, ale nikt nie powinien cię widzieć.
Owinął lalkę w jej czarny płaszcz i ostrożnie umieścił w szkolnej torbie. Zatrzymał się kilka kroków przed drzwiami i ponownie rozważył decyzję.
– To jakaś paranoja – powiedział głośno, ale cofnął się, wyciągnął kukiełkę z torby i schował pod poduszkę. Wreszcie zadowolony, zszedł na dół.
* * *
Profesor Snape rozwinął do końca zwój z wypracowaniem i spojrzał na całość. Odwrócił pergamin na drugą stronę, sprawdzając, czy nie znajdzie tam dalszego ciągu, ale czekała go dziewiczo biała stronica. Znów odwrócił rolkę i zapatrzył się na podpis, dowodzący, że wypracowanie faktycznie należy do panny Hermiony Granger.
Zmarszczył brwi z zaskoczeniem i wyciągnął drewnianą linijkę spod stosu innych wypracowań zalegających na biurku. Strzepnął zwojem, aby rozwinąć go na pełną długość. Przyłożył linijkę i odmierzył każdą z zadanych trzech stóp.
– Dokładnie trzydzieści sześć cali.
Zmrużył oczy i zapatrzył się w leżący przed nim esej. Kontemplował tę zmianę przez dobrych kilka minut, postukując palcem o wargi. Nie był pewien, jak ma to rozumieć. Jak zawsze, jej pismo było schludne i czytelne. Nie starała się upchnąć więcej słów na przepisanej długości. Ponownie wyciągnął linijkę i sprawdził marginesy. Dokładnie tyle, ile wymagane. Przejrzał całe wypracowanie, żeby przypomnieć sobie całą wypowiedź i jej spostrzeżenia. Z książkową precyzją napisała esej na temat użycia włosów jednorożca w eliksirach. Ale czytając pracę ponownie, uświadomił sobie, że nie ma tam żadnych dopisków, które do tej pory okrywały ją niesławą. Żadnych pobocznych rozważań na temat krwi jednorożca, jego rogu czy historii. Panna Granger wyczerpała temat i na tym poprzestała.
Niemożliwe.
Grymas na jego twarzy jeszcze się pogłębił, kiedy sięgał do dolnej szuflady biurka po teczkę Granger. Wyciągnął kilka ostatnich kopii jej wypracowań i ponownie zaczął je czytać. Ostatnie trzy prace wyraźnie różniły się od pozostałych. Jakiś miesiąc temu styl wypracowań panny Granger uległ gwałtownej zmianie. Co się mogło wtedy wydarzyć? Sięgając pamięcią wstecz, nie mógł sobie przypomnieć nic specjalnego, co tłumaczyłoby taki przełom. Od sześciu lat zwracał jej uwagę, aby pisała tylko o tym, co ma w temacie, więc dlaczego nagle zdecydowała się posłuchać? I czy ma to coś wspólnego z innymi oznakami jej dziwnego zachowania, jakie zauważył ostatnio? Co ważniejsze, pomyślał, przecierając zmęczone oczy, dlaczego tak długo trwało, zanim zwrócił uwagę, że jej prace się zmieniły?
Severus Snape nie lubił tajemnic. Wiele lat temu przekonał się, że, kiedy wreszcie się je odkryje, tajemnice mogą tylko powodować problemy. A dziewczyna oficjalnie zaczęła stanowić zagadkę.
– W co ty pogrywasz, panno Granger? – zapytał na głos, mimo że nikt nie mógł udzielić mu odpowiedzi.
* * *
Neville siedział wygodnie na kanapie przed kominkiem w Pokoju Wspólnym, pogrążony w lekturze podręcznika do eliksirów, a dokładniej rozdziału poświęconego lekom stosowanym w danych regionach. Mały Sev, bezpiecznie ukryty przed wścibskimi spojrzeniami, był zagrzebany w torbie na książki u jego stóp. Neville już raz przeczytał ten rozdział, ale później tego wieczora czekała go lekcja z profesor Granger-Snape. Chciał mieć pewność, że wie na zadany temat tyle, ile to możliwe. Zagadnienie było wyjątkowo ciekawe, ponieważ eliksiry przeznaczone do celów medycznych zdawały się opierać głównie na ziołolecznictwie. Neville zaczynał myśleć, że gdyby nie krążące nad nim widmo profesora Snape'a, eliksiry mogłyby się nawet stać jego drugim ulubionym przedmiotem. Zaczynał fascynować go sposób, w jaki można wykorzystywać zebrane własnymi rękoma rośliny do stworzenia różnorodnych eliksirów.
Był tak skoncentrowany, że nie zauważył, kiedy Colin Creevey zostawił swoich kolegów przy grze w Eksplodującego Durnia i przysiadł się do niego na kanapę.
* * *
– Hermiono, mogę ci zająć chwilę?
Hermiona podniosła wzrok znad podręcznika starożytnych runów i uśmiechnęła się do piątoklasisty, który w nerwowym geście pociągał raz po raz za spust migawki swojego aparatu. Z biegiem lat Colin stracił może trochę swojego bezgranicznego entuzjazmu, ale wciąż patrzył na nią z tym samym podziwem w szeroko otwartych oczach, jaki towarzyszył mu od pierwszego roku nauki zawsze, gdy chodziło o Harry'ego, Rona i Hermionę. Przynajmniej teraz, po pięciu latach, Colin był w stanie rozmawiać z Harrym bez jąkania się.
– O co chodzi, Colin?
Colin spiął się lekko, wiercąc piętą w dywanie.
– Rozmawiałem wcześniej z Nevillem. Chciałem się dowiedzieć, jak to się stało, że zaczął dostawać lepsze oceny z eliksirów. Chodzą plotki, że profesor Snape nawet przyznał mu punkty na lekcji. – Colin zmarszczył nos. – Nie idzie mi za dobrze, a mama mnie zabije, jeśli obleję. – Colin zadrżał na samą myśl o tym. – Jedyne, co mogę dodać, to dobrze, że ona jest niemagiczna i nie może wysłać mi wyjca.
