✨ 36. Jedna wielka, czarna dziura

12.1K 1.2K 329

Miranda patrzyła na mnie z pobłażliwym uśmiechem. Nie odwzajemniałam jej uczuć. Byłam pewna, że na mojej twarzy widniała ledwo powstrzymywana furia. Gotowało się we mnie ze złości. Nadal nie rozumiałam jej roli, ale byłam pewna, że maczała palce w porwaniu mojej mamy. A jeśli nie w porwaniu, to na pewno posiadała informacje na temat jej śmierci. Ta myśl doprowadzała mnie do szału. Nigdy w życiu nie czułam tak czystej i żywej nienawiści. Gdyby ktoś dał mi broń, nie wahałabym się nawet przez chwilę. Każda osoba, która miała cokolwiek wspólnego z egzekucją mojej mamy, z automatu zyskiwała rangę celu. Jeszcze nie wiedziałam, jak tego dokonam, ale zamierzałam rozliczyć wszystkich potencjalnych podejrzanych.

Od chwili, w której usiadłam na sofie, nawet nie drgnęłam. Wszystkie mięśnie były boleśnie napięte, w każdej chwili gotowe do ataku. Nie planowałam ucieczki. Byłam gotowa na konfrontację, oczekiwałam jej, potrzebowałam.

— Nie patrz w ten sposób, Ava — powiedziała przesłodzonym, pełnym dezaprobaty tonem. — Próbujesz być groźna, a wyglądasz śmiesznie. W tym wszystkim nadal jesteś tylko dzieckiem.

Ten wątek przewijał się zdecydowanie za często. Raz kazano mi dorosnąć, innym razem wypominano wiek i brak doświadczenia, jeszcze innym razem sama miałam wątpliwości względem własnej dojrzałości. Irytowało mnie to. Byłam wystarczająco wkurzona. Nie potrzebowałam dodatkowych bodźców.

Na domiar złego czułam wewnętrzną potrzebę wyrażenia uczuć. Coś ściskało i dusiło mnie od środka. Miałam uczucie jakbym grała główną rolę w filmie „Venom". Byłam skołowana, odrobinę schizofreniczna. Byłam na granicy wybuchu, na granicy wysunięcia kłów i pazurów, i zniszczenia wszystkiego, co stanie mi na drodze. A z drugiej strony kłóciło się to z moją naturą, w której trwałam przez wszystkie lata. W tym całym chaosie nie bez zdziwienia musiałam przyznać, że każdy człowiek miał własne granice wytrzymałości. Czasami dochodziło się do punktu, zza którego nie było już odwrotu. Miranda skutecznie pchała mnie w tę stronę.

— Gdzie jest Samuel? — zapytałam dla formalności. Miałam przeczucie, że ta rozmowa miała skończyć się czymś głupim, na pewno niebezpiecznym. Nie chciałam, żeby oglądał mnie w tym stanie.

Na swój sposób cieszyła mnie jego nieobecność. Miałam rachunki do wyrównania. Byłam przekonana, że gdyby tu był, bawiłby się w zakochanego kundla z syndromem rycerskości, trzymając mnie z dala od ryzyka. Wszystko chciałby załatwić za mnie. Tymczasem zagrożenie sprawiało, że czułam iskrę życia. Głupią, ryzykowną i słabą, ale potrzebną.

Uśmiech jego macochy, o ile to w ogóle możliwe, jeszcze bardziej się poszerzył. Wyglądała jak gad. Jak on mógł kiedykolwiek twierdzić, że była idealna? Chciałam poznać jego argumentację, bo mimo chęci nie potrafiłam dostrzec w niej niczego choćby odrobinę dobrego.

— Dostał namiar na morderców twojej mamy.

Poczułam nagły chłód. Zacisnęłam szczękę, próbując zapanować nad gwałtowną reakcją ciała. Serce znacząco przyspieszyło. Daphne oparła dłoń na moim ramieniu. Nie wiedziałam, czy chciała mnie pocieszyć, czy powstrzymać przed rzuceniem się na siedzącą przede mną kobietę.

Miranda zauważyła ten gest i przeniosła wyniosłe spojrzenie na moją ciotkę. Nie potrafiła ukryć wyrazu obrzydzenia, który wykwitł na jej upiększonej skalpelem twarzy. W jakiś sposób w jej oczach dostrzegłam odbicie własnych emocji, co sprawiło, że zaczęłam bać się o Daphne.

To było kolejne odkrycie: do tej pory nie czułam strachu. Miałam ochotę rozszarpać Mirandę, ale nie bałam się konsekwencji. Widok trzech osiłków nie robił na mnie wrażenia. To było zupełnie tak jakbym nie miała nic do stracenia; tak jakbym poddała się i pogodziła z myślą, że co ma być to będzie. Zależało mi jedynie na wyrównaniu rachunków. To nie był dobry powód do życia, ale na tę chwilę — pomimo miłości Samuela, cierpiącego ojca i obecności cioci — największy.

Książę Mafii (High School Tales) || ✔️Przeczytaj tę opowieść za DARMO!