Rozdział 4. Operacja S.Z.N.A.P.S.

1.3K 70 2
                                                  

Hermiona zapukała do ciężkich drzwi do klasy eliksirów i, usłyszawszy warknięcie: „Wejść", wkroczyła do sali. Kiedy znalazła się w środku, poczuła dreszcz biegnący wzdłuż kręgosłupa. W lochach było chłodno, ale zacięty, gorzki wyraz na twarzy człowieka siedzącego za biurkiem pozostawiał o wiele zimniejsze wrażenie. Gdyby nie wiedziała tego na własne oczy, nigdy by nie uwierzyła, że ten sam mężczyzna nie dalej niż czterdzieści minut temu przekomarzał się i żartował z profesor McGonagall.
Przemknęło jej przez myśl, czy kampania na rzecz Snape'a, którą powzięła z taką determinacją, nie odbije się zamiast tego na niej samej.
Zatrzymała się kilka stóp od jego biurka. Powinna odpowiednio rozpocząć ten wieczór.
– Profesorze Snape, zanim zacznę swój szlaban, chciałam tylko, żeby pan wiedział, że ja... cóż, chciałam przeprosić za wszystko, co powiedziałam dzisiejszego popołudnia w Wielkiej Sali. To było niestosowne i niepotrzebne. – Nie wiedziała, czego oczekiwać od profesora Snape'a po swoich przeprosinach, bo wyraz jego twarzy w ogóle się nie zmienił. Nie była pewna jak ma rozumieć ten brak reakcji.
– Pani przeprosiny, panno Granger – odezwał się w końcu – nie są ani konieczne, ani pożądane. Nie licz, że te nieszczere banały zniosą twój szlaban albo uczynią go lżejszym.
Hermiona starała się wytrwać przy swoim postanowieniu, by patrzeć na profesora Snape'a w jaśniejszych barwach. Ze złośliwego uśmieszku na jego twarzy mogła wyczytać, że nie udało jej się powstrzymać odruchowego grymasu złości. Policzyła w myślach do dziesięciu, aby się uspokoić, po czym odpowiedziała:
– Nie oczekuję złagodzenia mojej kary, proszę pana. Jestem winna. Chciałam tylko, żeby pan wiedział, że jest mi przykro i że to już się nie powtórzy. Pozwoliłam, aby złość przejęła kontrolę nad moim zachowaniem.
Profesor Snape wyraził swoje głębokie zdumienie chrząknięciem i uniesieniem brwi.
To by było na tyle, jeśli chodzi o przeprosiny.
– W takim razie zabieram się do szorowania kociołków, proszę pana. – Dopiero na te słowa wyraz jego twarzy uległ zmianie. Spoglądał na Hermionę z zaskoczeniem, co nie mogło być dobrym znakiem.
– Tego wieczora nie będzie pani szorowała kociołków, panno Granger.
– Sir? Ale słyszałam... – ale nie dokończyła zdania. Wolała, żeby nie pomyślał, że kwestionuje jego decyzje.
Jeden kąt jego ust lekko uniósł się ku górze. Profesor Snape zdawał się być teraz rozbawiony, chociaż czuła, że bawi się jej kosztem.
– Panno Granger, skorzystajmy na chwilę z twojego osławionego intelektu, dobrze? Powiedz mi, co robiłaś każdego wieczora po kolacji, w swojej małej szczęśliwej rodzinie, zanim poszłaś do Hogwartu?
Hermiona zmarszczyła brwi w nagłym zaskoczeniu.
– Zmywałam naczynia i porządkowałam kuchnię. To były moje obowiązki.
Profesor rozparł się na krześle, splatając dłonie na brzuchu.
– A teraz, panno Granger, czy dziecko, które wyrosło w czarodziejskim świecie, też miałoby takie obowiązki?
Hermiona mogła tylko potrząsnąć głową w zdumieniu. W tym szaleństwie była metoda.
– Nie, proszę pana – odpowiedziała. – W czarodziejskim gospodarstwie albo stosuje się uroki czyszczące, albo skrzaty domowe zmywają naczynia.