Posłał Hermionie nerwowy uśmiech.
– Tak czy inaczej, Neville wspomniał, że mu pomagasz, ale nie chciał powiedzieć, jak. Powiedział, że muszę spytać profesor Granger-Snape, ale nie wyjaśnił, co ma na myśli. Więc możesz mi pomóc tak jak Neville'owi?
Czy mogła pomóc Colinowi? Nie wiedziała. Nigdy nie planowała pomagać w eliksirach komuś innemu poza Nevillem. Z jego problemami była dobrze obeznana. Nie mogła wiedzieć, co jest przyczyną niepowodzeń Colina.
Wyczuwając jej niepewność, Colin przestąpił kilka kroków naprzód, przybrał proszący wyraz twarzy i spojrzał na nią wielkimi smutnymi oczyma.
– Proszę, Hermiono?
Cóż, w końcu cele postawione przez S.Z.N.A.P.S. zakładały pomoc nie tylko Neville'owi, ale każdemu, kto będzie potrzebował pomocy.
– No dobrze, Colin, spróbujemy. Spotkaj się z Nevillem po kolacji. On zaprowadzi cię do Pokoju Życzeń, bo to tam się spotykamy. Przynieś to, co macie teraz zadane, i podręcznik, na którym pracujecie. Będę musiała się zorientować, jak daleko jesteście z materiałem. Och, i przynieś swój zestaw do warzenia eliksirów, bo też będzie potrzebny.
– I, Colin – urwała, chcąc się upewnić, że słucha jej uważnie – to żadna tajemnica, że pomagam Neville'owi. Ale wolałabym, żebyś nie rozgłaszał nikomu, w jaki sposób mu pomagam. Bo bardzo prawdopodobne, że gdyby profesor Snape się o tym dowiedział, odjąłby Gryffindorowi tyle punktów, że zeszlibyśmy na minus.
Colin poczuł poddenerwowanie, nie wiedząc dokładnie, na co się zdecydował, ale skinął głową. W końcu nie kazała mu niczego podpisywać. Po tym, co spotkało Mariettę Edgecomb, wolał nie narażać się Hermionie.
Nagle Hermiona uśmiechnęła się, co rozproszyło nastrój powagi.
– W porządku, przyjdź z Nevillem, pamiętaj, żeby wszystko przynieść, i zobaczymy, co da się zrobić.
Colin wiedział, że należy się pożegnać, więc ruszył do dormitorium, aby przygotować rzeczy, o które poprosiła.
* * *
Miała wielkie brązowe oczy.
Severus potrzebował snu. Sen był jak uwodzicielska pieśń syreny wibrująca na granicy jego zmysłów. I, jak obietnica każdej szanującej się syreny, okazywała się zmieniać w koszmar z chwilą, gdy przymykał oczy.
Mokre od łez, błyszczące przerażeniem, oczy, które błagały, aby ją ocalił.
Wspomnienia nocnego posiedzenia wciąż wyciągały ku niemu swoje zimne, widmowe macki. Czarny Pan ogłosił, że nie będzie tolerował wahania. Ostatecznie wskazano dwie rodziny, których zbrodnią była mugolska krew od trzech pokoleń i otwarty opór wobec Czarnego Pana. Ich śmierć odbije się szeroką falą strachu w całym czarodziejskim świecie. Po dzisiejszej nocy wiele czarownic i czarodziejów ugnie kark pod jarzmem Lora Voldemorta, tylko w nadziei, że uda im się ocalić najbliższych.
Nigdzie nie będziesz bardziej samotny niż pośród zabójców twojej własnej rodziny.
Dawno nauczył się, że dla swojego własnego dobra powinien odcinać się myślą od podobnych nocy, ale czasem było zbyt trudno odepchnąć od siebie te wszystkie emocje. Wiedział, że nie uda mu się zasnąć, póki będzie słyszał krzyki i czuł smak popiołu w gardle.
Nie uratował jej. Nie mógł jej uratować. Nie wiedział nawet, czy wciąż jest w stanie sam siebie uratować.
Odkrył, że nawet najsilniejszy Eliksir Bezsennego Snu nie może już odpędzić wspomnień o tragediach, które czaiły się w najgłębszych zakamarkach jego umysłu. I tak był już niebezpiecznie blisko uzależnienia się od słodkiego zapomnienia, jakie oferował eliksir. Był rozdarty między rozkazami Czarnego Pana i Albusa. Nie wiedział, ile jeszcze wytrzyma pomiędzy młotem a kowadłem, jak mawiali mugole.
O nic nie prosiła. Po prostu na niego patrzyła. Oczekując więcej, niż był w stanie jej dać.
Miał wrażenie, że kroczy po ostrzu noża. Z jednej strony Czarny Pan zatruwał każdą jego chwilę, a z drugiej podejrzliwi członkowie Zakonu czyhali na jego potknięcie, aby smakować tę chwilę, móc spojrzeć na niego z głową wzniesioną w czystej arogancji i oznajmić, że nigdy mu nie ufali. I w każdej chwili, przy jednym nieostrożnym kroku to ostrze mogło zatopić się w podeszwach jego nagich stóp.
Severus parsknął samokrytycznie na żałosny obraz, jaki wyprodukowała jego podświadomość. Naprawdę potrzebował snu, jeśli zaczynał robić się tak żałośnie patetyczny. Był po prostu tak cholernie zmęczony. Szukał czegoś, co da mu chwilę wytchnienia i choć trochę uspokoi emocje buzujące w nim jak w kotle. Z tą nadzieją opuścił swoje komnaty, licząc że spacer przez puste, ciche korytarze przyniesie mu upragniony spokój. Godziny później, z nadejściem zdradzieckiego świtu, udało mu się powoli odzyskać utraconą równowagę, a krzyki bezimiennej dziewczyny milkły w ciszy uśpionego zamku.
Po prostu patrzyła na niego z oczyma mokrymi od łez.
