1

21 0 0

Obudziło mnie światło, wpadające nieśmiało przez okienne zasłony. Jęknęłam i przewróciłam się na bok, mając nadzieję że to tylko złudzenie wywołane przez uliczne latarnie oświetlające nocą ulicę niczym neony. Niestety, moje przypuszczenia były błędne. Usłyszałam krzyk mamy dochodzący zapewne z kuchni "Sara wstawaj! Chyba nie chcesz się spóźnić na pierwszy dzień w nowej szkole!".

Mruknęłam pod nosem, po czym niechętnie wstałam. Ja Sara Danwood jestem od dziś, oficjalnie licealistką. Nie żeby mnie to jakoś cieszyło. Nowa szkoła, to nowi ludzie, a ja średnio odnajdywałam się w towarzystwie. Może dlatego, że nie miałam za soba pierwszego papierosa jak większość moich rówieśników, albo pierwszego chłopaka jak większość dziewczyn w moim wieku. Nigdy się nie całowałam. Tak, mówię serio. Co nie znaczy, że było mi przykro z tego powodu. Dobrze mi było samej. Miałam więcej czasu na przyjemności takie jak czytanie, czy śpiew. Uwielbiałam śpiewać, poprzez śpiew wyrzucałam z siebie przeróżne emocje. Śpiew mnie oczyszczał, dawał poczucie spokoju i bezpieczeństwa. Nuty otulały mnie do snu, niczym puchowa kołderka i pozwalały zapomnieć o kótniach i krzykach których ostatnimi czasy w domu było mnóstwo. Mój biologiczny ojciec Henry Danwood zaliczył skok w bok. Dokładnie tak i to ze swoją sekretarką. Gdy mama oznajmiła, że mu wybaczy i zapomni o wszystkim jeśli zostawi kochankę, zareagował okropnie. Najpierw wybuchł śmiechem, to nie był przyjemny śmiech, brzmiał jak chrapliwy rechot, na jego przystojnej twarzy pojawił się grymas. Czekałyśmy na jakąś odpowiedź. Jakąkolwiek. No cóz. Mój ojciec zamiast powiedzieć choćby słowo, zapalił papierosa, po czym zgasił go w talerzu mamy. Na tym skończyły się rozmowy. Za to rozpoczęła się sprawa rozwodowa i inne tego rodzaju przyjemności. Do dziś nie wiem, skąd wzięła się w ojcu ta nagła nienawiść do mamy. A ona nie chciała o tym ze mną rozmawiać.

Moja mama Anna, niezwykle ciężko przeżyła odejście mojego ojca, wiedziałam że usiłuje się uśmiechać mimo całej tej zwariowanej sytuacji ale nie za bardzo jej to wychodziło. Wydawała się być jeszcze szczuplejsza niż zazwyczaj, jej włosy w kolorze złotej miedzi zdawały się tracić blask, a w niebieskich oczach nie było już tych figlarnych ogników co kiedyś. Mimo to moja mama dawała sobie jakoś radę i dzięki temu nie straciła pracy, wręcz przeciwnie patrzyłam ze smutkiem jak moja mama powoli staje się pracoholiczką, pracując coraz więcej i więcej by zapomnieć o poniżeniu jakie ją spotkało ze strony mojego ojca, pomijając jej złamane serce. Teraz prawie zawsze przesiadywała w przychodni do wieczora, przyjmując chorych pacjentów. mama była dobrą lekarką, więc pracy jej nie brakowało, ale smutek odcisnął piętno na jej twarzy. Ale teraz wróćmy do rzeczywistości.

Myśli kłębiły się w mojej głowie, niczym burzowe chmury. Ale jakoś udało mi się je zatrzymać i wstać. Jak ciężko było sie podnieść z łóżka po wakacjach i spaniu do południa. Stłumiłam ziewnięcie i przeczesałam dłonią moje kasztanowe włosy. Zmrużyłam moje niebieskie oczy, próbując wygnać z nich resztki snu, po czym wstałam i popędziłam do łazienki.

Zajęłam się codziennymi rutynowymi czynnościami, prysznic, lekki makijaż i takie tam dziewczyńskie zabiegi. Przebrałam się w dżinsy i czarny top, na moich nogach lśniły nowe śliczne czarne baletki z kokardkami. Uwielbiałam dziewczęce, zwiewne ciuszki. mama śmiała się, że upodobanie do mody otrzymałam po niej w genach. Pobiegłam szybko schodami w dół, prawie z nich spadając, w prawej ręce dźwigałam torbę z książkami. Skłamałabym, jeżeli powiedziałabym że nie byłam lekko podekscytowana. W końcu to był mój pierwszy dzień w nowej szkole. Wszystko będzie inne i nieznane, od nauczycieli, po uczniów. Przęłknełam głośno ślinę, czując narastającą gulę w gardle. "Dzień dobry kochanie", powitała mnie mama i pocałowała w czoło, "Jak ci się spało?". "Dobrze" mruknęłam, przeczesując palcami włosy. Nie umknął mojej uwadze fakt, że mama wyglądała na zmęczoną. Ale nie chcąc jej smucić uśmiechnęłam się szeroko i zagruchotałam "Nie mogę się doczekać mamo! Poznam tylu nowych ludzi!". Osz. Kłamstwo. I to obrzydliwe. Nie mam nawet żadnej przyjaciółki, zawsze skupiałam się głównie na nauce i na zdobywaniu jak najlepszych stopni, no cóż chyba nie musze mówić że to nie sprzyja zdobywaniu nowych przyjaciół? mama jednak zdawała się nie zauważać mojego fałszywego optymizmu, uśmiechnęła się szeroko i objęła mnie mocno ramionami. "Nie mogę uwierzyć, że jesteś już taka duża" wyszeptała, "Pamiętam twoje pierwsze kroki, jakby to było wczoraj, Henry śmiał się że chodzisz jak kaczuszka, tak zabawnie się kiwałaś na boki...". Jej głos nagle się załamał, stężałam w jej objęciach, wiedziałam że nie zapomniała jeszcze taty, rozwód był raptem rok temu. "W porządku mamo" powiedziałam, "Przecież dajemy sobie radę bez niego", nie chciałam nazywać go ojcem, nie po tym co zrobił mamie. Mama odsunęła się ode mnie i uśmiechnęła się dzielnie, mimo bólu skrywanego w głębi jej oczu. "Tak córeczko" wyszeptała, "a teraz czas na śniadanie!" oznajmiła radośnie. Zasiadłyśmy do stołu, szybko zjadłam tosty nie chcąc się spóżnić pierwszego dnia zajęć po czym wybiegłam do szkoły ,żegnając się z mamą i życząc jej udanego dnia. Uśmiechnęła się do mnie i pomachała mi stojąc w drzwiach.

