W pułapce

25 5 3

  Cichy niemal niedosłyszalny szept gdzieś wewnątrz jego czaszki utwierdzał go w przekonaniu, że tak musi być. Nie istotnym był fakt, że buntownicza natura nastolatka kazała mu się uwolnić. Krzycząc i skomląc. Doprowadzając go tym samym na skraj szaleństwa. Nie zważając na to, ile osób po drodze musiałoby zginąć z jego ręki. Nie liczył na to, że po wybuchu tej cholernej bomby uda mu się dożyć kolejnego dnia. Bo i dlaczego miałby wierzyć w powrót z misji, która z góry skazana była na porażkę? Szedł ślad w ślad za człowiekiem, którego uważał za wzór do naśladowania. Nigdy się nie wahał. Nawet gdy eksplozja strąciła go wprost w bezkres lodowatej wody, wciąż miał przed oczami obraz jego wiecznie skupionej twarzy. Wciąż myślał o błękicie jego oczu i złocistych włosach. Był nie tylko partnerem, ale i przyjacielem. Najlepszym, jakiego miał. Rodziną. A teraz jedyne co mu pozostało, to myśl o wolności, którą utraci zaraz, gdy wzejdzie słońce. Leżąc przykuty do łóżka, zerknął po raz kolejny w miejsce, gdzie powinna być jego lewa ręka. Wstrzymał oddech. Znów tylko zakrwawiony bandaż. Załkał, choć obiecał sobie, że nigdy więcej tego nie zrobi. Był żołnierzem. Nie ważne, że szesnastoletnim. Przecież walczył i przelewał krew razem z innymi. Próbując podnieść prawą rękę, zaklął, wiedząc, że jego żałosne próby wydostania się na nic się zdadzą. Nie w tym stanie. Wlepiając wzrok w sufit, próbował pogodzić się z losem. I choć starał się z całych sił, nie byłby sobą, jeśli dałby za wygraną. Wydał z siebie najgłośniejszy krzyk, na jaki było go stać. A zaraz za nim pojawiła się wiązanka wyzwisk, która była skierowana w stronę strażników stojących za drzwiami. Po kilku minutach przyniosło to oczekiwany skutek. Dwójka nazistowskich żołdaków stanęła w drzwiach, zaciskając dłoń na pałkach umieszczonych za paskiem.

- Nie macie jaj, żeby ich użyć. - zakpił, siląc się na zgryźliwy uśmiech. Zawsze chciał, aby brano go za silniejszego, niż był w rzeczywistości. Wiecznie tryskającego arogancją i młodzieńczym wigorem. W środku jednak wciąż był tym zagubionym chłopcem, który nigdy nie mógł znaleźć dla siebie miejsca. Spoglądając na siebie, odwrócili się, wiedząc, że nie ma sensu, aby jakkolwiek reagować na zaczepki jakiegoś gówniarza. - No dalej! - dodał, prosząc się o kolejną dawkę cierpień. Wiedział, że przegrał, ale nie chciał skończyć w ten sposób. Wolał umrzeć niż stać się kimś innym. Czymś innym. Strażnicy znów nie zareagowali na jego zaczepkę. Odwracając się w stronę drzwi, wyszli na zewnątrz. Szamocząc się, krzyknął ponownie, lecz tym razem chciał jedynie wyładować swoją bezradność. Wiedział, że nie wrócą. Nie tkną go. Był im potrzebny żywy. Znów pogrążył się w ciszy, zalewając swój umysł kolejną dawką wspomnień. Bał się, ale nikomu by się do tego nie przyznał. Nie przerażał go ból, a fakt, że zapomni o jedynej osobie, która pomogła mu stanąć na nogi. Bo tylko to mu po nim pozostało. Wspomnienia. Widział, że nawet superżołnierz nie uciekłby przed eksplozją. Zostawił go samego. A obiecał, że tego nie zrobi. Nie wiedział, ile już tkwił w tym pokoju. Czas zdawał się stanąć w miejscu. A kłębiące się w głowie negatywne myśli nie ułatwiały mu zachowania spokoju. Wziął kilka głębszych wdechów i wydechów, krzywiąc się, gdy ucięta kończyna dała o sobie znać. Uśmiechnął się jednak, przypominając sobie słowa swojego mentora.


