14

2.1K 81 1

Alexander
Podobało mi się oglądanie Marie w świątecznym wydaniu. Miała na sobie uroczą, świąteczną piżamkę i właśnie ubierała choinkę. Przygotowywałem dla nas gorącą czekoladę. Obok mnie stały dwa identyczne świąteczne kubki. Co jakiś czas zerkałem na nią, jak męczyła się z założeniem bombek na wierzchołek choinki. Kiedy skończyłem swoją pracę, postanowiłem jej pomóc. Prawie cały dom był obrzucony przeróżnymi ozdobami i co dziwne, nie przeszkadzało mi to.

- Alex, ktoś dzwoni do drzwi! - Marie wołała mnie. Jakoś dałem jej się namówić na te pieprzone, śmieszne piżamy. Dom, aż huczał od radosnej muzyki. Pachniało pierniczkami, na które również sobie pozwoliłem. Kompletnie nie wiem, co ona ze mną robi. Otworzyłem drzwi, nie zastanawiając się nawet, kogo za nimi zastanę.
- Alex? - Chanel spojrzała na mnie, jak na wariata. A kiedy za moimi plecami ujrzała Marie, nie była zadowolona.
- Słucham? - zapytałem pewnie. Nie miałem nic do ukrycia przed Marie, więc Chanel mogła mówić prosto z mostu.
- Przyszłam porozmawiać, ale nie chcę przeszkadzać.
- W takim razie zostawię Was samych. Pójdę przypilnować pierniczki i zadzwonię do Marka, żeby odwiedził nas z żoną i dziećmi. - pokiwałem jej wdzięcznie głową. Zdecydowanie ją uwielbiam. Mark ostatnio zamienił parę słów z Marie i nawet się polubili.

- A więc po co przyszłaś? - zapytałem. Chanel siedziała skupiona na łóżku w pokoju gościnnym.
- Nie wiedziałam, że jesteście razem. - odparła zdumiona. Była bardzo niezadowolona z obecności mojej dziewczyny.
- Jesteśmy. - odpowiedziałem twardo.
- Nigdy nie byłeś taki. - wskazała ręką na mój strój. - Taki świąteczny i radosny.
- Ty również, więc nie wiem, co Ci to przeszkadza. Ponawiam swoje pytanie, czego tu szukasz, Chanel?
- Chciałam z Tobą porozmawiać i może wrócić do tego, co było kiedyś. Było nam razem tak dobrze! - nagle wstała i zbliżyła się do mnie. - Twoja matka mnie uwielbia. Co powie, gdy pozna tę dziewczynę?
- Mało mnie to interesuje. - przyznałem zgodnie z prawdą. Obchodzą mnie tylko moje uczucia względem Marie, nic więcej. Bardziej przejąłbym się opinią Marka, niż mojej własnej rodziny. Właśnie w tym momencie usłyszałem dziecięcy pisk. - Chyba powinnaś już pójść.

