Rozdział 21

1K 75 11


Los Carmen został przesądzony i nie było już odwrotu. Magiczna mikstura podana przez lekarza zaczęła oddziaływać na jej zmizerniałe ciało. Odzyskała siły, chodź było to fizycznie niemożliwe. Powróciła również jasność rozumowania i kontaktowania, przez co dziewczyna zaczęła wyłapywać wiele szczegółów. Pierwsze kroki okazały się jednak zbyt bolesne. Spokojnie można było je zaliczyć do niekończących się katuszy. Kilka samotnych łez spłynęło po wychudzonych policzkach. Musiała wykrzesać z siebie jak najwięcej siły, nawet jeśli wiązało się to z użyciem ostatnich pokładów energii. Cierpiała niemiłosiernie mocno, chodź nie chciała tego okazywać. Jej ciało, jak i organizm nie były w stanie znieść dodatkowego wysiłku, jednak umysł zmuszał jej kończyny do męczących ruchów. To było jak niewidzialna siła, która nią kierowała wbrew jej woli. W szybkim tempie została przetransportowana na tyły zamku tak by nikt nic nie zauważył. Lekarz, Clemens oraz Carmen stanęli tuż przy linii oddzielającej teren ogrodu od lasu.
-Na mocy rozkazu Alfy musisz opuścić mój teren w tempie natychmiastowym. Nie masz prawa powrócić do mojej watahy. Masz czas do jutrzejszego zachodu słońca aby opuścić teren stada który kończy się w momencie gdy miniesz dwa szarobiałe wilki. Jest to dystans liczący 40 km. Radzę ci się pośpieszyć jeśli chcesz zdążyć i uwolnić się z tego piekła raz na zawsze. Jeśli jednak wartownicy doniosą mi, iż nie zdołałaś na czas opuścić granicy, zabiję cię bez żadnych oznak litości.- Clemens zwrócił się do siostry wypowiadając dokładnie każde słowo, tak by dziewczyna zdołała pojąć wartość wypowiadanych zdań. Po jej zdziwieniu pomieszanym z niepokojem można wnioskować, że dziewczyna przejęła się informacji jakie usłyszała.
-A teraz wynoś się!- mężczyzna warknął popychając ją w przód.
Dziewczyna zachwiała się przez moment jednak szybko odzyskała równowagę. Odwróciła się po raz ostatni w szoku, jednak nie było odwrotu. Jej słowa nie grały tutaj żadnej roli, byłyby wręcz zbędne.

W tym samym czasie w gabinecie Bety znajdował się jedynie zamyślony Kordian. Siedział na swym skórzanym obrotowym fotelu za mahoniowym biurkiem. W prawej dłoni trzymał szklankę do połowy zapełnioną Whisky. Obawiał się więzi mate, a raczej tego jak zaczynała oddziaływać na nich obojga. To zgubne, a zarazem fascynujące jak ich ciała wzajemnie reagują na siebie. Najgorsze jest to, że jego wilk zaczął godzić się ze świadomością odnalezienia mate, podczas gdy on sam czuł się rozdarty. Wiedział, że w celi nie jest bezpieczna, jednak nie mógł jej w żaden sposób uratować. Owszem, była jedna możliwość, jednak nigdy nie mógł na nią przystanąć. To zhańbiło by jego osobę. Gdyby oświadczył przed światem, że Carmen jest jego mate, nikt nie zdołał by jej tknąć. W końcu była by bezpieczna, lecz czy on naprawdę tego chciał? Nie potrafił sobie wyobrazić, aby jego partnerką była zwykła, krucha, ludzka kobieta, która ni jak nie przypomina silnej i niezależnej wilczycy. Musiałby jej bronić na każdym kroku, gdyż sama nie była by wstanie się uratować z opresji. Była by niczym kula u nogi, której nigdy nie chciał posiadać. Była zwyczajnie w świecie jego przeciwieństwem wyobrażeń o przeznaczonej. Żadna z jego wersji nie zakładała człowieka.

Jednak podczas gdy Kordian zmagał się z myślami, będąc niczego nieświadomym, jego mate walczyła o przetrwanie ostatkami sił. Była wojowniczką, gdyż pomimo całkowitego wyczerpania organizmu była zdeterminowana przebyć długą drogę by tylko uciec z piekła i móc zacząć żyć od nowa. Było to realnie niemożliwe aby udało się jej przejść granicę, lecz nie dopuszczała do świadomości takich możliwości. Musiała spróbować gdyż i tak nie miała nic do stracenia.

~~Carmen~~

Błądziłam po lesie już którąś godzinę z rzędu nie wiedząc w którą stronę iść aby zdążyć przed końcem jutrzejszego dnia. Bałam się, że to moje ostatnie godziny, które niestety spędzę na męczącej wędrówce. Nie chciałam się poddać, lecz ciało kategorycznie odmawiało wszelkiego wysiłku. Nie mogłam się zatrzymać gdyż wtedy zapewne nie odnalazłabym w sobie wystarczająco dużo siły by znów iść dalej. Niestety, z biegiem czasu w lesie zapanowała ciemność, a temperatura oscylowała wokół zeru stopni Celsjusza. Było tak niewyobrażalnie zimno, a ja nie miałam nawet czym okryć ciała przed przenikliwym chłodem. Kończyny były zmarznięte do tego stopnia, że wręcz bolały nie pozwalając dalej iść. Czułam się bezradna w obliczu tak trudnego wyzwania jakie zostało mi narzucone. Byłam wyczerpana, a mój chód zamienił się w zwykłe wleczenie nędzarki. Z perspektywy innych osób z pewnością wyglądałam jak żywy trup lub widmo snujące się w ciemnościach. Bardzo pragnęłam usiąść chodź na chwilę, jednak starałam się nie poddawać. Po kolejnych kilku minutach pojawił się tępy ból głowy uniemożliwiający mi racjonalne myślenie. W jednej chwili opadłam z sił, a nogi stały się zbyt lekkie abym była w stanie na nich ustać. Runęłam ciałem wprost na mokrą od deszczu ziemię. Poczułam ból w kończynach, który przypomniał mi o wszelkich obrażeniach jakich doznałam w ostatnich dniach. To był znak, że mikstura podana przez lekarza przestawała działać. Chodź starałam się podnieść nie byłam w stanie wykonać tak prostej czynności. Byłam bezradna i świadoma swojej klęski. Z nadmiaru emocji rozpłakałam się na dobre nie mogąc zatrzymać łez. Ciało trzęsło się niekontrolowanie i nie mogłam temu zaradzić w żaden sposób. Moja świadomość zaczęła płatać mi figle co jakiś czas, gdyż przed oczami pojawiały mi się migające światełka. Lecz jak szybko się pojawiały, tak równie szybko znikały.

OddalonaWhere stories live. Discover now