馃枻 004. 呕ycie to sztuka wybor贸w

5.1K 630 157


I oto wchodzę ja: cała na czarno, w okularach przeciwsłonecznych i z kubkiem termicznym, pełnym kakao. Nie byłam rannym ptaszkiem i podkreśliłam to dobitnie koszulką z napisem „Not a morning person". Rodzonej matce zabrakło słów, kiedy zobaczyła, że starałam się włączyć funkcje życiowe o szóstej rano. Kazałam jej nie zadawać pytań i nie nawiązywać kontaktu do południa. Istniała szansa, że w ten sposób szkody będą mniejsze.

Sprawy nie ułatwiał fakt, że w nocy nie mogłam spać. Kiedy tylko zamykałam oczy, widziałam obraz całującego mnie Gabriela. To było złe na tak wielu poziomach! I jednocześnie tak dobre, a przez to jeszcze gorzej niż złe. No... Nie umiałam tego ubrać w słowa! To było tak dobre, że aż złe!

Mieliśmy rozejm. Miałam mu pomóc, jakkolwiek to sobie wyobrażał, nie przekraczając żadnych więcej granic. Układ nauczyciel-uczennica, jasny i bezpieczny, dokładnie to ustaliliśmy.

Niemniej nie byłam głupia. Zachowanie Gabriela przeczyło jego słowom. Chciał postępować przyzwoicie, a wychodziło zupełnie na odwrót. To oznaczało, że musiałam uważać. Nie należało tworzyć dwuznacznych sytuacji, zostawać w jego towarzystwie dłużej niż to konieczne i rozmawiać na prywatne tematy, co mogłoby w jakiś sposób pogłębić naszą więź.

Wiedziałam, że każda inna dziewczyna na moim miejscu, cieszyłaby się z jego zainteresowania. To było nagłe, nieoczekiwane i mocno podniecające. Do tego człowiek mógł się dowartościować. Ale ja taka nie byłam. Miałam inne cele i priorytety. Wdawanie się w wątpliwej jakości relacje z gwiazdą NFL, nauczycielem wf-u, który ma dziewczynę, nie widniało na mojej liście rzeczy do zrobienia.

Byłam stanowcza. Wiedziałam, co trzeba zrobić.

Ale ten widok...

O Panie.

Zatrzymałam się pół kroku przed wejściem na boisko. Była godzina siódma rano. Na trawie wciąż perliła się rosa, a słońce nie dawało jeszcze zbyt wiele ciepła. Miałam na sobie bluzę, bo poranny zefirek wywoływał gęsią skórkę, a niewyspanie potęgowało uczucie chłodu.

Tymczasem Gabriel...

Cóż...

Jemu musiało być gorąco. Tak, on najwyraźniej płonął nieokreśloną gorączką, skoro uznał za stosowne bieganie wokół boiska w samych krótkich spodenkach. I może przeżyłabym te spodenki, gdyby nie wisiały nisko na jego biodrach, wystawiając na widok najbardziej seksowną literę „V" jaką widziały moje niewinne nastoletnie oczy. To takie „V", przez które mądre dziewczyny głupieją — zarysowane kości biodrowe i mięśnie, sama słodycz. Na głowie miał odwróconą tył na przód baseballówkę, na nogach buty do biegania. Mięśnie pleców i brzucha pracowały równo pod skórą.

Zrobiło mi się gorąco i zapomniałam o śnie. Z wrażenia rozsunęłam bluzę. Zastanawiałam się, jak do cholery mam trzymać się w ryzach, kiedy Gabriel naraża mnie na takie widoki. Przełknęłam ślinę, odetchnęłam głęboko i ruszyłam w stronę ławki, na której leżała jego torba.

Chłopak zauważył mnie dość szybko i w tym samym momencie zrezygnował z dalszej rozgrzewki. Kiedy do mnie podbiegł, nie miał nawet zadyszki. Ja pewnie próbowałabym nie wypluć płuc, a on jedynie nieco szybciej oddychał.

— Ivy — Uśmiechnął się szczerze. — Jesteś.

Byłam mile zaskoczona, że użył mojego imienia. Tym samym przypomniał mi o naszym rozejmie. Musiałam wziąć się w garść. 

Żadnego ślinienia się do nauczyciela, którego znam od czterech dni.

— Jestem — mruknęłam, posyłając mu blady uśmiech. — Sama w to nie wierzę.

Truj膮cy Bluszcz (High School Tales)Przeczytaj t臋 opowie艣膰 za DARMO!