Rozdział 22

1K 88 23

Kordian położył delikatnie drobne ciało brunetki na łóżku szpitalnym w jednej z sal. Samuel Reidersy wraz z całą asystą czekał w pełnej gotowości na udzielenie pomocy młodej dziewczynie. Dobrze wiedział, że nie będzie łatwo odratować tak bardzo skrzywdzonej nastolatki. Wyprosił z sali Betę, lecz ten nie miał najmniejszej ochoty opuszczać pomieszczenia. Chciał być blisko Carmen, lecz chodź bał się o jej życie, był przepełniony złością i ciężko było go wyciszyć. Na szczęście szybka reakcja Alfy podziałała. Chodź do wypchania wściekłego Bety, Clemens potrzebował wsparcia Dereka, obojgu mężczyzną udało się wyciągnąć go na korytarz.
- Takim zachowaniem jej nie pomożesz!- donośny warkot wydobył się z ust Alfy. Bezradny Kordian usiadł bezsilny na jednym z krzeseł, opierając czoło o dłonie które zostały podparte na kolanach. Bał się, że gdy jego mate umrze nie będzie w stanie zapanować nad swoim wilkiem. Wiele razy widział jak samce po stracie przeznaczonych tracili rozum. Nie chciał żeby i jego spotkała ta sytuacja.
W tym samym czasie o życie Carmen walczyła grupa najlepszych lekarzy z watahy. Nie reagowała na podawane dożylnie leki, a jej tętno wciąż słabło. Nagle akcja serca została zatrzymana. Samuel spodziewał się takiego obrotu spraw gdyż organizm był na tyle wycieńczony, że nie chciał już w żaden sposób współpracować. Nie zamierzał jednak się poddawać i musiał zawalczyć o nastolatkę. Miał tylko cichą nadzieję, że tym razem jego praca i wysiłek nie pójdą na marne. Jeżeli Carmen była by ponownie torturowana, nie umiał by się z tym pogodzić ponownie. Była niczemu winnym człowiekiem, który chciał żyć jak normalna nastolatka.
Rozpoczął uciskać klatkę piersiową wykrzykując przy tym konkretne polecenia. Równa kreska na monitorze nie chciała jak na złość podskoczyć do góry. W sali lekarze biegali wokół próbując wszelkich metod, podczas gdy Samuel z wielką determinacją walczył o tą kruchą istotkę. Na domiar tego do drzwi zaczął dobijać się wściekły Kordian, który wyczuwał napiętą sytuację. Na szczęście doświadczony lekarz zdołał wcześniej zamknąć drzwi na klucz, gdyż znał porywczość Litavora.
Minęło ponad pół godziny i każdy tracił już wszelkie nadzieje. Samuel nie wiedział co mógłby przekazać Kordianowi. Obawiał się jego reakcji na te przykre wieści.
-Mamy ją!- wykrzyczała 35-letnia kobieta o imieniu Emili. Była szczupłą brunetką o niskim wzroście, jednak swym uśmiechem i dobrocią przyciągała wielu pacjentów. Samuel słysząc te słowa wypuścił z ulgą wstrzymywane powietrze, odsuwając się od łóżka na krok. Przez chwilę nie mógł uwierzyć, że udało się im przywrócić jej funkcje życiowe.

Cała akcja trwała ponad 4 godziny podczas których lekarze musieli kilkakrotnie podejmować się działań resuscytacyjnych. To nie wróżyło najlepiej, gdyż jej organizm dobitnie pokazywał, że nie ma ochoty na rozpoczęcie jakichkolwiek działań aby przeżyć. Może faktycznie lepiej było by pozwolić jej odejść, lecz czekający za ścianą dwaj mężczyźni powodowali, że presja była niemal maksymalna.

