I

116 19 7


Czy u kresu życia, zaczynamy zdawać sobie sprawę z tego, jak ono jest ulotne? Czy to właśnie wówczas, jesteśmy w stanie skoczyć ze spadochronem nie obawiając się śmierci? A może lot paralotnią, bez strachu, że jesteśmy wiele kilometrów nad ziemią, a jednak potrafimy cieszyć się z każdego powiewu wiatru, tuląc twarz do słońca?

Doskonale wiedziałam, że obecnie każda chwila jest na wagę złota. Nie jest to czas na biadolenie, ani na łzy, a już tym bardziej, nie jest to czas na obawy. Ten etap miałam już za sobą.

Stojąc więc przed wejściem do hali odlotów na lotnisku Chopina w tętniącej, jak zwykle, życiem Warszawie, spoglądałam na trzymany w dłoniach bilet. Moje nazwisko, napisane pogrubioną czcionką mówiło jasno — Alicja Kindler, miała ostatni raz poczuć, że jeszcze istnieje. Zdałam sobie sprawę, że pierwszy raz w życiu podjęłam tak ryzykowną decyzję, jednocześnie, nigdy dotąd nie czułam się aż tak podekscytowana. Tym razem, nie musiałam oglądać się wstecz, ani nikogo pytać o zdanie. Nie obchodziła mnie także przyszłość — ta malowała się raczej ponuro — zatem mogłam bez lęku wpaść w objęcia przygody.

Żyj każdą sekundą, jaką ci zsyła los — usłyszałam w głowie słowa, które wypowiedziała dokładnie dwa dni temu moja lekarka. Jej diagnoza, potwierdzona ostatnimi badaniami, nie dawała złudzeń. Tętniak. Umiejscowiony akurat w tej części mózgu, której nie mogą zoperować, nie zadając mi natychmiastowej śmierci. To był wyrok dożywocia, bez możliwości ułaskawienia. Z drugiej strony, poczułam się wolna, jak nigdy dotąd.

Gdy wróciłam do mieszkania, które kupili mi rodzice w samym centrum stolicy, byłam odrętwiała i stłumiona przez nadmiar emocji, które trawiły moją obolałą duszę. Wciąż powtarzałam w myślach — co teraz? Jak miałam dalej żyć ze świadomością, że koniec nastąpi dużo szybciej, niż powinien?

Wchodząc do salonu, rozejrzałam się niewidzącym spojrzeniem. Podeszłam do kanapy i opadłam na nią ciężko, zupełnie wyzuta z sił. Upuściłam torebkę na miękki, biały dywan, i po raz pierwszy odkąd usłyszałam diagnozę, pozwoliłam sobie na łzy. Płakałam nad tym, co będę musiała zostawić, nad moimi licznymi planami, nad tym, czego już nigdy nie będę w stanie osiągnąć, czego już nigdy nie otrzymam, czego nie doświadczę. Wyczerpana, w końcu zasnęłam, tuląc do siebie uroczego misia, którego wczoraj kupiłam z myślą o bratanicy. Jej wkraczania w dorosłość też nie zobaczę — pomyślałam na skraju jawy i snu.

Gdy otworzyłam oczy, do pokoju wpadało światło księżyca. Dziś pełnia. Zerknęłam na zegar wiszący na ścianie naprzeciw okna. Jęknęłam głucho, gdy moje oczy przyzwyczaiły się do półmroku na tyle, by dostrzec, że było po pierwszej. Noc — cisza oplatała mnie z każdej strony sprawiając, że czułam się samotna w tej ogromnej, urządzonej bogato przestrzeni. Nigdy nie myślałam, że to miejsce jest stanowczo za duże dla jednej osoby. Mogłaby tu zamieszkać całkiem spora rodzina — przemknęło mi przez myśl. Uśmiechnęłam się melancholijnie.

— Może tak właśnie będzie, gdy już zniknę — mruknęłam pod nosem. Westchnęłam czując dziwny ciężar na piersi, nim podniosłam się z kanapy i ruszyłam do sypialni. Po drodze minęłam obraz, który podarowała mi matka na ostatnie święta. Przedstawiał uśmiechniętą dziewczynę w czerwonej sukience, siedzącej na molo i spoglądającej na rozciągający się przed nią widok, na tonące w gładkiej tafli wody słońce. Na nieboskłonie widać było lecącego paralotniarza. W oddali majaczyła pokryta ciemną zielenią łódka. Wolność. Oderwałam wzrok od sprezentowanego mi dzieła i weszłam do pokoju.

Nic nie było takie, jak powinno. Liczne plany rozwiał wiatr przeznaczenia, pozostawiając tylko przygnębiającą pustkę i rzeczywistość, od której nie będę w stanie uciec. Położyłam się na łóżku wtulając twarz w miękką poduszkę. Co mi zatem pozostało? — pomyślałam, czując, że nie minie wiele czasu, gdy ponownie zacznę płakać. Po chwili, po moim policzku spłynęła pierwsza łza.

Ocknij się i żyj!

Słowa tak proste, a jednocześnie tak szalenie trudne do zrealizowania, pojawiły się w mojej głowie. Pamiętałam jak wiele lat temu, tuż przed śmiercią wypowiedziała je do mnie ukochana babcia. Z uśmiechem na twarzy i oczami pełnymi spełnionych marzeń, odchodziła z tego świata tak, jakby to była kolejna przygoda.

Czy potrafiłam, tak jak ona, wstać i tak po prostu cieszyć się każdym dniem, jaki otrzymam w darze? Jeszcze nie znałam odpowiedzi na to pytanie, lecz poczułam rozlewający się po moim sercu spokój. Tak, jakby sama świadomość tego, że mogę cokolwiek zrobić, dawał ukojenie. Z nadzieją kiełkującą powoli sercu, pogrążyłam się we śnie. Mam jeszcze chwilę... Mam jeszcze kolejny świt... Dopóki będzie mi dane go oglądać...

Jeszcze jeden dzień...



***

Taki pomysł wpadł mi do głowy. Dajcie znać, czy chcecie poznać dalszy ciąg tej historii. ;) 

Świąteczny cudPrzeczytaj tę opowieść za DARMO!