,,Ból wcale nie jest czymś złym Buck. Jest przypomnieniem o tym, że wciąż jesteś wśród żywych. A to oznacza, że możesz podjąć się walki.''


Tylko czy naprawdę mógł teraz coś jeszcze zrobić? Słysząc kroki wydobywające się zza drzwi, przełknął głośno ślinę, zaciskając prawą dłoń w pięść. Wiedział, co go czeka. A nie ma nic gorszego niż oczekiwanie na coś tak potwornego. Nazistowski naukowiec dokładnie przedstawił mu plany, jakie ma wobec niego. Co nie pozwoliło mu zmrużyć oka choćby na chwilę. Drzwi otwarły się, a w progu stanął człowiek w białym kitlu. Bucky nawet nie drgnął. Zmierzył go jedynie hardym spojrzeniem, nie okazując choćby cienia strachu.


-Uwolnić go i zabrać na salę operacyjną. - rozkazał, a dwójka strażników posłusznie zaczęła wykonywać rozkaz. Gdy rozpięto ostatni pasek przytrzymujący go w pozycji leżącej, młody brunet w białej szpitalnej koszuli wstał, prostując się dumnie i opierając bose stopy o lodowatą betonową posadzkę. Gdy z eskortującą go dwójką opuścił pomieszczenie, znalazł się na korytarzu, gdzie smród stęchlizny zdawał się kłuć w płuca. Nie miał siły stawiać kroków. A senność stawała się coraz bardziej uporczywa. Nie mógł jednak pozwolić, aby takie błahostki przeszkodziły mu w jego planie. Zerkając na wcześniej upatrzony nóż przy pasku strażnika, zachwiał się, dzięki czemu zyskał chwilę ich nieuwagi. Wyciągając go, podciął jednemu nogi, powalając go na ziemię. Drugiemu zręcznie wbił nóż w gardło aż po rękojeść, wyciągając i zabierając ostrze ze sobą. Biegł przed siebie, zastanawiając się jak daleko uda mu się uciec. Słysząc za sobą krzyki, ignorował je, przyspieszając tempa. Każde kolejne piętro było coraz większym wyzwaniem, ale nie miał zamiaru przestać. W końcu dostrzegł okna, co upewniło go, że od upragnionego celu dzieli go zaledwie kilka chwil. Nie zastanawiał się nawet nad tym, dlaczego drzwi wyjściowe nie były obstawione. Szarpnął za klamkę i otwierając drzwi, wybiegł na zewnątrz, dopiero teraz uświadamiając sobie, że jego ucieczka była daremna. Wszędzie była jedynie biel. Śnieżny dywan pokrywał okoliczną ziemię aż po horyzont. Nie dając szans, na odnalezienie właściwego kierunku. Padł na kolana, a po jego twarzy powędrowały łzy bezradności. Słysząc odgłos przyspieszonego kroku wydobywający się zza jego pleców, zacisnął dłoń na rękojeści noża. Wstał, odwracając się i widząc w oddali przeważające siły wroga. Wiedział, że walka w tym stanie jest głupotą, więc skierował ostrze w swoją stronę. Nie chciał umierać, ale nie mógł pozwolić na to, aby zrobiono z niego bezmyślną marionetkę. Nie mógł pozwolić, aby znów go mu odebrali. 


- Przepraszam Steve. - szepnął, zanim poczuł ostrze przeszywające jego klatkę piersiową. Jęknął, a biel jego koszuli pokryła się czerwienią, barwiąc również śnieżny puch tuż u jego stóp. Wszystko zdawało się rozmazywać, a głosy milkły z każdą sekundą. Padając na ziemię, nie myślał już o nikim innym niż o błękitnookim blondynie. Przez chwilę wydawało mu się nawet, że ten stoi tuż nad nim, więc uśmiechnął się raz jeszcze, kierując wzrok w stronę nieba, z którego sypał się śnieg. Nigdy nawet nie zastanawiał się, jak umrze, ale nadzieja na to, że znów się spotkają, pozwoliła mu wydać ostatnie tchnienie bez cienia strachu i żalu.  



(Notka od autora: Jest to alternatywna historia postaci Buckyego z komiksów :) )



Straighten up little soldier [STUCKY]Przeczytaj tę opowieść za DARMO!