Kiedy uczniowie już się obudzą i zapełnią wrzawą korytarze, on znów będzie panem własnych emocji. Potrzebował jeszcze chwili samotności i może eliksiru na ból głowy, by stawić czoła nadchodzącemu dniu.
* * *
Hermiona obudziła się wcześnie, szary świt dopiero zaczynał wlewać się przez okna do sypialni. Zanuciła z młodzieńczą energią i zdecydowała się poczytać trochę w bibliotece przed śniadaniem. Odkryła, że we wczesnych godzinach porannych biblioteka była całkowicie pusta, nie było jeszcze nawet pani Pince. Wielkie okno wychodzące na wschód, przez które mogła obserwować wstający świt, sprawiło, że to miejsce szybko stało się jej ulubionym, aby rozpocząć dzień.
Wiedziała, że musi się pospieszyć, jeśli chce zdążyć na wschód słońca, więc wygramoliła się z łóżka i przesunęła rozespanego Krzywołapa, który prychnął na nią z niezadowoleniem, zanim na powrót zagrzebał się w ciepłą kołdrę, spod której ona sama właśnie wyszła.
Zebrała przybory toaletowe i udała się do łazienki prefektów. Ponownie sprawdziła godzinę, wzięła szybki prysznic i przebrała się w szkolny mundurek. Spojrzała w lustro i, spisując swoją fryzurę na straty, zebrała masę loków w niedbały kucyk.
Zakończywszy poranną rutynę, Hermiona chwyciła swoją torbę i opuściła wieżę Gryffindoru. Uśmiechnęła się, widząc profesora Snape'a idącego z naprzeciwka korytarzem, przy którym znajdowała się biblioteka. Poczuła ukłucie ciepła na widok człowieka zmierzającego w jej kierunku. W pewnym sensie stał się co najmniej jej obowiązkiem, a może nawet fantazją, jej własnym wyobrażeniem mitu o Androklesie i lwie. Profesor Snape uosabiał wyjątkowo dużego lwa o czarnej grzywie, a Neville był cierniem w jego łapie.
Z cichą nadzieją, że może okaże jej zrozumiałą wdzięczność, uśmiechnęła się szeroko do profesora i powitała go pogodnie. Była zupełnie nieprzygotowana i nie wiedziała jak ma się bronić przed reakcją, jaką wywołały jej słowa.
Hermiona patrzyła z oszołomieniem na mistrza eliksirów, który zatrzymał się tuż przed nią. Starała się powstrzymać chęć ucieczki spowodowaną jego gwałtownymi ruchami i wpatrywała się w niego z pomieszaniem. Wyraz jego twarzy zmusił ją do cofnięcia się o kilka kroków i sięgnięcia do kieszeni po różdżkę.
Profesor znów zbliżył się do niej na odległość kroku, mrużąc z wściekłością czarne oczy. Najbardziej przerażająca była wisząca nad nimi cisza, która kazała jej cofać się aż poczuła za plecami zimny kamień.
Wciąż się nie odzywał; żadnych miażdżących uwag, odjętych punktów, szlabanu. Hermiona zadrżała, nigdy w życiu nie była bardziej przerażona, a fakt, że nie znała przyczyny jego gniewu, jeszcze potęgował jej strach. A człowiek, który niemal przygwoździł ją do ściany, doprowadził ją do takiego stanu samym swoim wyglądem. Niekontrolowane łzy wezbrały w jej oczach i spłynęły w dół po policzkach, ale Hermiona nie odwróciła wzroku, ponieważ jakiś instynkt samozachowawczy krzyczał w niej, że okazanie uległości w takiej chwili mogłoby powodować rzeczy, o których nawet nie chciała myśleć.
Oczy, które wyrażały emocje tak dalekie od zwykłego chłodu, wwiercały się w nią.
– Uważasz, że jestem głupi, panno Granger?
Hermiona zadrżała na to zadane łagodnym tonem pytanie, a najbardziej przerażający był w nim zupełny brak jakiejkolwiek pasji czy wściekłości. Nie mogła odnaleźć własnego głosu, więc tylko powoli pokręciła głową.
Przestąpił o kolejne pół kroku w jej stronę. Wciąż nie mógłby jej dotknąć, ale udało mu się zmienić już i tak niespokojne bicie jej serca w szalony stukot.
– Więc może uważasz, że jestem ślepy? – Kolejne pół kroku w jej stronę i ciągnął tym samym łagodnym tonem: – Uważasz, że miłe powitanie zrobi jakąś różnicę? Że zło rozplenione po świecie pomacha ci przyjaźnie, jeśli zamachasz mu pierwsza? Pozwól, że obalę te dziecinne wymysły. Wracaj w tej chwili do swoich zepsutych, niedorozwiniętych kolegów, którzy uciekają przede mną w popłochu. Nie wiem, w co sobie pogrywasz, ale zapewniam cię, że skoro nie dałem się starszemu Potterowi i jego kumplom, to nie pozwolę, żebyś ty albo któryś z twoich kolegów robił ze mnie durnia.
Hermiona nie była w stanie myśleć, mogła tylko kręcić głową tam i z powrotem. Nie była. Nie będzie.
Zamarła, a oddech uwiązł jej w piersi, kiedy potężny dreszcz wstrząsnął jego ciałem.
– Uciekaj – wychrypiał. – Uciekaj.
Hermiona ruszyła, a za sobą mogła słyszeć, jak coś uderzyło o ścianę.
* * *
Ta po trzykroć przeklęta dziewczyna, zadowolona z siebie gryfońska dziewczyna, nikt nie miał prawa być tak radosny, nikt, kiedy on... Nie był nawet pewien, jakich słów użył – jego podejrzenia i obawy, przeszłość i teraźniejszość, wszystko zlało się w jedno – kiedy zdał sobie sprawę, że jego ciężko obkupiony spokój został rozbity, wściekłość wezbrała jedną falą i pochłonęła ze sobą wszystko inne.