~Kordian~

Siedziałem na tym niewygodnym plastikowym krześle już czwartą godzinę. Co chwilę słyszałem zza drzwi podniesione głosy lekarzy. Nie miałem pojęcia co tam się dzieje, a mój wilk wręcz wyrywał się aby tam wejść i uchronić tą kruchą dziewczynę. Przez cały ten czas Clemens nie opuszczał mnie ani na krok gdyż widział moje poddenerwowanie. Gdy jestem zły, nie zawsze myślę racjonalnie i dopiero po podjęciu się jakiś czynności, uświadamiam sobie co zrobiłem.
- Kordian... Ty chcesz tej więzi? - nagle długo ciągnącą się ciszę przerwał głos Alfy. Patrzyłem dalej tępo w ścianę przede mną, oparty głową o oparcie krzesła, a tyłem głowy dotykając ściany.
- Z pewnością teraz ojciec przewraca się w grobie widząc kto został mi wybrany przez księżyc.
- Mimo to, jego tu nie ma, a więź mate daje naprawdę wiele uczuć i przywiązania tylko do jednej kobiety. Chcesz ją rozpieszczać i kochasz ją bezopamietania. Gdy w końcu zaakceptujesz tą więź, sam się o tym przekonasz. Niejednokrotnie widziałem jak mój bezuczuciowy ojciec cierpiał gdy matka zostawiła go na jakiś czas.
- Może i masz rację ale jest człowiekiem do cholery! Po co mi taka krucha mate?! Nie mam ochoty jej niańczyć każdego dnia! - warknąłem wstając gwałtownie na równe nogi.
- Gdybym tylko wiedział że to twoja przeznaczona nie tknął bym jej.- tłumaczenia Clemensa były głupie i bezsensowne, dlatego też na jego słowa głośno prychnąłem.
- Mimo to jest twoją siostrą, a ty dopuściłeś się okropnych czynów. Oboje jesteśmy potworami... - poczucie winy kłębiło się we mnie, a żal wciąż narastał. Były to dla mnie nowe uczucia.
- Żałuję. Wiesz... Kiedy zobaczyłem ją w tym lesie, serio byłem przekonany, że nie żyje, a my się spóźniliśmy. Poczułem wtedy ogromną złość na siebie, bo to ja doprowadziłem swoimi czynami i rozkazami tą małą istotę do zguby. Chodź ciężko mi ją zaakceptować, nie będę wam wchodził w drogę.- głos Alfy był cichy. Gdy mówił jego wzrok był utkwiony w podłodze.
- Tylko zrozum w końcu, że ja nie chcę tej więzi!- warknąłem podirytowany.
- Nie uciekniesz od niej. Chodź nie zdajesz sobie z tego sprawy ale więź zaczęła już oddziałowywać na was obojga.
Nagle drzwi do sali w której znajdowała się Carmen, zostały otwarte. Byłem ciekawy co ma nam do powiedzenia lekarz.
- Staraliśmy się jak tylko mogliśmy, jednak najbliższe 48 godzin będzie decydujące. Nie należy się cieszyć bo tętno często spada i trzeba być gotowym na najgorsze. Miała wiele ran które zszyliśmy i odkaziliśmy, gdyż zakażenie było nieuniknione. Co do ogólnych oględziny których się podjąłem mogę śmiało powiedzieć, że ma wiele źle zrośniętych kości które były wynikiem wcześniejszych złamań. Gdy jej stan zdrowia nie będzie w stanie ryzyka, będę chciał zrobić resztę badań. Na domiar tego, dziewczyna nie oddycha samodzielnie. Na razie niestety pozostaje mieć nadzieję, że przeżyje.
Po tych słowach szybko przepchałem się do środka. Chciałem ją zobaczyć. Leżała na łóżku przypięta do mnóstwa maszyn, które pomagały jej przeżyć. Jej ciało zostało przykryte białą kołdrą. Przez co widoczna była twarz i ramiona, które okryte były materiałem szpitalnej piżamy. Jej skóra była blada i wychudzona, a głowy nie okrywały piękne, długie włosy. Miała jedynie gdzie nie gdzie jeszcze rosnące dłuższe lub krótsze szczątki kosmyków. Zakodowałem, aby znaleźć odpowiednie nakrycie na jej głowę i obciąć to co pozostało, aby później włosy mogły rosnąć równomiernie. Przeczesałem wzrokiem całe pomieszczenie znajdując przy łóżku krzesło do którego od razu się skierowałem. Usiadłem na nim wciąż milcząc. Wpatrywałem się w nią nie mogąc znieść jej tragicznego widoku. Mój wilk wył z rozpaczy, chcąc jej pomóc, lecz nie mógł. Nikt nie był w stanie. Teraz to od niej zależało czy będzie chciała wrócić do świata żywych. Jej blade ręce bezwładnie leżały wzdłuż ciała. Delikatnie wziąłem w swoją dużą dłoń, jej drobną i malutką rączkę. Lekko pogładziłem kciukiem jej skórę.
- Jesteś taka delikatna... Wręcz nie stworzona dla mnie. Nie chcę cię ponownie skrzywdzić.- mruknąłem wpatrzony w nią.
- Jestem świadom, że więź zaczęła na mnie działać i chyba walczę z nią jedynie słownie. Nieświadomie wywołujesz u mnie nowe uczucia, nieznane dla mnie dotychczas. Walcz, a postaram się zaakceptować ciebie i całą tą cholerną więź mate.- ścisnąłem lekko jej dłoń po czym wstałem i ucałowałem jej czoło.
- Wiedziałem, że nie jest ci obojętna.- usłyszałam za sobą ochrypły głos i oklaski. Odwróciłem się gwałtownie dostrzegając na końcu sali Clemensa. Uśmiechał się. Podszedłem do niego i uderzyłem w ramie.
- Następnym razem radzę nie podsłuchiwać.

OddalonaWhere stories live. Discover now