Rozdział 23

1.1K 93 18

Moje przeczucia mnie nie zmyliły. Obudziła się, a mnie zabrakło przy niej. Byłem wściekły, że droga do watahy musi trwać tak długo.
- Pośpiesz się! Jedziesz tak cholernie wolno!- warknąłem zrezygnowany, opadając na siedzenie pasażera. Clemens zacisnął mocniej dłonie na kierownicy starając się panować nad emocjami. Chciałem prowadzić, lecz przyjaciel widząc mój stan kategorycznie mi tego zabronił. Problem jednak jest taki, że chodź licznik wskazuje ponad 170km/h dla mnie jest to wciąż za wolno. Przez całą drogę byłem niespokojny, nie mogłem usiedzieć w jednym miejscu gdy w myślach kłębiła mi się Carmen. Obudziła się, jest sama i  wystraszona, a nikt nie zdołał jej uspokoić i wytłumaczyć całej sytuacji. Wiedziałem, że na poważnej rozmowie z lekarzami może się nie skończyć, gdyż według informacji woleli ją uciszyć lekami niżeli po prostu przemówić jej do rozumu.
- Będziemy za jakieś pół godziny.- mruknął zdenerwowany Clemens.
- Dobrze, że tamten Alfa przystanął co do naszej decyzji. Nie sądziłem, że pójdzie tak łatwo.- uśmiechnąłem się pod nosem widząc byłego alfę Karoliny Południowej. Był taki wystraszony i zestresowany naszym przyjazdem. Zapewne chciał dobrze wypaść, lecz słabo wychodziło mu ukrywanie emocji.
- Będę musiał tam wrócić i dokończyć wszelkie formalności lub wyśle ciebie. - mruknął skupiony na jeździe. Przez chwilę siedziałem cicho wpatrując się w widoki za oknem lecz szybko się zirytowałem, gdyż zostawiłem moją mate samą! Ta myśl rozbijała mnie emocjonalnie. Warknąłem wściekły uderzając otwartą ręką o deskę rozdzielczą.
- Lepiej się uspokój, bo gdy wjedziemy na teren watahy nie chcę by ktoś ucierpiał bezpodstawnie.

***
Gdy tylko auto zatrzymało się na podjeździe wyciągnąłem torbę z bagażnika i pobiegłem wprost do skrzydła szpitalnego.
-Oh, szybko wróciłeś Beto. - usłyszałem zmieszany głos lekarza, którego wyminąłem. Nie interesowało mnie wdawanie się w rozmowę pytając o stan zdrowia Carmen. W chwili obecnej moim priorytetem było zobaczenie jej i upewnienie się, że wszystko z nią w porządku. Wtargnąłem do jej sali tak nagle, że z pewnością gdyby nie spała, przestraszyła by się mnie. Jednak jej przymknięte powieki, równomierny i spokojny oddech oraz niewinna mimika twarzy wskazywały, że dziewczyna jest pogrążona w głębokim śnie. Odetchnąłem z ulgą wypuszczając torbę z ręki wprost na podłogę. Uśmiechnąłem się pod nosem podchodząc do niej powoli. Mała lampka na szafce obok łóżka oświetlała prawy bok twarzy dziewczyny. Była noc, prawdopodobnie około 3 nad ranem i chodź sam czułem zmęczenie, mój wilk nie chciał jej opuszczać. Dotknąłem wierzchem dłoni jej delikatnego, lecz bladego policzka. Zwierze wewnątrz mnie zamruczało z chwilowego kontaktu z jej skórą. Czyżbym  poddał się w zupełności? To niemożliwe aby więź mate aż tak bardzo na mnie oddziaływała!
- Wróciłem. - wychrypiałem wpatrując się intensywnie w jej twarz. Dziewczyna lekko się poruszyła, dlatego szybko zabrałem rękę nie chcąc jej przestraszyć. Carmen jednak nie obudziła się, będąc wciąż pogrążona w głębokim śnie. Ja sam byłem równie mocno zmęczony. Oczy szczypały wręcz błagając o kilka godzin porządnego snu. Nie było sensu siedzieć przy śpiącej nastolatce. Byłem na miejscu i w każdej chwili mogłem przybiec. Po za tym gdyby coś się działo, lekarze od razu powiadomi by mnie o tym. Ze spokojem wyszedłem z sali upewniając się, że śpi spokojnie i nic jej nie zagraża. Zanim jednak wspiąłem się po schodach na swoje piętro, ruszyłem do kuchni stada znajdującej się na parterze by móc zjeść coś szybkiego.
W praktycznie całym zamku panowała cisza oraz ciemność, dlatego nie chciałem zrobić niepotrzebnego hałasu. Po cichu wszedłem do kuchni i zapaliłem światło. Zrobiłem sobie ciepłej herbaty oraz kilka kanapek z szynką i warzywami. Kubek oraz talerz postawiłem przy wyspie kuchennej sam przy niej zasiadając.
Od kąt pamiętam, zawsze stąpałem twardo po ziemi, jednak od kilku miesięcy ciężko było mi zapanować nad czymkolwiek. Nie kontrolowałem swoich czynów, emocji czy chociażby myśli. Wziąłem gryz kanapki będąc wciąż pogrążonym w myślach.
- Nie śpisz? Myślałem, że już dawno odleciałeś.- usłyszałem zachrypnięty głos Clemensa, który właśnie wchodził do kuchni.
- To samo myślałem o tobie.- mruknąłem.
Nagle usłyszeliśmy przeciągły, kobiecy krzyk. Popatrzyliśmy po sobie zaskoczeni.
- Carmen?- głos Clemensa był cichy, wręcz nie odpowiedni dla tak potężnego Alfy. Nic nie odpowiedziałem, jedynie przytakując powoli głową. W jednej chwili zerwaliśmy się  z miejsc biegnąc do skrzydła szpitalnego. To nie możliwe, byłem tam zaledwie 15minut temu i nic nie wskazywało aby coś miało ulec zmianie w najbliższym czasie.

OddalonaWhere stories live. Discover now