- Spotkajmy się za pół godziny. Jest sprawa.

Przez chwilę w słuchawce było zupełnie cicho, słyszałem jedynie odległy szelest i przytłumione kroki. Najwyraźniej po raz kolejny wyrwałem Tomlinsona z łóżka i najwyraźniej znowu bał się, że obudzi Justine. Uśmiechnąłem się lekko pod nosem. Kiedyś drwiłem z jego przesadnej troski. Przed pięcioma minutami zachowałem się dokładnie tak samo.

Tak nie powinno być.

- Jasne, stary. Będę.

Przynajmniej pewne rzeczy się nie zmieniały. Marne pocieszenie, ale jednak.

Pół godziny później siedziałem na schodach, przed blokiem, w którym mieściło się moje tymczasowe mieszkanie. O tak wczesnej porze na ulicach nie było jeszcze żywego ducha. Ewentualnie z zaułków wytaczali się skacowani mężczyźni, którzy nieświadomie spędzili tam noc. Teren przed klubem nie wyglądał zachęcająco – pobojowisko butelek, spalonych jointów, wymiocin i krwi po bójkach. Jedyną w miarę przystępnie wyglądającą osobą był właściciel baru, sprzątający ten cały burdel i łypiący na nas spode łba. Nic dziwnego, nie byliśmy… bezproblemowymi klientami.

Louis bez słowa przyjął ode mnie papierosa i teraz obydwaj w milczeniu zaciągaliśmy się nikotynowym dymem. Zerknąłem na przyjaciela – włosy jak zwykle w nieładzie, ciemne cienie pod oczami, spierzchnięte usta. Musiał mieć równie ciekawą noc, jak ja. Na samo wspomnienie boskich ust Celine poczułem niepokojące drgnięcie. Skupiłem wzrok na obrzydliwym wyglądzie baru, chcąc odgonić myśli, które aktualnie w niczym mi nie pomagały.

- Właściwie to wiem, po co mnie tutaj ściągnąłeś – mruknął Tomlinson, ponownie skupiając moją uwagę na… no cóż, rzeczywistości.

- Serio? – uniosłem lekko brwi, zaskoczony.

- Pewnie – odparł po prostu, nadal patrząc przed siebie, powolnie strzepując popiół z czubka papierosa – Kojarzę tego gościa. Styles już wie, prawda?

- Wie – przytaknąłem, podziwiając w myślach pieprzoną inteligencję Tomlinsona. Musiałem uważać, żeby w przyszłości z nim nie zadrzeć, był cholernie niebezpiecznym graczem – Napisał wiadomość na numer Celine. A nie chcę… skonfrontować się z nim… no wiesz, tutaj, w Doncaster.

Louis pokiwał głową, rzucając niedopałek na ziemię i przygniatając butem. Wyciągnąłem w jego stronę niemal pełną paczkę, ale odmówił wymownie wyciągniętą dłonią.

- Dobry ruch – stwierdził, odwracając głowę w moją stronę i uśmiechając się złośliwie, kącikiem ust – Przypuszczam, że… nie kazał swojemu przydupasowi wziąć sobie nagrody, prawda?

Uniosłem lekko brew, odwzajemniając uśmiech.

- Zdecydowanie. Będę musiał wspomnieć o tym Stylesowi – powiedziałem powoli – Nie wiem, czy koleś wyjdzie z tego żywy.

Przez chwilę siedzieliśmy w kompletnym milczeniu. Poranny chłód ustąpił promieniom słonecznym, a właściciel baru już dawno odjechał do domu, aby odespać ciężką noc.

- Co zamierzasz zrobić? – zapytał nagle Louis, przeszywając mnie przenikliwym spojrzeniem. Wzruszyłem lekko ramionami i wyciągnąłem kolejnego papierosa.

- Wyjaśnić parę spraw – wycedziłem kącikiem ust, zajęty odpalaniem fajki – Przypuszczam, że spotkamy się gdzieś na trasie, więc… pobocze to świetne miejsce. Obiję mu trochę tę ładną buźkę.

- A po co w tym wszystkim Celine? – jego kolejne pytanie lekko mnie rozdrażniło.

- Jest świetną przynętą. – odparłem, spinając się odruchowo – On ma na jej punkcie fioła. Do tej pory ciągle się wymykał, teraz podaje prawie, że na tacy. Czego chcieć więcej?

1000 ways to hell | z.m.Przeczytaj tę opowieść za DARMO!