Cześć wam!

Ogólnie ten rozdział jakoś nie do końca mi się podoba. Ogólnie ostatnio średnio mi się podoba wszystko co piszę, bo mam wrażenie, że kręcę jak cholera. Mniej więcej do połowy nawet mi się podoba, ale dalej uh.. sami oceńcie. Mam jednak nadzieję, że nie jest tak wcale beznadziejnie i jeszcze jest tutaj parę osób. No i jeśli macie jakieś swoje ulubione fragmenty z FYH, możecie je pisać na tt pod: #fyheartff ( choć powątpiewam w to) Jestem z siebie tak bardo dumna, bo to już 10! *-* Dziękuje wam bardzo! Pierwszy raz zadedykuje komuś, rozdział i będzie on dla Mięty, ponieważ chyba mnie zabije za to wszystko to w nim przeczyta :D 

Ktoś zatrzymał się w połowie drogi i odwrócił, w tym ruchu było skrytych wiele uczuć i niemożliwa do pokonania determinacja. To było to co skłoniło tego człowieka najpierw do jednego powolnego kroku otoczonego lekkim strachem i zawahaniem się, czy czasem ziemia się nie rozstąpi, a później do kilkunastu innych. Ciągnął za sobą walizkę, której kółko chybotało się niebezpiecznie jakby powoli kończyło swój żywot i przygodę z bagażem, ale na szczęście jeszcze dawało radę. Byłby nawet wstanie zostawić teraz ją po środku tysiąca ludzi, gdyby miał pewność, że ONA wciąż tam stoi. Nie rozumiał do końca swojego postępowania, może zachował się jak dzieciak, jak zaślepiony idealnością drugiej osoby nastolatek, ale zdawało mu się, że postępuje właściwie. Droga na odprawę czy lot nie była jego drogą, nie tym razem. Od dziś miał podążać całkiem inną, prawdopodobnie z niezbyt nudną towarzyszką. Prawdopodobnie.

Stała tam wpatrując się w ogrom ludzi, przewijających się przed jej oczami, następnie wzięła do ręki telefon, by spotkać się na linii z natrętem. Czuła się dziwnie; jak nigdy dotąd. Zawsze pozwalała ludziom odchodzić, nawet gdy ich znała. A teraz nie miała zielonego pojęcia dlaczego odczuwa stratę człowieka, którego prawie w ogóle nie znała. Który przez kilka chwil zdawał się być jakimś wariatem śledzącym każdy jej ruch, a nie czystym, najczystszym przypadkiem świata.  

- Leila w końcu odebrałaś – zabrzmiał głos piosenkarza i wtedy to poczuła. Całe jej ciało zostało sparaliżowane, przez wypalające dziury w jej ciele spojrzenie, jakby chcąc dotrzeć do najważniejszej części człowieka – duszy. Przyjemna kaskada dreszczy spłynęła po jej ciele, pozwalając zaczerpnąć powietrza. Jakby porażona prądem poczuła ogromną radość i siłę na widok blond tlenionej głowy. Kocie oczy zaiskrzyły się, kiedy niewiele myśląc ruszyła w jego stronę, porzucając Nathana, który wykrzykiwał ni to zmartwiony ni to zły jej imię. Nie ważne było teraz ile się znają, jak wiele czasu jeszcze ze sobą spędzą. Liczyli się tylko oni, jak wtedy przy ich pierwszym spotkaniu, na lotnisku, tylko tym razem w trochę inny sposób. Jego otwarte ramiona, kiedy ustawił w końcu walizkę, czekał już tylko na jej osobę. Na jej ciało (oczywiście) idealnie wpasowane w jego, mniejszą o całą głową i całą radosną z jego widoku. Otoczył ją swoimi ramionami, jakby chcąc uchronić przed wszystkim co złe, a ona uśmiechnęła się głupio sama do siebie pod nosem, trzymając twarz przy jego piersi i mamrocząc coś niezrozumiałego.  

A potem jakby grom z nieba spadła na nią świadomość co robi. Położyła dłonie na jego ramionach odsuwając się na bezpieczną odległość. Zmierzyła go karcącym wzrokiem i łapiąc się pod boki wysyczała

- Co ty tutaj robisz? – czuła jak radość i złość przeplatają się ze sobą. Nie wiedziała czy powinna się cieszyć, bo jej towarzysz stał naprzeciwko niej i nie wyglądał na osobę, która wybierała się do Chicago. Czy być złą bo jej towarzysz stał naprzeciwko niej i nie wyglądał na osobę, która wybierała się teraz do Chicago. Cholera – przemknęło jej przez myśl, gdy Niall podrapał się po karku zastanawiając nad odpowiednimi słowami. Bo chyba nie do końca wypadało palnąć, że po prostu i najzwyczajniej w świecie wrócił do niej, bo czuł że to jest właściwie. Taki banał.

Follow your heart ✔Przeczytaj tę opowieść za DARMO!