5. Przebudzenie

59 3 5

  Ból to pierwsze uczucie, jakie ją tknęło. Czuła go na swoich skroniach, klatce piersiowej i żołądku. Stanęła z trudem na równe nogi, gdyby nie żelazne protezy upadłaby ponownie. Rozejrzała się, lecz mroczki i zawirowania bardzo jej to utrudniły. Poczuła jak całe ciało ją pali, błędnik się zachowywał, jakby objadł się szaleju, a w uszach dzwoniło. Zaklęła parszywie pod nosem i opierając się swoją normalną ręką o, jak jej się wydawało, stary i zapomniany wrak jakiegoś samolotu. Wreszcie ból i zawroty dały we znaki i po kilku krokach zwymiotowała. Nie miała niestety nawet czym, z jej ust pociekło zaledwie kilka kropel śliny. Konwulsje żołądka na chwilę ustały, a do jej uszu doszło wreszcie pikanie. Odzyskała ostrość wzroku i dojrzała niewielkie pudełko z anteną i pulsującą czerwoną diodą. Obok niego jak jej się po odzyskaniu przytomności zdawało, leżał kształt, który przypominał małego słonia pożartego przez brązowego węża. Teraz widziała na tyle dobrze, że mogła stwierdzić, iż to jej kapelusz. Z lekkim niedowierzaniem spowodowanym jej absurdalnym wyobrażeniem na temat swojego nakrycia głowy, podniosła go, otrzepała nim swoje lekko zakurzone bioniczne nogi i w końcu założyła go na głowę.

 Spojrzała na pudełko, w pierwszej chwili chciała je zmiażdżyć, lecz umysł na krótką chwilę przed kolejną konwulsją, mroczkami, bólem i wymiotom pozwolił jej połączyć fakty. Spojrzała ponownie na wrak. Teraz zauważyła to, czego niedojrzała po odzyskaniu świadomości. Samolot nie był stary i nie rozbił się tu dawno. Czerwony dwupłatowiec był jej dobrze znany, pilot jeszcze bardziej. Nie zauważyła bądź nie była w stanie zauważyć nigdzie śladów tego, że on, jak i jego pasażerka nie wyszli z kraksy cało. W przeciwieństwie do niej... Dopiero teraz dotknęła i poczuła zaschnięty strup z boku jej głowy. Pudełko pikaniem ponownie przypomniało o swojej obecność. Wtedy połączyła fakty. Chciała iść w jakimkolwiek kierunku, lecz to by było bez sensu. Musiała tu zostać i poczekać, ewentualnie zbadać to, co zostało z samolotu. Już miała to zrobić gdy poczuła jak po jej szyi spływa wilgoć. Dotknęła dłonią tego miejsca. Spojrzała na nią, była w czerwonej plamie na całej swojej długości. Mimo tego chciała iść dalej, lecz nogi również odmówiły jej posłuszeństwa. Zignorowała to i ruszyła... Jeden krok, drugi, trzeci... Czwarty nie był nawet w połowie tak długi jak trzy pierwsze, które również do najdłuższych nie należały. Piątego nie było, ugięła się w kolanach. Poczuła wybuch na swej skroni, a jedno z jej oczu zaszło czerwienią. Doczołgała się do samolotu i wciskając się jakoś do wraku, szukała apteczki... kiedy wreszcie znalazła pudełko z czerwonym krzyżem na białym tle, palce odmówiły posłuszeństwa... Zesztywniała, jedyne, na co się zdobyła to splunięcie zieloną flegmą gdzieś w dal. Zamknęła oczy, wszystko zaczynało być ciężkie i obojętne. Ból zniknął a jedyna rzecz, jaką wychwyciły tracące świadomość uszy, był doskonale znany głos i akcent.


-Bunni! Mon amie! Wytrzymaj! - Uśmiechnęła się nieświadomie.  



***



Chłód uderza w plecy. Chłód rozdziera ciało... Jednak coś wraz z chłodem pali, wręcz szczypie, jakby ktoś wlał w rozdarte miejsca kwas. Macki. Sztywne, toporne, błyszczące, obślizgłe i... Chłodne. To jeszcze życie czy mara? Chaos wie. Symfonia. Pikająca orkiestra gra marsza pogrzebowego. Światło. Sztuczne, zimne i nienaturalne. Doprowadza ono do mroczków. Wszystko pod skórą płonie i wibruje, jakby ktoś wtłoczył w żyły rtęć albo płyn do akumulatorów. Co jest najgorsze? Wiedza, że to może być żywe. Obserwuje, milczy... Jest obojętne, a jednak widać smutek w oczach. Pozornie martwe, lecz przytłaczone wiedzą że może trwać w tej męce i czuć jej każdy fragment.

Szepcząc w chaosiePrzeczytaj tę opowieść za DARMO!