Marie, Julie córka Marka i jego żona Elen świetnie się ze sobą dogadywały. Elen uczesała Marie w piękne dwa kucyki, przez co podobała mi się jeszcze bardziej, niż zwykle. Stałem właśnie z Markiem przy wyspie kuchennej i przygotowywałem dla nas kolację.
- Nie znam Cię od tej strony. - powiedział, popijając powoli wino.
- Ja siebie też nie. - odparłem, nie odrywając wzroku od Marie. Dziś zdecydowałem się tylko na wodę. Nie chciałem przesadzać z alkoholem, gdyż kiedyś stanowił wielki problem w moim życiu. Teraz nie chcę do tego wracać.
- Kochasz ją? - spytał, a mnie zamurowało. Skąd mam to niby wiedzieć?
- Nie wiem, Mark. Nie jestem pewien, co to znaczy. - westchnąłem, mieszając sos. Postawiliśmy dziś na makaron z kurczakiem i sosem serowym i warzywami. Nic wykwintnego. Dla Marie gotowałem osobne danie z łososiem, gdyż była wegetarianką.
- No po prostu, czujesz miłość i już. Jak patrzysz na nią, to cieszysz się, że jest obok i masz takie ciepło w sobie, pożądasz ją i nie chcesz by ktokolwiek inny mógł ją mieć.
- W takim razie szaleję za nią.
- Z resztą, po co pytam, wystarczy na Ciebie spojrzeć, a później na ten dom. Ty nigdy nie miałeś choinki, stary. - Mark się wesoło roześmiał. - Cieszę się, że w końcu ktoś wyciągnął Cię z tej czarnej dziury.
Pokiwałem zgodnie głową. Ja też byłem zadowolony. Mark odstawił swój kieliszek i podbiegł do córki, chwytając ją na ręce. Nigdy bym nie pomyślał, że spędzanie czasu razem w taki sposób, może być takie przyjemne. I o wiele lepiej jest być wspólnie z kimś, niż zamkniętym w 4 ścianach. Sam na sam ze swoim smutkiem.

Kolejnego dnia, gdy tylko wstałem, na moje mieszkanie nalot zrobił nikt inny, jak moja własna rodzicielka.
- To chyba najwyższa pora przestać się na siebie dąsać, nie sądzisz? - zaznaczyła już od progu. - Jesteś sam, czy ze swoją nową, chwilową zabawką?
- Przyszłaś się pogodzić, czy kpić z mojego związku?
- Dotychczas jedyną kobietą, która na Ciebie w pełni zasługiwała, była Chanel. - uśmiechnęła się szyderczo. Dobrze, że Marie zeszła na dół do sklepu po świeże pieczywo. Nie chcę, by musiała tego słuchać. - I moim zdaniem, powinieneś się tego trzymać.
- To chyba ja powinienem decydować o swoich wyborach, nie sądzisz? - wewnętrznie byłem wściekły, że Chanel posunęła się, aż tak daleko, by nasyłać moją matkę na mnie.
- Przemyśl to dobrze, Alex. Bo może być za późno. - akurat w tym samym momencie wróciła Marie. Matka tylko obcięła ją wzrokiem i bez pożegnania ze mną, wyszła.
- Chyba mnie nie polubi. - Marie uśmiechnęła się smutno, po czym odstawiła zakupy na szafkę i wskoczyła mi na ręce.
- Nie martw się, ona zawsze będzie lojalna wobec Chanel. Udają przyjaźń. - odparłem, ponownie stawiając ją na podłodze. Zdjąłem jej czapkę i szalik, a później kurtkę. Mogliśmy iść zjeść śniadanie.

Przez to, że trochę zaniedbałem swoją pracę, teraz siedziałem w moim domowym biurze i pracowałem. Marie czytała książkę w bibliotece, więc każde z nas miało czas dla siebie. Właśnie rozdzwonił się mój telefon. To Loe, moja prawa ręka.
- Słucham? - powiedziałem, czekając na to, co ma mi do powiedzenia. Weekendy, ani wolne dni dla naszej dwójki, niezbyt obowiązywały w tej pracy.
- Sir, pilny wylot do Japonii. Ci od materiałów, które kupujemy chcą spotkać się jutro. W innym przypadku rezygnują. - westchnąłem, słysząc te słowa. Za 3 dni święta, a ja nie chcę zostawiać mojej dziewczyny. Te dwa słowa tak pięknie brzmią.
- Ile nam to zajmie? - dociekałem. Marie nie pojedzie ze mną, wiem, że się nie zgodzi. Nie chcę jej poza tym męczyć.
- W poniedziałek rano powinniśmy być w domu. - w poniedziałek jest Wigilia. Muszę koniecznie wrócić do tego czasu do domu. A nawet wcześniej, jeśli tylko będzie to możliwe.

Wielkie jabłkoWhere stories live. Discover now