Droga do szkoły nie była taka zła, słońce padało na ziemię, a lekki chłodny wiatr targał moimi kasztanowymi włosami. Odgarnęłam jeden zbłąkany kosmyk z czoła i nerwowo przygryzłam wargę, "A co, jeśli mnie nie polubią" pomyślałam po raz setny. Odepchnęłam szybko tę myśl, po czym zaczęłam hardo iść w dość szaleńczym tępie, mijając domki jednorodzinne z ich równie przystrzyżonymi trawnikami. To pomagało mi się uspokoić. Zaczęłam nucić w myślach "I will love you forever" no i coż, nie za bardzo patrzyłam gdzie idę. Nagłe zderzenie, pozbawiło mnie tchu w płucach, "Co jest" wydyszałam przestraszona. Otworzyłam zmrużone oczy, przede mną stał chłopak chyba niezbyt zadowolony z kolizji którą wywołałam. Jego orzechowe loki opadały mu delikatnie na czoło, zielone oczy patrzyły przenikliwie w moim kierunku. O tak, był przystojny niczym bohater pewnego romansu który ostatnio przeczytałam. Tak podkradłam ten romans mamie z nocnej szafki i co z tego? Pomachałam głową, chcąc uwolnić się od natarczywych myśli, przede mną nadal stał wysoki zielonooki chłopak widocznie czekając na wytłumaczenie. "Przepraszam" wybąkałam cicho a moje oczy rozszerzyły się ze strachu "A co jeśli mnie uderzy?" nie wiem skąd we mnie pojawiła się ta myśl, pewnie dlatego że jego wzrok nie należał w tej chwili do przyjemnych. Chłopak spojrzał na mnie dziwnie i wybuchnął głośnym dźwięcznym śmiechem, "Masz taką minę jakbyś myślała, że jestem wilkiem i zaraz cię pożrę" oznajmił nadal się przy tym śmiejąc. Poczułam że moje policzki robią się czerwone, "Cholera na pewno wyglądam jak pomidor" pomyślałam. Odwróciłam się napięcie i chciałam odejść,ale nagle poczułam silną rękę, która złapała mnie za ramię. "Jak masz na imię" zapytał chlopak, a w jego zielonych błyszczących oczach o długich rzęsach (po co chłopakowi takie rzęsy?) zobaczyłam rozbawienie i ciekawość. "Hmpf. Nie twoja sprawa" odpowiedziałam hardo "Nie powinieneś wyśmiewać się z innych ludzi" oznajmiłam mu z powagą. Ku mojemu niemiłemu zaskoczeniu, chłopak zaczął śmiać się jeszcze bardziej, niż wcześniej. Zmarszczyłam brwi, o co mu chodzi? Poczułam się zdezorientowana i nieco zła. "O.k teraz nie muszę tego wiedzieć" oznajmił chłopak, "Najbardziej pasuje mi dla ciebie określenie -Dzika kotka", "Jak ci się podoba?" zapytał. Zamrugałam zdziwona i odpowiedziałam "Bardzo śmieszne" po czym ku mojemu własnemu zdziwieniu zaczęłam się śmiać aż poczułam łzy w oczach, śmiech tego chłopaka był zaraźliwy! "Skoro już ustaliłeś jak się nazywam to może sam wyjawisz mi swoje imię?" odparłam rozbawiona. "Adam" odparł i podał mi rękę, którą z wahaniem uścisnęłam.

"Miło mi cię poznać Adam" odparłam, ale muszę gnać do szkoły. "Czy nie jest to przypadkiem Szkoła nr. 6?" zapytał nadal rozbawiony. "Tak" odparłam zdziwiona "Skąd wiesz?". "Też tam idę" odparł spokojnie, "Tylko że chodzę do trzeciej klasy, a ty zapewne do pierwszej bo nigdy wcześniej cię nie widziałem". "Tak" odparłam i zanim zdążyłam powiedzieć cokolwiek więcej, nowo poznany chłopak o imieniu Adam złapał mnie za rękę i zaczeliśmy biec w kierunku szkoły. Na początku poczułam sie zawstydzona i zaskoczona jego zachowaniem, ale wkrótce rozluźniłam się i biegłam jak najszybciej potrafiłam, a moje splątane włosy rozwiewał chłodny wrześniowy wiatr.

7 metrów ponad ziemiąRead this story for FREE!