– Dokładnie. Gdybyś dostała zadanie, które nie sprawia ci trudności, szlaban straciłby sens. Tylko ktoś wychowany w czarodziejskim świecie zasłużyłby sobie na wątpliwą przyjemność szorowania kociołków. Dla ciebie mam nieco bardziej uciążliwe zadanie.
Pochylił się do przodu i podniósł z krzesła, a ciemne szaty spłynęły mu do stóp w ciężkich fałdach.
– Proszę za mną.
Profesor Snape poprowadził ją do stołu roboczego na tyłach sali i wskazał drewnianą skrzynkę wypełnioną po brzegi błyszczącymi, czarnymi żukami – błyszczącymi, czarnymi, na szczęście nieżywymi żukami.
– Pani, panno Granger, ma za zadanie oderwać skrzydła każdego żuka od jego pancerza i umieścić je w tym słoiku. – Wskazał na niebieskawy, szeroki słój na końcu stołu. Następnie, pokazując kolejny słoik, tym razem o przyciemnianych na brązowo ściankach – Hermiona wiedziała, że to po to, aby chronić zawartość przed światłem słonecznym – dodał: – Tutaj proszę umieszczać oczy żuków. Postaraj się ich nie uszkodzić, kiedy będzie wyłuskiwała je z tych małych oczodołów. Pozostałości żuków wrzucaj z powrotem do skrzynki. Kiedy skończysz szlaban, odniesiesz ją do Hagrida. Wyraziłem się dostatecznie jasno, czy też masz jakieś pytania?
Hermiona spojrzała do skrzynki wypełnionej żukami i skrzywiła się z niesmakiem.
– Nie, proszę pana, żadnych pytań.
– Och, błogosławiony dzień – sarknął, kierując się do swojego biurka. – Żadnych pytań od tej, która zadaje niekończące się pytania. Sugeruję zatem, abyś zaczęła.
Hermiona sięgnęła po pierwszego żuka, który był długości jej palca, i skrzywiła się, wyczuwając lepką, prawie oleistą fakturę skrzydeł. Przełknęła ślinę i rozpoczęła zadanie. Po około czterdziestu robakach wpadła w miarowy rytm: złap żuka – sięgnij paznokciem między głowę a odwłok – oderwij skrzydła – odwróć robaka – ostrożnie podważ oczy – umieść oczy i skrzydła w odpowiednim słoiku i sięgnij po następnego żuka. Po pierwszych kilku przestała nawet próbować usnąć wnętrzności żuków spod swoich krótko przyciętych paznokci. Dobra metoda, aby zaprzestać obgryzania paznokci przez następne kilka tygodni, o wiele bardziej efektywna niż gorzki lakier, który stosowała jej mama, gdy w dzieciństwie próbowała oduczyć ją tego nawyku.
Jednak wkrótce machinalnie powtarzane ruchy rąk skierowały jej myśli na błędne szlaki. Nieświadomie powędrowała spojrzeniem w stronę profesora Snape'a. Pochylał ciemną głowę nad biurkiem i marszczył brwi w zamyśleniu, co pogłębiało zmarszczki na jego czole. Rolki pergaminu obok niego wskazywały, że oceniał wypracowania. Hermiona skrzywiła się ze współczuciem, widząc zwoje pokrywające się w wielu miejscach czerwonym atramentem. Jakiś pechowy uczeń doczekał się wybitnie złośliwej uwagi, jeśliby miała sądzić po ilości zużytego atramentu i głębokim grymasie profesora.
Hermiona pilnowała, aby jej obserwacja nie wzbudziła podejrzeń, i ostrożnie dzieliła czas między zerkanie na profesora a patroszenie żuków. Ale po pewnym czasie nawet obserwowanie Snape'a zaczęło ją nużyć. A znudzona Hermiona, jak zwykła powtarzać jej mama, nie zwiastowała niczego dobrego.
– Profesorze, mogę spytać o coś dotyczącego dzisiejszego poranka? – Pytanie zawisło ciężko w ciszy.
Nie podniósł głowy, ale pióro przestało sunąć po pergaminie.
– Nie, panno Granger, nie będę wyjaśniał pani, ani nikomu innemu, jeśli już przy tym jesteśmy, moich decyzji z dzisiejszej lekcji.
Przygryzając dolną wargę, rozważała... czy ośmieli się drążyć dalej?
