Rozdział 46

932 106 31


Usiadłyśmy i Lindsay wtuliła się w moje ramiona.

- Moja śliczna... - pogłaskałam ją po głowie. - Opowiesz mi o tobie i Charlotte?

- Chcesz...? Dlaczego?

- Skoro jestem do niej taka podobna, zainteresowałam się jej tematem. Nie musisz jeśli nie chcesz, ale chętnie o niej posłucham. No i o tobie. O was.

- No... dobrze, Anni - wyprostowała się i chwyciła moją rękę. - Znałyśmy się od zawsze. Byłyśmy sąsiadkami. Ja mieszkałam po prawej, a ona po lewej. Nasze mamy też miały bardzo dobry kontakt. Moja pokazywała mi nawet kiedyś stare zdjęcie, na którym była ona i mama Charlotte, jak obie były z nami w ciąży. Bardzo urocze - uśmiechnęła się. - I tak dorastałyśmy w swoim towarzystwie. Wszystko i wszędzie razem. Nigdy nie przypuszczałam, że połączy nas coś takiego. Właśnie ta miłość uświadomiła mi moją orientację. Pierwszy raz poczułam, że ją kocham pewnej na pozór pechowej nocy. Ona lubiła spacerować, gdy było już ciemno. Chętnie podziwiała gwiazdy na nocnym niebie. Wtedy tamtego dnia też przyszła do mnie mówiąc, że ma ochotę wyjść na spacer. Rodzice ostrzegali mnie, że zaraz może padać i nie powinnyśmy nigdzie iść, ale uparłyśmy się obie i poszłyśmy. Spacerowałyśmy razem, śmiałyśmy się aż nagle zagrzmiało gdzieś w oddali. Mając wtedy 15 lat bałam się burzy jak nie wiem czego. Słysząc tam wtedy ten dźwięk przeraziłam się, że burza się zbliża podczas, gdy ja jestem na dworze tak daleko od domu. Charlotte wiedziała o moim lęku, więc przytuliła mnie mocno, zaczęła głaskać po głowie i mówić "Ciii... Nic się nie dzieje... Spokojnie Lindsay...". Wzięłam parę głębokich oddechów i uspokoiłam się. Zawróciłyśmy wtedy. Byłyśmy bardzo daleko od domu. Nie pokonałyśmy nawet połowy drogi powrotnej kiedy z chwili na chwilę zaczęła się ulewa. Ponownie też zagrzmiało, a na niebie pojawiły się błyskawice. Wystarczyło, że ujrzałam jedną z nich i już calutka drżałam i płakałam. Charlotte postąpiła bardzo odpowiedzialnie. Była bardzo mądra... Objęła mnie i szybko prowadziła dalej, a ja kurczowo trzymałam się jej ręki. Po chwili doszłyśmy do przystanku autobusowego. Była to ławka pod drewnianym daszkiem i znak przy niej. Zdecydowałyśmy tam przeczekać. Usiadłyśmy na ławce. Całe byłyśmy przemoczone. Wiał bardzo silny wiatr, więc mimo daszku nad nami nadal deszcz na nas leciał. Znów bardzo głośno zagrzmiało, więc wtuliłam się w Charlotte. Obejmowałam ją rękoma powyżej talii i przytulałam głowę do jej klatki piersiowej. Ona też mnie tuliła i powtarzała wciąż "Jesteś ze mną bezpieczna", "Nic ci nie grozi", "To tylko burza. Zaraz minie". Słuchałam jej słów, bicia jej serca i nagle ogarnął mnie spokój. Była taka przyjemnie ciepła... Delikatnie głaskała mnie po głowie... Zaczęłam czuć, że się rumienie, że jestem szczęśliwa, gdy jest tak blisko mnie... Nigdy wcześniej się tak nie czułam. To było cudowne. Po chwili te uczucia wciągnęły mnie tak bardzo, że zapomniałam o burzy i przestałam słyszeć grzmoty. W uszach brzmiał mi tylko zmartwiony głos dziewczyny, a w tle cichutko biło jej serce. Powoli uwalniałam ją z mojego uścisku aż moje ręce swobodnie ją oplatały, podniosłam głowę i... Zobaczyłam, że patrzy na mnie najpiękniejsza dziewczyna jaką kiedykolwiek widziałam. Jej wzrok wciąż był zmartwiony moim wcześniejszym stanem i nie mogła uwierzyć, że zdołała mnie uspokoić. Bo wcześniej zawsze, gdy wpadałam w histerię przestawałam dopiero, kiedy burza mijała. Wtedy delikatnie oparłam się głową o jej ramię i poddałam się swoim uczuciom. To było naprawdę