🖤 001. Poważnie, Fisher?

8.1K 713 327

— Mamo! Widziałaś moje jegginsy?

— Które, kochanie? Te czarne czy te czarne?

— Te... — Ucięłam w połowie, kiedy zdałam sobie sprawę, że mama ze mnie żartowała. — Bardzo śmieszne, naprawdę. Boki zrywać.

Śmiech mamy wypełnił dom. Pokręciłam głową, powstrzymując kąciki ust od drgania. Rozejrzałam się dookoła i westchnęłam. No trudno, musiałam sama poszukać.

Lubiłam czarne ubrania. Czułam się w nich komfortowo. Miały całą masę plusów.

Mogłam się upaprać i nic nie było widać. To dość istotne w przypadku osoby, której zawsze — dosłownie zawsze — ściekał ketchup z hot doga.

Do tego ludzie schodzili mi z drogi, podejrzewając, że trzymałam sztamę z samym diabłem. Nie przeszkadzał im fakt, że moje ubrania były zupełnie normalne. Czarny był zły i już.

Były ekonomiczne, bo stanowiły element ponadczasowej elegancji. Nie miałam kasy na podążanie za trendami, więc tworzyłam własne. Moje polegały na idei less waste i minimalizmie. Miałam trzy pary jegginsów, kilka koszulek i dwie bluzy. Jedną kurtkę i trzy pary ulubionych butów. Prałam, zakładałam, brudziłam, prałam, zakładałam i tak ciągle. Robiłam zakupy tylko wtedy, kiedy było to absolutnie konieczne. Ktoś mógłby powiedzieć, że przy tak ograniczonej garderobie ciężko o nieporządek. Ten ktoś musiałby wpaść do mojego pokoju, żeby szybko zmienić swój pogląd. Notorycznie gubiłam rzeczy. Głowy nie zgubiłam tylko dlatego, że była przyrośnięta do mojego karku. Mama mówiła, że chaos to domena artystycznych dusz. Wierzyłam jej na słowo.

Najważniejszy plus czarnych ubrań: stylistyka pasowała do muzyki, którą tworzyłam. Nie twierdziłam, że każdy artysta poruszający się w klimatach rocka powinien ubierać się na czarno. Byłam ostatnią osobą, która lubiła stereotypy. Ale w moim przypadku czułam, że to dobrze ze sobą współgrało i nie walczyłam z tym na siłę.

Czarny miał w sobie pazur i elegancję. Stanowiło to idealne połączenie, charakteryzujące złożoną naturę kobiety. Co prawda, w moim przypadku, bliżej mi było do pazura niż elegancji, ale na to miałam jeszcze czas. Jeśli w ogóle kiedykolwiek miało się to zmienić.

— Łap! — Mama weszła do pokoju i rzuciła we mnie parą spodni. — Wczoraj zdjęłam je z suszarki i nie zdążyłam przynieść.

— Dzięki!

Zadowolona usiadłam na łóżku i zaczęłam wciągać jegginsy. Naprawdę je lubiłam. Nie były za cienkie, więc nie świeciłam tyłkiem, ani za grube, więc nie było mi za gorąco.

— Ivy, dzisiaj ma być prawie trzydzieści stopni...

— Mamo, nie zaczynaj — przerwałam jej w połowie zdania, doskonale wiedząc, do czego zmierzała.

Mama westchnęła, zgodnie ucinając temat. Przekonywanie mnie do zakładania lżejszych i kolorowych ubrań straciło sens wiele miesięcy wcześniej. Uczęszczanie do liceum Jeffersona i złośliwości ze strony różowych koleżanek nauczyły mnie tego, że noszenie ubrań, za którymi można się schować, było dobrą taktyką. To plus czarnych ubrań, o którym nie wspominało się dobrowolnie.

W szkole nie miałam lekko. Przyjaźniłam się z chłopakami, z którymi grałam w zespole. Na wychowaniu fizycznym nikt nie wybierał mnie do drużyny, a kiedy już grałam, robiłam wszystko, żeby nie dostać piłką w twarz. Ostatecznie załatwiłam sobie zwolnienie, co było niezłym wyczynem, bo nasza szkoła miała fioła na punkcie sportu. Na stołówce siedziałam w kącie, a na lekcjach odpowiadałam wtedy, kiedy musiałam. Ot, cała moja historia. 

Trujący Bluszcz (High School Tales)Przeczytaj tę opowieść za DARMO!