Rozdział 16 - Nie wszystko złoto, co się świeci

1.3K 142 72

#ZAWIERABŁĘDY

Świat bywa nieprzewidywalny, zaskakujący i nieobliczalny. Na moje szczęście w nieszczęściu sama mogłam się o tym przekonać, bo gdyby ktoś jeszcze parę dni temu powiedział mi, że wyląduje w posiadłości Evila, wyśmiałabym go szybciej, niż zdołałby dokończyć swoje słowa. Kiedyś bezkonfliktowa, delikatna i emocjonalna Carmen, która przez większość swojego marnego życia tkwiła w bólu, strachu po stracie swoich najbliższych, teraz dumnie podążała ścieżką zapoczątkowaną przez Jima, aby obalić władze nieobliczalnego króla wilkołaków. Strach nie był już główną emocją rządzącą w mym ciele, choć nadal można go było wyczuć, bo przecież nie da się ukryć prawdziwego ja, które drzemie w każdym nas. Pomimo swojego charakteru, jakimś cudem znalazłam się w miejscu, w którym nigdy nie przypuszczałam, że będę. Los zesłał mnie tu i kazał wykonać ważą misję, misję uratowania ludzkości. Dlatego teraz biegłam na złamanie karku w stronę moich przyjaciółek, które nadal tkwiły w żelaznym uścisku żołnierzy. Schodziłam tak szybko, jak tylko potrafiłam, koślawo stawiałam kolejne kroki, prawie przez to upadając. Ześlizgnęłam się z ostatniego stopnia, niezgrabnie chwytając się balustrady, aby przez przypadek się nie wywrócić. Przez gwałtowne ruchy, niektóre włosy wydostały się z ciasno upiętego kucyka i zalały moją twarz, odstając w każdą stronę. Kiedy odzyskałam równowagę, odgarnęłam dłonią pojedyncze pasma, które złośliwe mnie łaskotały i stanęłam pomiędzy wilczycami a Evilem.

- Ja - rzuciłam ochryple, zaciągając się głośnio powietrzem. Poprawiłam ostatni zagubiony kosmyk, chowając go za uchem. - Ja jestem tą, która się ośmiela - dokończyłam na jednym wdechu, po czym kolejny raz wciągnęłam powietrze ze świstem. Mój oddech był przyśpieszony i słyszalny chyba każdemu w domostwie. W oczach mi pociemniało przez nagły wysiłek, jaki dostarczyłam swojemu organizmowi, a niekomfortowa sytuacja w jakiej się znajdowałam, tylko to potęgowała. Za sobą usłyszałam cichy pisk mojego imienia i nagły ruch. Odwróciłam się w tamtą stronę. Raya patrzyła na mnie kręcąc głową, jakby nie dowierzając, że przed nią stałam. Zaczęła się szarpać, chcąc się do mnie dostać, jednak nie potrafiła wyrwać się ze stalowego uścisku wilkołaków. Tess uspokajała ją mrucząc coś pod nosem. Podziałało, bo na twarzy dziewczyny pozostały tylko słone łzy, spojrzałam na drugą z nich, a kobieta tylko kiwnęłam do mnie głową. Nie wiedziałam co miał oznaczać ten gest, nie potrafiłam wyczytać czegoś jeszcze z jej twarzy, bo wyraz pozostał niezmieniony, taki spokojny, opanowany, zresztą tak, jak zawsze miała to w zwyczaju.

- "Tym razem mnie nie uratujecie, to ja uratuje was" - w duchu zrobiło mi się cieplej przez moje słowa, bo nareszcie znalazłam osoby, o które mogłam się troszczyć, jak o własną rodzinę. Ostatni raz rzuciłam im najcieplejsze spojrzenie na jakie tylko było mnie stać i zwróciłam swoją twarz w stronę Alfy.

Bałam się, to oczywiste, ale strach był mniej zauważalny niż determinacja, którą emanowałam, on też na pewno ją wyczuwał. Policzyłam w myślach do trzech i bez większego wahania spojrzałam w jego czarne, jak smoła oczy. Ciemna otchłań pochłonęła mnie w szybkim tempie. Patrzyłam w nią, jak zaczarowana, nie wiedząc co się ze mną działo. W momencie, gdy zobaczyłam migające złote punkciki, świat wokół mnie zawirował. Ten szlachetny kolor zrobił się niezwykle jasny, aż rażący, wszystko dookoła zlało się ze sobą, tworząc połyskującą, jednolitą taflę. Nie wiedziałam co się dzieje, rozglądałam się w każdą możliwą stronę, ale nie było tu niczego, tylko oślepiający blask. Zszokowana stanęłam w miejscu jak kamienny posąg, a grobową cisze przerwał cichy dźwięk w mojej głowie.

- Tutaj jestem, nie złapiesz mnie! - głos kobiety, tak aksamitny, że aż anielski, rozprzestrzenił się po pustym polu i przeniknął mnie na wskroś. - Nie, ja go kocham. Nie możecie! - po moim ciele przeszły nieprzyjemne ciarki, a na skórze włosy stanęły dęba, kiedy wesoły świergot dziewczyny przemienił się w przerażający krzyk. Lament i płacz dobijały się do mojej głowy prawie ją rozrywając. Mój mózg zaatakowało stado małych igiełek, które nieprzyjemnie kuły mnie w skronie. Rozpacz kobiety osiągnęła punkt kulminacyjny i ze zdwojoną siłą uderzyła w moje serce, tak mocno, że aż nogi się pode mną ugięły. Po tym nieoczekiwanym incydencje wszystko w mgnieniu oka wróciło na swoje miejsce. Złoty kolor, który zawładnął pomieszczeniem zniknął szybciej niż się pojawił, głosy w mojej głowie ucichły, a ból chyba zgubił się gdzieś za rogiem. Otrząsnęłam się z tego dziwnego stanu, który mnie omamił i zorientowałam się, że nadal wpatruje się w tęczówki Alfy, które wróciły do swojego czarnego koloru.

Kochana Przez PotworaPrzeczytaj tę opowieść za DARMO!