niesamowite. Najpiękniejszy moment w moim całym życiu. W końcu Charlotte uświadomiła mi, że przestało padać. Udałam, że się cieszę, że już po wszystkim, chociaż w głębi serca pojawiła się chęć, żeby burza wróciła, a moja Charlotte mogła mnie znowu przed nią bronić. Wyszłyśmy stamtąd i dalej wracałyśmy do domu. Całą drogę szłam obejmując rękę dziewczyny i przytulając się do jej ramienia. W myślach odpłynęłam gdzieś daleko zastanawiając się co mi jest, że tak bardzo chcę, żeby Charlotte była przy mnie. Odprowadziła mnie do domu i opowiedziała moim rodzicom, że zajęła się mną podczas burzy i nie panikowałam. Byli jej wdzięczni, że się mną zajęła. Pożegnała się i poszła posyłając mi na do widzenia tak piękny uśmiech, że aż zrobiło mi się gorąco. Zamknęłam się potem w pokoju i myślałam o niej. W końcu mój brat, z którym miałam wspólny pokój powiedział "Wyglądasz jakbyś się zakochała. Spotkałyście kogoś po drodze?". Ja powiedziałam mu, że wymyśla głupoty, po czym położyłam się na swoim łóżku twarzą do ściany i zalałam się łzami. Zdałam sobie sprawę, że zakochałam się w Charlotte. Przepłakałam całą noc. Odtąd codziennie myślałam o tym, co czuję i dlaczego tak, a gdy byłam przy Charlotte cały czas się do niej przytulałam, bo wtedy czułam się najszczęśliwsza. Na każdym naszym spotkaniu tak było. Wydawała mi się taka piękna, taka wspaniała... Stale tylko marzyłam, żeby znów przy niej być, po czym zamykałam się w pokoju i płakałam przez to, co czułam. Tak mijał mi każdy dzień przez ponad pół roku. Nie rozumiałam co mi jest. Do tego Charlotte miała takiego przyjaciela. Zrobiłam się o niego cholernie zazdrosna. Stał się moim wrogiem numer jeden. Był blisko z nią, a wszyscy nasi znajomi namawiali ich do związku. Jak sobie wyobrażałam, że on mógłby coś z nią, to budziła się we mnie coraz większa nienawiść. Zaczęłam męczyć Charlotte, że nie powinna się z nim spotykać. Po jakimś czasie padały nawet słowa "Wiem, że się kochacie, nie zgadzam się na to! Zerwij z nim kontakt!". Charlotte była na szczęście wyrozumiała dla mojej szaleńczej nienawiści i uspokajała mnie, że się tylko lubią i nigdy nic więcej ich nie połączy. Cierpliwość ma jednak swoje granice. Któregoś dnia tak ją wkurzyłam, że w złości powiedziała "Jesteś stuknięta! Nie kocham go! Jestem lesbijką! Wiesz kogo kocham? Ciebie!". I wtedy mój świat wywrócił się do góry nogami. Zakryłam usta rękoma, ona ukryła w swoich całą twarz. Patrzyłam na nią nawet nie mrugajac, a w środku czułam, że kocham ją całym swoim sercem. Zrozumiałam wszystko. To, co do niej czułam to normalne, tylko rzadziej się zdarza niż miłość heteroseksualna. Nigdy nie kręcili mnie chłopcy. Myślałam po prostu, że potrzebuję więcej czasu niż inne koleżanki. Dotarło do mnie wtedy, że tak nie jest. Nigdy nie pokocham żadnego chłopaka, a to dlatego, że urodziłam się by pokochać drugą kobietę. Podeszłam wtedy powoli do Charlotte i przytuliłam ją mocno. Stała bez ruchu aż ją puściłam, a wtedy odetchnęła i odsłoniła twarz, po czym zdziwiona spojrzała mi w oczy. Miała piękne tęczówki. We wszystkich odcieniach niebieskiego. Już nic mnie wtedy nie blokowało. Miłość to miłość. Każdy kocha tak, jak potrafi. Ja kocham Charlotte, a ona mnie... Położyłam jej wtedy ręce w talii i pocałowałam ją w usta. Ona objęła mnie i na parę minut zostałyśmy w tej pozycji całując się. Do teraz nie potrafię znaleźć słów, którymi mogłabym opisać to uczucie, które towarzyszyło mi wtedy, gdy mnie całowała. Kiedy przestałyśmy, wyznałyśmy sobie miłość i zostałyśmy parą.