Jak śmiała! Jak mogła być tak szczęśliwa i bezpieczna? Panna Granger, która zmieniała swoje zwyczaje po sześciu długich latach bez wyraźnej przyczyny. Panna Hermiona Granger, która planowała coś, żeby sobie z niego zadrwić i upokorzyć.
Hermiona Granger, która miała wielkie brązowe oczy. Oczy, które wpatrywały się w niego pociemniałe, a na policzkach znaczyły się ciche łzy.
Och, na Merlina.
– Uciekaj – wychrypiał. – Uciekaj.
Uderzył o ścianę dokładnie w sekundę później.
* * *
Hermiona biegła, aż nagle po swojej prawej stronie dostrzegła drzwi do biblioteki. Uderzyła w nie całym ciężarem tak, że zaskrzypiały głośno i ciężko uderzyły o ścianę. Nawet nie zwróciła na to uwagi, chciała tylko uciec i ukryć się. Wsunęła się głębiej między wysokie półki, szukała kryjówki wśród książek, kierowała się do najmniej uczęszczanych działów, aż zawędrowała daleko w gąszcz regałów. Dopiero wtedy padła na kolana, a jej oddech przeszedł w drżący szloch, kiedy starała się zrozumieć, co zaszło przed chwilą.
Wciąż była roztrzęsiona, kiedy wreszcie zeszła do Wielkiej Sali na śniadanie, jednocześnie zadowolona, że przynajmniej miała chwilę, żeby się pozbierać.
– Hermiono, wszystko w porządku?
Hermiona odwróciła się i posłała Ronowi blady uśmiech, ale to nie wystarczyło, żeby odwieść go od dalszych dociekań. Przez większość czasu Ron pozostawał równie niedomyślny i zapatrzony w siebie jak każdy nastolatek, ale geny Molly zdawały się odzywać u niego w najmniej odpowiednich momentach. Jak teraz, kiedy nie była w stanie zmierzyć się z podejrzliwym Weasleyem.
Uśmiechnęła się szerzej i ukryła drżące dłonie pod stołem.
– Poważnie, Ron, nic mi nie jest. Czasem są takie poranki, kiedy człowiek wstanie z łóżka lewą nogą.
To zdawało się mu wystarczyć, ale zauważyła, że przyglądał jej się dziwnie przez resztę śniadania. Profesor Snape, jak wynikało z jej obserwacji, rzadko kiedy zjawiał się na śniadaniu, za co była teraz wdzięczna. Nie czuła się na siłach, aby zmierzyć się z nim tak szybko po tym... co się stało. Zadrżała na samo wspomnienie jego twarzy tak blisko niej. Jeśli oczy faktycznie są zwierciadłem duszy, profesor Snape żył w piekle.
Szum skrzydeł oderwał Hermionę od podobnych myśli i uśmiechnęła się lekko, kiedy tuż przed nią wylądowała brązowo nakrapiana sowa. Nie sądziła, żeby idea sowiej poczty miała jej się kiedykolwiek znudzić. Wsunęła należne knuty do woreczka na szyi ptaka i odebrała swój numer Proroka Codziennego.
Otworzyła gazetę i aż zachłysnęła się na widok zdjęcia, które zajmowało połowę pierwszej strony – skromny domek pochłaniały czarno-białe płomienie, a na niebie migotał Mroczny Znak.
– Co się stało?
Hermiona napotkała spojrzenie Harry'ego. Zawahała się na chwilę, po czym podała mu gazetę.
Harry rozłożył gazetę na stole i zagapił się na zdjęcie ze zmarszczonym czołem, a Ron czytał mu przez ramię zduszonym głosem:
– „Źródła donoszą, że atak śmierciożerców na rodzinę Withmore wypadł między północą a drugą nad ranem w miasteczku Harrogate na przedmieściach Leeds... Rodzina Withmore, jako przedstawiciele pół-krwi, otwarcie deklarowali sprzeciw wobec Sami-Wiecie-Kogo... Aurorzy z Ministerstwa prowadzą dochodzenie... Śmierć poniósł starszy pan John Withmore oraz John Withmore młodszy wraz z żoną i ośmioletnią córką Anną Withmore..."
Ron urwał, bo Harry zgniótł gazetę w ciasną kulkę i wstał, a gniew wprost z niego emanował.
– Harry? – spytała cicho Hermiona.
– Później – wyrzucił z siebie Chłopiec, Który Przeżył. – Zostawcie mnie teraz w spokoju.
Ron i Hermiona uszanowali jego życzenie i patrzyli jak wychodzi z Wielkiej Sali, a uczniowie odwracają się i szepczą na jego temat.
– On coś ukrywa – powiedział Ron.
Z oczyma wciąż skupionymi na oddalającym się Harrym, Hermiona spytała:
– Dlaczego tak myślisz?
Kątem oka zobaczyła, jak Ron wzrusza ramionami.
– Trudno powiedzieć. Coś go gryzie od środka. Coś złego. – Ron rozejrzał się dookoła, by upewnić się, że nikt ich nie podsłuchuje. Ściszył głos i dodał: – Ostatnio przeglądał jedną książkę. Wyglądała jak z Działu Ksiąg Zakazanych i nie mam pojęcia, jak ją wytrzasnął.
– Myślisz, że ją ukradł? – zawołała zszokowana, podnosząc głos.
Ron wywrócił oczami.
– Hermiono, to nie ma znaczenia. Skup się i ścisz głos. Nawet jeśli ją świsnął, to nie jest ważne. Liczy się, jaka to jest książka. Jest tam głównie o Niewybaczalnych, a szczególnie na temat Klątwy Zabijającej. Może powinniśmy przeprowadzić interwejście, jak mugole.
Hermiona spoglądała na niego przez chwilę zdezorientowana, zanim zrozumiała, co miał na myśli.
– Nie interwejście, a interwencję. – Jeszcze raz odwróciła się w kierunku, gdzie zniknął Harry. – To nie byłby taki zły pomysł.
* * *
Wołanie i tupot bosych stóp na drewnianej podłodze rozległ się głośno w nocnej ciszy.
– Hermiona! Hermiona Granger!
