Rozdział 15

922 56 2


Najgorszy w życiu jest ból psychiczny wytworzony z ręki drugiej osoby, gdyż pozostanie  z nami na długi czas. Ciężko się go pozbyć, a walka z nim często powoduje więcej cierpienia i strat.

Chodź nie mogłam się poruszać czułam palący ból, który  rozchodził się po całym moim ciele. Pragnęłam szybkiego ukojenia, lecz nikt nie był w stanie mi pomóc. Nie potrafiłam poruszać ustami, a więc nie wydobyło się z nich ani jedno, najmniejsze słowo proszące  o ratunek. Mogłam jedynie nasłuchiwać, lecz i słuch często mnie zawodził, ponieważ stale  miałam odczucie odlatywania podczas którego nic dla mnie nie miało znaczenia.
Jednak nadszedł dzień kiedy codzienna walka nad odzyskaniem władzy w kończynach opłaciła się.
Wpierw usłyszałam stłumioną rozmowę, lecz nie wytężałam słuchu, gdyż zależało mi na otworzeniu oczu chodź na parę sekund. Jednak gdy tylko uchyliłam powieki, pragnęłam je jak najszybciej przymknąć. Nie takiego widoku spodziewałam się dopatrzyć. Widziałam jego twarz, tak bardzo pochłoniętą w złości. Mimowolnie zadrżałam spinając się na jego widok. Odkąd tu trafiłam byłam jego ofiarą i nikt do tej pory nie zdołał mi pomóc. Przyjmowałam każdy cios, wszelkie cierpienie znosząc z pokorą, jak gdyby była to moja kara za złe postępowanie. Jednak odkąd odeszła mama, funkcjonowałam tak jak mi kazano. Nawet gdy ponownie pojawiłam się w życiu swojego brata odczułam smutek i bezsilność. Nie ważne jak waleczna bym była, zawsze przegrywałam. Gdy Kordian puścił lekarza spojrzał wprost na mnie. Wciągnęłam powietrze w płuca ze strachu. Patrzył na mnie swymi lodowatymi tęczówkami jakby chciał mnie nimi przebić na wylot. Był zły dlatego musiałam uważać na słowa oraz czyny.
,,Nie zrobię ci krzywdy, spokojnie mała"- usłyszałam jego głos w głowie. Chwyciłam się obiema dłońmi za czaszkę z powodu bólu jaki owładnął moją głowę. Miałam wrażenie jak gdyby wszedł do niej i zaczął tam mówić, chodź wiedziałam że to nie możliwe.
Podszedł do mnie szybko gdy tylko zwinęłam się na łóżku, podkurczając nogi pod brodę, leżąc na prawej stronie swego ciała.
-To minie, nie jesteś po prostu do tego przyzwyczajona.- przykucnął tuż przy mnie, tak że nasze twarze znajdowały się na równi. Podniósł rękę, na co ja wzdrygnęłam się mimowolnie. Nie mogłam powstrzymać paniki jaka ogarnęła moje ciało. Przed oczami pojawiały mi się najróżniejsze sceny podczas których katował mnie do nieprzytomności.
-Nic ci nie zrobię... a na pewno nie dziś.- zaczął mnie głaskać po włosach, chodź bardzo tego nie chciałam. Bałam się dotyku obcych osób, a on nie potrafił tego pojąć. Łzy zamazywały mi ostrość widzenia, jednak nie potrafiłam się uspokoić. Dygotałam nie z powodu zimna, lecz ze strachu. Nie chciałam, wręcz nie mogłam zaufać nikomu, ponieważ każdy mógłby wykorzystać moją ufność. Chciałam ograniczyć do minimum falę rozczarowań.
-Czy ból głowy minął?- mruknął nie poddając się.
Na chwilę ucichłam skupiając się na strapieniu jakie mi doskwierało i którego tak naprawdę nie było. Znikł. Tak po prostu minął. Zdziwiona popatrzyłam na mężczyznę, który uśmiechnął się do mnie. Po raz pierwszy dostrzegłam u niego małe zasoby dobrego człowieka. Nawet oczy, które do tej pory powodowały jedynie chłód wśród rozmówców,  teraz były niczym spokojne morze podczas prażącego słońca, spokojne i niewinne. Hipnotyzowały do tego stopnia, że można na nie byłoby patrzeć godzinami. Szybko jednak otrząsnęłam się z tego dziwnie błogiego stanu. Przez krótką chwilę nie wiedziałam co się dzieje dokoła mnie, kompletnie zatracając się w jego obliczu. Nie mogłam do tego dopuścić nigdy więcej, gdyż z pewnością wykorzystał by to przeciw mnie, gdyby tylko wiedział.
-Musisz odpoczywać, tak by szybko powrócić do zdrowia.- uśmieszek zagościł na jego idealnie gładkiej skórze. Wiedziałam, że nie jest to zwykły odruch. Jego mimika twarzy zazwyczaj zdradzała jego myśli lub możliwe plany, które chciał zrealizować w nieczysty sposób. Niepokój wewnątrz mnie zaczął się niespokojnie kumulować, gdyż wiedziałam do czego jest zdolny Kordian.
-Nie... nie ...zabijesz ... mnie?- wyjąkałam bojąc się tak naprawdę odezwać. Mój głos był cichutki, ledwie słyszalny.
-Nie tym razem skarbie.- uśmiechnął się pod nosem po czym wstał, pocałował mnie szybko w czoło i tak po prostu wyszedł z sali, pozostawiając mnie w niej samą.
Poczułam się jeszcze bardziej zdezorientowana. Przez chwilę odniosłam wrażenie, jak gdybym była pionkiem w ich grze. Podczas gdy ja znoszę istny horror, oni przyglądają się temu z rozbawieniem.