- Jakie to romantyczne...

- Moje życie z nią całe było cudowne, mimo, że musiałyśmy się ukrywać. Byłam przy niej najszczęśliwsza na świecie.

- Mam nadzieje, że zdołam ci ją zastąpić...

- Co? Nie! Nie chcę, żebyś myślała, że ją zastępuje tobą. Choć jesteś do niej podobna to jednak jesteś zupełnie inną dziewczyną. Również cię pokochałam i chcę żyć teraz z tobą, a nie tobą jako Charlotte. Chcę ciebie. Prześliczną Annisie - wtuliła się we mnie znowu.

- Kocham cię, Lindsay.

- A ja ciebie, Annika.

- I jak długo byłyście razem?

- Od tamtego dnia, gdy miałyśmy po szesnaście lat, do jej ostatniego dnia, gdy miałyśmy po dwadzieścia dwa. To 6 lat.

- Zaprowadzisz mnie kiedyś na cmentarz gdzie leży?

- Dobrze, malutka. Odwiedzam ją bardzo często. Gdy będę się niedługo wybierać to ci powiem i pojedziesz ze mną. To niedaleko mojego domu. Mogę ci też pokazać gdzie kiedyś mieszkałam i gdzie ona. Moi rodzice nadal tam mieszkają.

- A jej rodzice?

- Ojciec Charlotte zmarł na zawał rok po niej. Lekarze mówili, że to przez to, że nie mógł się pogodzić ze śmiercią jedynej córki. Gdy już doszłam do siebie zaczęłam pomagać mamie Charlotte. Nie miała już nikogo innego. Parę lat temu również niestety zmarła. Jest pochowana razem z mężem na tym samym cmentarzu co Charlotte. Dom, w którym mieszkała poszedł na sprzedaż. Wprowadziło się tam potem młode małżeństwo.

- Przykre...

Przytaknęła spuszczając wzrok.

- Ale nie smuć się. Kiedy ty mnie oprowadzisz po wszystkim u siebie ja zaproszę cię kiedyś do mnie, co? Pokażę ci szkołę do której chodziłam i gimnazjum. Zaprowadzę cię w moje ulubione miejsca. Co ty na to?

- Chętnie - uśmiechnęła się.

- To się cieszę.

Popatrzyłam jej w oczy a potem na usta. Od razu zrozumiała o co mi chodziło.

- Chodź, Linz... - położyłam jej rękę na szyi i przyciągnęłam ją do siebie

Podniosła się i usiadła mi na nogach w rozkroku przodem do mnie. Zaczęłam ją całować, a moje ręce powędrowały na jej talię.

//////////////////

Hej ^^ Jak podobają się opowieści o Charlotte? Chcecie usłyszeć o niej jeszcze więcej? ^^

Przy okazji mam też pytanie, bo w tej sprawie chciałabym dostosować się do większości. Gdyby Annisay miały się ze sobą przespać to jak bardzo mam opisać to, co zrobią? Chciałabym poznać wasze zdanie. ^^ Mam tylko wspomnieć, że coś takiego było, mam krótko opisać, że robiły to i tamto ale bez szczegółów, czy mam opisać w szczegółach i poświęcić na to powiedzmy cały rozdział?

Do następnego <3

AnglistkaPrzeczytaj tę opowieść za DARMO!