Hermiona zerwała się z łóżka, złapała różdżkę i ustawiła w pozycji bojowej, jeszcze zanim do końca się obudziła i otworzyła oczy. Czegokolwiek oczekiwał jej zaćmiony snem umysł, z pewnością nie była to stojąca w drzwiach wystraszona uczennica z pierwszej klasy odziana we flanelową piżamę w kotki. Hermiona zamrugała, w zakłopotaniu starając się przypomnieć sobie jej imię. Na szczęście wybawiła ją Lavender, która wytknęła głowę zza kotary.
– Lucy, co się dzieje?
Lucy przestąpiła z nogi na nogę ze zdenerwowaniem.
– Moja koleżanka z pokoju, Gemma, Gemma Stuart, ona jest chora. Bardzo. Wymiotuje krwią. Mina, inna koleżanka, powiedziała, że trzeba zabrać ją do Skrzydła Szpitalnego, ale jest po ciszy nocnej. – Lucy powróciła spojrzeniem do Hermiony. – Powiedziała, żeby iść po ciebie, bo jesteś prefektem.
Hermiona pojęła problem, a praktyczna część jej charakteru odgoniła resztki snu. Narzuciła szkolną szatę na bawełnianą koszulę nocną i skierowała się do drzwi.
– Lavender – powiedziała, zatrzymawszy się w progu – mogłabyś obudzić profesor McGonagall? Powinna o tym wiedzieć. Ja zajrzę do panny Stuart i zaprowadzę ją do pani Pomfrey. Niech profesor McGonagall tam na nas czeka.
Hermiona pospieszyła krętymi schodami do sypialni pierwszego roku i zobaczyła Gemmę Stuart zwiniętą na łóżku w ciasny kłębek, z rękoma przyciśniętymi do żołądka. Hermiona przyklęknęła przy łóżku dziewczynki, podczas gdy jej koleżanki kuliły się nerwowo za nią. Wyciągnęła dłoń i przyłożyła ją do czoła dziewczynki. Promieniujące z niej gorąco, sklejone potem włosy i zaszklone spojrzenie wykluczały zaprowadzenie jej do Skrzydła Szpitalnego.
Przysiadła na piętach i wyciągnęła różdżkę. Skoncentrowała się, wykonała odpowiedni ruch i rzuciła Mobilicorpus, upewniając się, że intonacja i ruch różdżki jej prawidłowy. Nigdy jeszcze nie rzucała tego zaklęcia, więc westchnęła z ulgą, gdy Gemma Stuart wzniosła się płynnie w powietrze i zawisła około stopę nad łóżkiem. Hermiona pokierowała płynącą w powietrzu, półprzytomną dziewczynkę przez drzwi, a następnie w dół schodami do ciemnego Pokoju Wspólnego. Kiedy znalazły się o kilka kroków od drzwi, poczuła, że jej magia zaczyna słabnąć. Utrzymanie zaklęcia i skupienie potrzebne do zachowania panny Stuart na stałej wysokości i kierowania nią okazało się trudniejsze niż przypuszczała. Zacisnęła zęby i z determinacją ruszyła dalej.
W połowie korytarza zorientowała się z nagłym przerażeniem, że powinna była zabrać koc, aby okryć młodszą dziewczynkę. Wędrówka przez lodowate korytarze Hogwartu nie pomoże na dreszcze, które wstrząsały jej dziecięcym ciałem. Hermiona z całą pewnością mogła stwierdzić, jak jest zimno, ponieważ w pośpiechu wybiegła na boso.
– Nic nie poradzę – mruknęła i jedną ręką odpięła swoją szatę, by zaraz okryć nią pannę Stuart. Dziewczynka stanowiła teraz jej obowiązek i, skoro to konieczne, mogła wytrzymać ze zamarzniętymi palcami u stóp. Mrucząc uspokajające słowa, Hermiona starała się jak najszybciej dotrzeć do Skrzydła Szpitalnego, ponieważ z każdą chwilą ciężej było jej kontrolować własną magię, przez co ciało panny Stuart opadało stopniowo coraz bliżej podłogi. Nigdy nie próbowała utrzymać zaklęcia tak długo i nie spodziewała się, że będzie to wymagało od niej tyle sił.
– Niech zgadnę – odezwał się głos znikąd. – Koniecznie teraz potrzebujesz jakiejś książki z biblioteki?
Hermiona podskoczyła i pisnęła zduszonym głosem, kiedy z mrocznego kąta wyłonił się profesor Snape. Ku jej przerażeniu, z trudem udało jej zachować kontrolę nad zaklęciem Mobilicorpus, które utrzymywało pannę Stuart w powietrzu.
– Minus dwadzieścia punktów, panno Granger, za wędrówki po korytarzach po... – urwał na widok dziewczynki, która unosiła się za Hermioną; czarna szkolna szata, w którą była otulona, sprawiła, że niemal zlewała się z cieniami zaściełającymi korytarz.
Minął Hermionę i podszedł do panny Stuart, by przyłożyć dwa palce do jej rozpalonego czoła.
Hermiona wciąż miała żywo w pamięci ostatnie spotkanie z tym człowiekiem, więc cofnęła się o kilka kroków. Przestraszył ją niemal na śmierć i wolała zachować ostrożność.
– Co się stało? – rzucił.
Hermiona drgnęła.
– Jej koleżanki z pokoju mnie obudziły, sir – powiedziała, podczas gdy profesor Snape kontynuował szybką analizę stanu panny Stuart. – Ma gorączkę, wyraźnie się poci, a jej koleżanki mówiły, że wcześniej wymiotowała krwią. Była w takim stanie, kiedy przyszłam do jej pokoju, jest na wpół przytomna, ale nie reaguje na nic.
Profesor Snape wyciągnął różdżkę i polecił:
– Zdejmij zaklęcie, żebym mógł ją przejąć, zanim upuścisz ją na podłogę. Biegnij do Skrzydła Szpitalnego i powiedz pani Pomfrey, że już idziemy.