***
Czas mijał powoli, podczas gdy ja leżałam w bez ruchu podłączona do miliona kabelków w różnych kolorach. Byłam ubrana w piżamę składającą się zza dużej białej bluzki oraz krótkich, czarnych spodenek. Moje stare ubrania zapewne zostały wyrzucone gdyż i tak nie nadawały się do dalszego użytkowania. Do zmierzchu zdążyłam obliczyć ilość kafelek ułożonych na podłodze, wszelkie pęknięcia pośród białej farby pokrywającej ściany oraz sufit. Wiedziałam doskonale ile pofałdowań ma firana zwisająca przy oknie oraz ile wgnieceń znajduje się na jednym z boków nie dużej szafki tuż przy moim łóżku. Zapewne chcieli abym zwariowała, wtedy mieli by idealny pretekst do zabicia mnie. Jednak mój duch walki dawał o sobie znać do chwili aż żaden z wilkołaków nie postanowił sprowadzić mnie do parteru gdzie traciłam pewność siebie i wszelką waleczność. Pomimo osłabienia podniosłam się na dłoniach, zmuszając swoje ciało do siadu. Ból był okropny, jednak zagryzłam wargę aby przypadkiem nie krzyknąć podczas nagłego ruchu. Usadowiłam się tak, że moje nogi bezwładnie zwisały w dół łóżka. To właśnie wtedy po raz pierwszy od przebudzenia mogłam się im przyjrzeć. Byłam przerażona widząc liczne opatrunki, siniaki, rany i otarcia. Przełknęłam gulę narastającą w moim gardle, po czym zeskoczyłam z łóżka. Podoczepiałam z ciała wszelkie igły sycząc pod nosem na nieprzyjemny ból. Na moje nieszczęście maszyna sprawdzająca puls zaczęła przerażająco piszczeć, dając do zrozumienia lekarzom iż coś dzieje się niedobrego z pacjentem. Spanikowałam, lecz nie mogłam przestać myśleć trzeźwo gdyż miałam zdecydowanie dość ciągłego poniżania, robiąc przy okazji za ludzki worek bokserski. Szybko odnalazłam kabel aparatury po czym odłączyłam ją z gniazdka. Odetchnęłam z ulgą gdy nastąpiła zupełna cisza. Przez chwilę stałam w bezruchu jedynie nasłuchując czy ktoś nie nadchodzi. Gdy jednak doszłam do wniosku, że nikt nie postanowił zająć się tą sprawą, szybko rozejrzałam się po sali. Niedaleko drzwi wyjściowych znajdowały się jeszcze jedne, które były lekko uchylone. Podeszłam do nich niepewnie, łapiąc za nie leciutko tym samym otwierając je szerzej. Moim oczom ukazała się niewielkich rozmiarów łazienka. Nie wchodziłam głębiej gdyż uświadomiłam sobie jak szybko upływa czas. W każdej chwili ktoś mógł wejść do pomieszczenia, a wtedy wszelkie szansę na ucieczkę spadły by wręcz do zera. Pomimo wyczuwalnego osłabienia organizmu, byłam zdeterminowana do tego aby nawiać z tego opętanego miejsca. Podeszłam chwiejnie do okna i rozsunęłam firankę. Moim oczom ukazał się gęsty las, który znajdował się zaledwie kilkanaście metrów od budynku. Doszłam do wniosku, iż znajduję się na tyłach zamku gdyż nie dostrzegłam żadnego wilkołaka w pobliżu. Było cicho i spokojnie, wręcz idealnie aby przemknąć niezauważonym. Spojrzałam w dół i klasnęłam w dłonie uradowana, ponieważ znajdowałam się na parterze. Cała sytuacja trwała niedługo, były to ułamki sekund podczas których otworzyłam okno i wyskoczyłam z niego na trawę. Zaczerpnęłam do płuc tak upragnionego przeze mnie świeżego powietrza, czując tym samym napływającą energię. Rozejrzałam się szybko za potencjalnym zagrożeniem, jednak takowe nie nadeszło. Dlatego bez chwili zwłoki ruszyłam biegiem w głąb lasu. Adrenalina spowodowała, że nie czułam bólu lub osłabienia. Biegłam ile sił w nogach by tylko uciec. Bałam się, że w każdej chwili zorientują się o mojej ucieczce, a wtedy znajdę się na przegranej pozycji. Z łatwością byli by w stanie mnie dogonić. Nie chciałam do siebie dopuszczać tak wielu cisnących się scenariuszy, które stawiały mnie w bardzo złej pozycji.