– Nie, proszę pana, nie o to chciałam spytać.
To zwróciło jego uwagę. Obrzucił ją ostrym spojrzeniem ciemnych oczu z umiarkowanym zainteresowaniem.
– W takim razie jedno pytanie, panno Granger. – Uniósł ostrzegawczo rękę, zanim zdążyła nabrać tchu. – Tylko jedno. I sugeruję, aby było mądre. Jeśli chcesz zawracać mi głowę jakimiś idiotyzmami, zawsze mam w magazynie kolejną skrzynkę żuków.
Wiedziała, że groźba przedłużenia szlabanu nie jest czczym gadaniem, a jednak w ciągu jednej krótkiej sekundy w jej głowie zaroiło się od pytań, a każde aż błagało o odpowiedź. Co sprawiło, że odwrócił się od Voldemorta? Dlaczego pomagał Dumbedore'owi? Dlaczego tak bardzo zdawał się nienawidzić Harry'ego, Rona i jej samej? Dlaczego? Dlaczego? Dlaczego? Z trudem zrezygnowała z tych pytań. Tylko jedno. Może to zrobić. Co naprawdę chciałaby wiedzieć, co było warte dodatkowego szlabanu? I nagle wiedziała.
– Dziś rano skorzystał pan w klasie z mojej różdżki, a moja magia odpowiedziała na pana zaklęcie. Nie rozumiem, jak to się stało.
Profesor Snape przyglądał jej się tak długo, że stwierdziła, że nie doczeka się odpowiedzi. Pogodziła się już z myślą o kolejnym wieczorze spędzonym nad żukami, kiedy ją zaskoczył.
– Jako osoba urodzona w mugolskiej rodzinie, nic dziwnego, że nie wiesz takich rzeczy.
Gdy Hermiona usłyszała uwagę o mugolskiej rodzinie, wyprostowała się sztywno i przygotowała na spodziewane drwiny.
Jeśli zaskoczyło ją, że w ogóle odpowiedział, jeszcze bardziej zdumiały ją jego następne słowa.
– Nie masz się co unosić, panno Granger. To nie krytyka twojego pochodzenia, zaledwie stwierdziłem fakt. Jako osoba nie wychowana w czarodziejskim świecie, brak ci społecznego uświadomienia w kwestiach, które kształtują zaplecze naszej kultury. Nieważne, jak bardzo byś się nie starała wejść w ten świat, jak wiele byś się o nim nie uczyła, wciąż będą istniały kwestie dotyczące kultury, historii, legend i zwyczajów, których nigdy nie zrozumiesz, chyba że ktoś ci je wyjaśni.
Hermiona uspokoiła się szybko, gdy zrozumiała, do czego zmierzał. Podobne myśli nachodziły ją przez lata, kiedy starała się znaleźć swoje miejsce w czarodziejskim świecie.
– Nie ważne jak bardzo bym nie chciała być częścią tego świata, nigdy nie będę... tubylcem, jeśli można tak powiedzieć.
Poczuła lekkie ukłucie zadowolenia, kiedy uniósł jedną czarną brew na te słowa. Zdołała go zaskoczyć, może nawet mu zaimponowała. Widząc w tym swoją szansę, dodała kolejną myśl, która towarzyszyła jej przez ostatni rok, a której nie potrafiła przedstawić Harry'emu czy Ronowi.
– To jest to, co czyni mnie i innych mugolaków takim zagrożeniem dla czarodziejskiego świata i punktem zapalnym dla Voldemorta i czystokrwistych. Kiedy spojrzeć na to wprost, stanowię niebezpieczeństwo dla magicznego stylu życia. Pierwsze jedenaście lat życia spędziłam w innej kulturze. Pewne rzeczy robię inaczej. Inaczej myślę. Ideologia czystokrwistych jest błędna, ale niektóre ich lęki są zrozumiałe. Zmiany są ciężkie w każdym społeczeństwie, a co dopiero w tak zamkniętym i powoli rozrastającym się jak czarodziejski świat. Myślę, że nie bez znaczenia jest też inna długość życia czarodziejów. To...
– Minus pięć punktów za dygresje, panno Granger – uciął Snape.