Hermiona uniosła różdżkę i poczuła wyraźną ulgę, gdy profesor Snape pewnie przejął kontrolę nad zaklęciem Mobilicorpus, a ciało panny Stuart, zamiast opadać, na powrót uniosło się do poziomu wzroku. Kiedy odpadł jej ten wysiłek, Hermiona przypomniała sobie, co mówił jej o zbieżności. Nawet w takich okolicznościach, kiedy żołądek skręcał jej się w supeł ze strachu przed nim, zaimponował jej łatwością, z jaką przejął od niej kontrolę nad zaklęciem, i nie mogła opanować dreszczu, kiedy przez krótką sekundę wyczuła zmysłami jego magię – głęboką i mroczną, która przywodziła jej na myśl obrazy uśpionego oceanu.
Potrząsnęła głową, aby odpędzić podobne myśli i już miała pobiec, kiedy zatrzymał ją nieznoszącym sprzeciwu poleceniem: – Stój!
Snape spoglądał na nią z niedowierzaniem.
– Gdzie ma pani szatę i buty, panno Granger? – zapytał.
Skuliła się na te słowa i wyraz jego twarzy.
– Zapomniałam butów, bo spieszyłam się sprawdzić, co z panną Stuart, sir. – Wskazała ręką w kierunku zawieszonej dziewczynki. – Zapomniałam też koca, a ona miała dreszcze. Uznałam, że potrzebuje szaty bardziej niż ja.
– Minus pięć punktów za brak zdrowego rozsądku, dziewczyno. Jest początek kwietnia w Szkocji.
Hermiona zamarła, słysząc tak złośliwe słowa. Nie ważne, jak bardzo ją w tym momencie przerażał, jak śmiał odbierać jej punkty za to, że starała się zadbać o drugą osobę? Zajęta walką z własną irytacją, zupełnie się pogubiła, kiedy profesor Snape sięgnął, by odpiąć swoją nauczycielską szatę, strząsnął ciężką tkaninę z ramion i wyciągnął w jej kierunku.
Zmarszczył brwi, gdy wciąż stała wpatrując się z oszołomieniem, i wcisnął jej szaty w ramiona.
– Nie stój tu jak ogłupiała mumia. Idź obudzić panią Pomfrey.
Na te słowa Hermiona drgnęła i zarzuciła szatę na ramiona, okrywając cienką koszulę nocną, w którą była ubrana. Zebrała w dłonie przydługie fałdy szaty, skinęła głową z podziękowaniem w stronę profesora Snape'a i ruszyła do Skrzydła Szpitalnego. Na miejscu poczuła ulgę, że profesor McGonagall już tam jest i czeka razem z panią Pomfrey. Obydwie wyglądały tak, jak Hermiona się czuła, wyrwane z głębokiego snu, nie miały czasu, aby doprowadzić swój wygląd do porządku. Profesor McGonagall miała na sobie szlafrok w szkocką kratę, a jej przeplatane siwizną włosy spływały luźno na ramiona, zamiast ciasnego koka i zwykłych nauczycielskich szat, które prezentowała na co dzień.
Obydwie odwróciły się w jej kierunku, kiedy weszła do Skrzydła Szpitalnego.
– Panno Granger, panna Brown powiedziała, że przyprowadzisz chorą uczennicę z pierwszego roku.
Wciąż zdyszana od biegu przez szkolne korytarze, Hermiona wyjaśniła, łapiąc oddech:
– Tak, pani profesor. Wpadłam na profesora Snape'a. On ją przyniesie. Powiedział, żebym pobiegła naprzód i wszystko wyjaśniła pani Pomfrey.
Chwilę później, kiedy bicie serca i oddech Hermiony zaczynały się dopiero normować, nadszedł profesor Snape. Cała uwaga skupiła się natychmiast na chorej uczennicy. Zapomniana na chwilę przez starszych Hermiona wycofała się i przysiadła na jednym z drewnianych krzeseł stojących pod ścianą. Wiedziała, że powinna wracać do wieży Gryffindoru, ale chciała dowiedzieć się, co z panną Stuart, żeby po powrocie uspokoić jej koleżanki.
Podwinęła nogi pod siebie i otuliła się szczelniej nauczycielską szatą profesora Snape'a, kuląc swoje zmarznięte palce pod grubym materiałem. Och, jak ciepło. Ciepło jest dobre. Oparła ręce na uniesionych kolanach, schowała dłonie w przydługich rękawach i wtuliła nos w skrzyżowanie ramion. Oddychając głęboko, wyróżniła aromat drewna sandałowego i miodową woń pszczelego wosku, które wionęły z tkaniny. Stwierdziła, że był to ciepły, krzepiący zapach, raczej zaskakujący u takiego człowieka.
Zapatrzyła się przez pokój na gorączkowe czynności wokół łóżka panny Stuart i zaczęła dumać nad osobą profesora, kiedy słuchał uważnie pani Pomfrey wymieniającej kolejne potrzebne eliksiry. Krótko kiwnął głową i wyszedł, jak przypuszczała Hermiona, do swojego własnego składziku po niezbędne leki. Wyglądał jakoś inaczej, aż uświadomiła sobie, że to dlatego, że brakuje mu jego zwykłych powiewających szat, i uśmiechnęła się skrycie na tę myśl. Trudno, żeby miał je na sobie, skoro w tej chwili to ona jest w nie owinięta.
Jego szaty. Poruszyła palcami pod ciepłą tkaniną. Dał jej swoje szaty. Jeśli wczoraj ktoś by ją spytał, czy profesor Snape byłby w stanie sam z siebie ofiarować własne szaty jakiemuś uczniowi, odpowiedziałaby z całym przekonaniem: NIE! A teraz siedziała otulona w jardy czarnej wełny. Profesor Snape, który ofiarował jej swoje szaty, w niczym nie przypominał szaleńca, który tak bardzo przestraszył ją pod biblioteką. Wciąż pamiętała zduszony ton głosu, którym kazał jej uciekać i podejrzewała, że profesor Snape przestraszył wtedy nawet sam siebie. Więc dlaczego dał jej te szaty?