~~Kordian~~
Po raz pierwszy od bardzo dawna zaznałem wewnętrznego spokoju. Chwilowe przebywanie przy Carmen chodź nieświadomie, sprawiło, że moje nerwy wyciszyły się. Nareszcie mogłem skupić się na pracy, która zaczynała się  piętrzyć.
Udało mi się załatwić ponad połowę formalności, gdy ktoś postanowił bez pukania zakłócić moją harmonię wchodząc do gabinetu.
-Jak śmiesz wchodzić tutaj jak do siebie?!- warknąłem nie podnosząc wzroku znad papierów.
-Wybacz Beto ale...- nagle mężczyzna zaciął się, co spowodowało, że zacząłem się jeszcze bardziej irytować. Osobą zakłócającą moją prywatność był lekarz prowadzący mojej mate.
-Ale co?- uderzyłem zezłoszczony w blat biurka.
-Gdy wszedłem do sali dziewczyny, jej tam nie było. Sprawdziłem całe skrzydło szpitalne lecz i tam jej nie odnalazłem.
Pierwsza myśl jaka mi naszła do głowy to ... uciekła. Wiedziałem żeby jej nie ufać, a ja zaślepiony więzią mate dałem jej szansę. Błąd jaki popełniłem mógł mnie kosztować naprawdę wiele, lecz nie chcę być w skórze nastolatki gdy tylko ją odnajdę.
Szybko wstałem zza biurka, przewracając tym samym krzesło na którym siedziałem i wybiegłem z pomieszczenia. Byłem wściekły gdyż nie miała prawa wychodzić z tej cholernej sali! Była cwana, omamiła mnie sprawiając, że wyłączyłem trzeźwe myślenie. Wykorzystała moją nieuwagę. Lecz ja ją złapię, a wtedy sprawię, że już nigdy nie pomyśli o odejściu nawet na kilka metrów.

~~Carmen~~

Nie miałam pojęcia jak długo biegłam, ale dystans jaki pokonałam z pewnością był dość spory. Niestety, musiał nadejść moment w którym odczuję zmęczenie i piekące rany. Osłabienie organizmu spowodowało, że musiałam przystanąć. Przed oczami pojawiły mi się mroczki, które usilnie starałam się odgonić ciągłym mruganiem.
Nagle usłyszałam przerażający ryk roznoszący się między drzewami. Wzdrygnęłam się na ten nagły hałas.
,,Znajdę cię kochanie. Czuję, że jesteś blisko." – usłyszałam ten nieprzyjemny ton głosu ponownie w swej głowie. Wystraszyłam się, rozglądając się w panice dookoła. Jednak nikogo nie udało mi się dostrzec, gdyż w lesie panowała grobowa ciemność. Nie była ona wcale przyjemna, napawała mnie dziwnym niepokojem. Usłyszałam nieopodal siebie kroki które wyznaczane były przez ściółkę leśną, która pod wpływem nacisku szeleściła. Nie patrzyłam za siebie. Chodź moje szanse były naprawdę marne, musiałam spróbować uciec i dlatego właśnie zaczęłam biec jak najszybciej tylko byłam w stanie.  


______________________________________

 Hej kochani!

Chyba kolejne przeprosiny mnie nie usprawiedliwią. No cóż... pozostało mi jedynie liczyć, że rozdział wam się spodobał i pozostawicie po sobie ślad w postaci gwiazdek. :D 

Do następnego ! ;D (Ps. Do 5 dni postaram się dodać rozdział 16  ) 

OddalonaWhere stories live. Discover now