Jego słowa przerwały jej wpół zdania. Poczuła uderzenie gorąca na policzkach i wymamrotała szybko:
– Przepraszam, sir.
– Tak, cóż, zanim tak dalece odbiegłaś od tematu...
Hermiona zaczerwieniła się, ale rozsądnie powstrzymała reakcję na te słowa, zwłaszcza że profesor Snape wstał z krzesła i stanął przy biurku w pozie wykładowej. Najwyraźniej miał jej udzielić szczegółowej odpowiedzi i żaden sposób nie chciała go od tego odwodzić.
– Jako użytkownicy magii nie zawsze korzystaliśmy z różdżek, aby spotęgować naszą moc – zaczął. – Nasi przodkowie praktykowali coś, co dziś nazywamy starą magią. Tamta magia opierała się raczej na emocjach, pierwotnej sile i rytuałach, niż na inkantacjach. Jednak stara magia była też bardziej wyczerpująca dla jej użytkownika, ponieważ wykorzystywała energię danej osoby jako oparcie pod jej praktykowanie. Obecnie różdżki koncentrują naszą magię i potęgują ją, pozwalając osiągnąć lepsze efekty przy mniejszym wysiłku. Minusem jest jednak to, że odeszliśmy od podstaw.
Palce Hermiony zacisnęły się wokół trzymanego żuka, a jego pancerz zaskrzypiał pod tym uściskiem. Potrzebowała pióra i pergaminu, żeby zacząć robić notatki. Czego by się nie mówiło o lekcjach profesora Snape'a, zawsze przekazywał wiedzę w sposób, który fascynował ją od samego początku nauki w Hogwarcie.
Profesor Snape odebrał jej niespokojne ruchy jako oznakę zniecierpliwienia i wtrącił sucho:
– Zmierzam do wyjaśnienia. Cierpliwości, panno Granger. Musisz najpierw poznać historię, aby zrozumieć teraźniejszość.
Ponownie się zaczerwieniła. Jej niewygoda zdawała się go bawić i powrócił do przerwanej wypowiedzi.
– Nasi przodkowie, pozbawieni różdżek, musieli zbierać się w grupy, aby osiągnąć potężniejsze efekty. Wtedy odkryli, że magia danej osoby działa lepiej z magią jednych osób, aniżeli drugich. Określali to mianem zbieżności. Jakkolwiek dziś nie jest popularne, żeby wiedzieć, z kim dzielisz zbieżność, nie jest to też nic niezwykłego. Jedyny powód, dla którego nie jest to tak dobrze znane to to, że niemal do wszystkiego używamy różdżek. Nie ma już potrzeby, żeby łączyć siły by osiągnąć pożądane efekty; gdyby tak nie było, więcej ludzi zdawałoby sobie sprawę, z kim dzielą zbieżność. I zanim przyjdą ci do głowy jakieś niestworzone pomysły o naturze naszej zbieżności, nie ma między nami żadnej magicznej więzi. Moje zdanie na temat twojej wartości nie ulegnie zmianie. Nie staniemy się nagle najlepszymi przyjaciółmi. Czy to jest zrozumiałe?
– Tak, proszę pana – odpowiedziała potulnie. Niesmak, z jakim wymówił słowo „przyjaciele", nie pozostawiał jej żadnych wątpliwości w tym temacie.
– Świetnie. Zbieżność oznacza nie więcej niż to, że nasza magia dobrze ze sobą współdziała, że w razie potrzeby nie pojawi się między nią żaden rozłam czy sprzeczność. To dlatego twoja magia odpowiedziała, kiedy skorzystałem z twojej różdżki, by rzucić zaklęcie.
– Czy to znaczy...
Uniósł dłoń, by ją uciszyć.
– Doskonale pamiętam, że pozwoliłem ci zadać jedno pytanie. – Jego spojrzenie wyostrzyło się, gdy spojrzał do skrzynki obok jej łokcia. – I zdaje się, że zostało ci jeszcze ponad sto żuków do obrobienia.
Hermiona podążyła za jego spojrzeniem. No tak. Robaki.
– Tak, proszę pana.
Cisza szybko powróciła do klasy.

Kampania Opiekuńcza (Pet Project) HG/SSWhere stories live. Discover now