Kiedy po chwili profesor Snape wrócił z dwoma fiolkami w dłoni, Hermiona zmarszczyła brwi, mogąc się mu wreszcie spokojnie przyglądać, jak długo pomagał pani Pomfrey przy łóżku panny Stuart.
Pracował z zapamiętaniem, aby pomóc uczennicy... uczennicy z Gryffindoru, na dodatek. To nie powinno jej dziwić. W razie konieczności zawsze robił, co w jego mocy, by chronić szkołę i jej uczniów, niezależnie od tego, do którego domu należeli; wystarczy spojrzeć na niezliczoną ilość razy, kiedy profesor Snape stawał, by ratować ją, Harry'ego i Rona. Po prostu robił to tak, by nikt nie zauważył jego udziału. Jak każdy doskonały Ślizgon.
Hermiona pocierała nieświadomie róg szaty. Gdzieś na granicy jej świadomości zaczynała się formować pewna myśl. Profesor troszczył się o uczniów, nieważne jak to wyglądało z boku... doskonały Ślizgon... przestraszył ją i zdawał sobie z tego sprawę... Profesor Snape nigdy by nikogo nie przeprosił, a na pewno nie ucznia... skończony Ślizgon... dał jej swoje szaty... ochrona... nigdy by nie przeprosił... ale...
Och.
Nie chciał, a może nawet nie był w stanie, przeprosić otwarcie. Ale mógł to zrobić w inny sposób. Hermiona znów zanurzyła nos w tkaninie otulającej jej kolana. Ofiarował jej swoje szaty. Nie były to może jasne przeprosiny za wystraszenie jej niemal na śmierć, ale jak na ślizgońskie standardy, było całkiem blisko. Z drugiej strony, mogła zupełnie się pomylić i dałby jej szaty po prostu, żeby nie biegała po zamku boso w samej koszuli nocnej. Nie ważne, ilu książek na ten temat by nie przeczytała, rozszyfrowywanie Ślizgona nie było łatwą sztuką.
A wracając do samych nauczycielskich szat, jeszcze nigdy nie widziała, żeby ten człowiek je zdejmował. Wiedziała, że jest wysoki i szczupły, ale mężczyzna po drugiej stronie sali był dużo więcej niż szczupły. Był boleśnie chudy, wystające kości znaczyły się ostro pod surdutem. Teraz strapiło ją, jak luźno zwisało na jego smukłej sylwetce pozornie nieskazitelnie skrojone ubranie. Tego nie mógłby dostrzec postronny obserwator, który widywał go zawsze spowitego w ciężkie nauczycielskie szaty.
Zauważalne zmizerowanie przypomniało jej, jak często widywała go tylko grzebiącego w talerzu. Rzuciła spojrzenie w stronę profesor McGonagall i pani Pomfrey. Czy one tego nie dostrzegały? Czy ona jako pierwsza zwróciła uwagę na jego niepokojące zwyczaje żywieniowe? DLACZEGO nie jadł? Ze stresu? Miał wrzody? Czy może coś innego?
To z kolei zawiodło ją do rozważań, co w ogóle profesor Snape robił tak późno na nogach. Poprawiła opadający rękaw i sprawdziła godzinę. Było prawie wpół do czwartej nad ranem. Żaden nauczyciel nie miał tak późno obowiązków, a żaden uczeń o zdrowych zmysłach i tak nie wymknąłby się o takiej porze. A jednak, profesor Snape patrolował, a przynajmniej spacerował po korytarzach. Co znów prowadziło ją do pytania, dlaczego? Zawsze lekceważyła rozpowiadane przez uczniów legendy na temat bezsenności profesora Snape'a, ale może tkwiło w nich ziarno prawdy. Jeśli profesor rzeczywiście nie sypiał dobrze, to by wiele wyjaśniało – od ciemnych kręgów pod oczami po napady wściekłości, które zostawiały uczniów ledwo żywych.
Wstał wcześniej czy jeszcze się nie położył? Tak samo zdarzyło się, gdy wpadła na niego pod biblioteką. Czy to wszystko było ze sobą powiązane?
Hermiona zagubiła się w rozmyślaniach i przegapiła moment, w którym profesor McGonagall zauważyła jej obecność. Spostrzegła się w chwili, gdy nauczycielka stanęła tuż przed nią, zasłaniając jej widok na mistrza eliksirów i uzdrowicielkę.
– Panno Granger, wciąż tutaj? Dawno powinnaś być w łóżku – upomniała ją.
Hermiona podniosła się ze skulonej pozycji i stłumiła ziewnięcie.
– Przepraszam, pani profesor. Chciałam tylko upewnić się, czy wszystko w porządku z panną Stuart, zanim wrócę. Jestem pewna, że jej koleżanki byłyby spokojniejsze.
Profesor Snape wybrał tę chwilę, by przystąpić do nich, z przewieszoną przez ramię szatą Hermiony.
– Możesz przekazać współlokatorkom panny Stuart, że wszystko z nią w porządku, ale przez następne kilka dni będzie musiała zostać w Skrzydle Szpitalnym.
Hermiona zdecydowała, że to dobra chwila, by sprawdzić teorię „szata na przeprosiny", więc podniosła się z miejsca, a szata profesora opadła luźno na jej mniejszej sylwetce. Zatrzymała dłonie na zapięciu.
– Dziękuję za pożyczenie mi wcześniej szaty, profesorze. To było bardzo uprzejme.
– Uprzejmość nie ma tu nic do rzeczy. Moja reputacja może wzbudzać strach pośród uczniów, ale nie pozwoliłbym, żeby któryś zamarzł na kość.
Hermiona bardzo ostrożnie dobrała następne słowa, zanim wypowiedziała je na głos:
– Nigdy nie wierzyłam, że mógłby pozwolić pan, aby stała mi się krzywda – powiedziała, spoglądając mu prosto w oczy. – Zasługuje pan na uprzejmość i wdzięczność. – Proszę bardzo, mogło jej chodzić zarówno o pożyczenie szat, jak i powitanie, które tak rozjuszyło go poprzedniego ranka.
Profesor Snape przyjrzał jej się uważnie, ale jego spojrzenie nie ujawniało tego, co sobie myślał. Wraz z przeciągającą się ciszą, zdenerwowanie Hermiony również zaczęło rosnąć. Powiedziała coś nie tak? Może prowadzenie rozmowy wewnątrz rozmowy należało jednak pozostawić Ślizgonom? A jeśli opacznie ją zrozumiał?
Profesor McGonagall odczuła rosnący niepokój, kiedy ta krypto-rozmowa między nauczycielem a uczennicą stanęła w martwym punkcie i postanowiła przerwać ciężką ciszę. Sięgnęła po szatę Hermiony, a w zamian podała profesorowi Snape'owi jego własną.
Hermiona zaczerwieniła się i wsunęła dłonie w rękawy swojej szaty. Po chwili zawstydziła się jeszcze bardziej, kiedy profesor McGonagall zmarszczyła brwi na widok jej bosych stóp i wyczarowała jej parę ciepłych kapci.
– Proszę za mną, panno Granger – powiedziała. – Odprowadzę cię do dormitorium.
Hermiona odwróciła się, by życzyć profesorowi Snape'owi dobrej nocy, ale odszedł już w stronę pani Pomfrey.
Nie pozostało nic więcej do zrobienia, a zniecierpliwiona opiekunka jej domu już na nią czekała, więc Hermiona pospieszyła w swoją stronę.
* * *
Hermiona wzięła głęboki wdech, odliczyła w myślach do trzech, po czym powoli wypuściła powietrze. Może to zrobić. Kolejny uspokajający oddech. Odlicz do trzech. Zrobi to. Jak to mówią, jeśli raz spadło się z konia, trzeba znów na niego wsiąść, w przeciwnym wypadku nigdy już nie pojedziesz.
Zaczęła iść, powolnym, odmierzonym krokiem. Nie spieszyła się, ani przesadnie nie wlokła. Powiedziała mu, że się go nie boi. Czas to udowodnić. Miała nadzieję, że zrozumiał, co miała na myśli i nie uważa dłużej, że ona sobie z niego drwi albo chce mu wykręcić jakiś numer.
Cztery kroki.
Trzy kroki.
Dwa kroki.
Jeden...
– Dzień dobry, profesorze Snape. – Tym razem, po krótkim wahaniu, skinął głową w odpowiedzi, kiedy się minęli.
Nie wiedział, że chwilę później Hermiona dokładnie powtórzyła dziki taniec Neville'a, z każdym podskokiem, obrotem i wymachem.
* * *
Później tego wieczora Hermiona sięgnęła do górnej szuflady szafki nocnej i wyciągnęła swój notes. Szybki ruch różdżki ujawnił cały S.Z.N.A.P.S. Przewróciła kilka kartek i ponownie przeczytała część notatek. Jak każdy dobry naukowiec zawsze starannie datowała postępy.
Neville podciągał się powoli, ale równo. Zdawał się mniej denerwować w obecności profesora Snape'a, ale wciąż miał trochę problemów, kiedy przychodziło do warzenia. Co do Colina, było za wcześnie, żeby coś stwierdzić. Ona sama, niestety, wciąż nie mogła powstrzymać się od „ustawicznego machania ręką", jak to określił profesor Snape. Nie mogła znieść ciszy, która zapadała w klasie po tym, jak zadał pytanie, na które nikt poza nią nie znał odpowiedzi. Najbardziej irytujące z tego wszystkiego było to, że nie wiedziała, czy profesor w ogóle zauważał jej wysiłki, by dostosować się do wymagań, jakie stawiał na swojej lekcji.
Zabiegi, by traktować go z równie życzliwym szacunkiem co resztę nauczycieli, wypadały różnie. Skinął jej głową tego popołudnia, ale wspomnienie spotkania pod biblioteką wciąż było żywe. A jednak nawet tamto zajście zaliczyła teraz jako krok w dobrym kierunku. Z nienawistnych słów, które cisnął jej prosto w twarz, jasno wynikało, że zauważył zmianę w jej podejściu względem niego. Natomiast nie mogła nic poradzić, że jej życzliwe zachowanie zdezorientowało go i wzbudziło podejrzenia. Z kolei ich niby-rozmowa w Skrzydle Szpitalnym też zdawała się posunąć sprawy naprzód. Postanowiła skupić się na powitaniach, a zastraszenie puścić w niepamięć. Miała tylko nadzieję, że zrozumiał jej podprogową wiadomość, że nie próbuje go upokorzyć, a jedynie uprzejmie przywitać.
Mając to na uwadze, Hermiona zanotowała w swoim notesie, że tak czy inaczej, profesor Snape NIE jest rannym ptaszkiem. Prawdę mówiąc, nie zachowywał się wiele lepiej po południu czy wieczorami, ale częściej udawało jej się wtedy uzyskać reakcję na swoje powitanie. Rano nie mogła liczyć na nic więcej jak tylko ciche chrząknięcie. Zdecydowała się więc zmodyfikować odpowiednio swoje pozdrowienia i od teraz uśmiechać się lekko i skinąć głową, jeśli spotka go gdzieś przed południem.
Hermiona przerzuciła kartki wracając do strony tytułowej. Miała dwa punkty do dodania na liście celów S.Z.N.A.P.S.; dwa punkty, które budziły o wiele więcej obaw niż poprzednie. Widok profesora Snape'a bez wierzchnich szat naprawdę ją zastanowił. Ten człowiek nie dbał o siebie odpowiednio. Nie miała pojęcia, jak podejść do tego problemu, ale postanowiła spróbować. Z poczuciem, że z tej drogi nie będzie już odwrotu, zapisała:
– Bezsenność
– Problemy ze zdrowiem/odżywianiem.

Kampania Opiekuńcza (Pet Project) HG/SSWhere stories live. Discover now